Trzy lata temu po raz pierwszy zostałam matką. O dziecko staraliśmy się z mężem przez rok. Dziecko urodziło się zdrowe i śliczne i raczej bezproblemowe. Jadło i spało. Gdy urodziłam je przez nagłe cc, wydawało mi się ono obojętne i nie miałam do niego żadnych uczuć, miałam lekkiego baby bluesa… Ustąpiło trochę, jak wróciłam do domu. Jednak przez długi czas nie mogłam sobie z tym dziwnym uczuciem poradzić. To mnie trochę przytłoczyło.
Na początku tego roku urodziłam drugie dziecko. W ciążę zaszłam tak o, bez większego planowania. Z drugim dzieckiem było całkiem inaczej. Popłakałam się ze szczęścia, gdy się urodziło i od początku kochałam ponad życie.
Mam ogromne wyrzuty sumienia. Dlaczego nie było tak z pierwszym dzieckiem? Czuję, że jestem okropną matką, bo nie kochałam od samego początku swojego dziecka, o które się zresztą tak bardzo staraliśmy…
Nie potrafię w pełni uwierzyć w siebie po mobbingu, który spotkał mnie w pracy.
We wcześniejszych firmach byli ze mnie dość zadowoleni. Niestety w ostatniej tak nie było i w końcu sama odeszłam. Zatrudnił mnie szef, który był ze mnie zadowolony – do momentu, kiedy do firmy nie wróciła kobieta, która była moją bezpośrednią przełożoną, a jednocześnie dobrą znajomą szefa.
Od początku mnie nie lubiła. Nie liczyło się, ile rzeczy zrobiłam dobrze. Najmniejszy błąd był wyolbrzymiany i przekazywany szefowi. Jednak nie czepiała się tylko pracy, a mojego stylu bycia, tego, że odżywiam się tak, a nie inaczej, bo jem za dużo sałatek, a za mało mięsa, więc pewnie mam zaburzenia odżywiania (takie plotki rozpuściła w firmie, choć BMI mam w normie, nikt nie zwraca mi uwagi, żebym była zbyt chuda, ona za to ma widoczną nadwagę). Że nie patrzę jej w oczy – na co również jako jedyna osoba w moim życiu zwróciła mi uwagę, więc ciekawe.
Zaczęła kłamać szefowi w żywe oczy, o jakieś co prawda głupoty, ale że to ja, a nie ona coś zrobiła, nie dopilnowała. W końcu stwierdziłam, że odchodzę, ale nawet wtedy, kiedy byłam już na wypowiedzeniu, nadal miała do mnie przytyki, a kiedy o cokolwiek zapytałam, to przewracała oczami.
Teraz mam nową pracę, ale nadal w siebie nie wierzę... Ciągle obawiam się, że sytuacja się powtórzy. Choć podejrzewam, że chciała mnie wyeliminować, bo nie spodobało jej się, że początkowo szef mnie lubił, to jednak mimo wszystko siedzi w podświadomości, że może miała rację.
Kocham mojego syna, ale...
Rodzice naciskali, mąż naciskał, ja się też starzeję (co mi ktoś wytknął), no i zgodziłam się. Odstawię antykoncepcję.
Ciąża okazała się istnym piekłem. Płacz, napady szału, samookaleczenie. Oczywiście poszłam do psychiatry. Coś tam dał, ale niewiele. A ja zasłaniałam lustra w domu i miałam myśli samobójcze codziennie. A do tego dochodziły przecież problemy czysto fizyczne – ból, wymioty, takie tam. Czekałam na poród, żeby tylko to już był koniec. W końcu urodziłam. Bolało bardzo, ale i tak dla mnie było w porządku, przynajmniej psychicznie dobrze się czułam.
No i pojawił się on. Początkowo było dobrze, ale teraz... Mam taki kryzys w małżeństwie, że nie potrafię sobie poradzić. Nie karmię piersią, więc piję (czasem), łykam tabletki na uspokojenie (codziennie) oraz antydepresanty i staram się po prostu nie rozsypać. Oboje z mężem żałujemy tej decyzji. Nigdy więcej.
Tak to jest, jak wszyscy są ważniejsi niż ty. Zmieniłam się, ale cóż. Jest już za późno.
Na szczęście anonimowe wyznania, więc mogę to napisać.
Jestem facetem pod trzydziestkę i jeszcze nie byłem w związku tak na serio. Nie uprawiałem jeszcze seksu. Mam swoje upodobania (np. chciałbym być „duszony udami” przez kobietę). Jednak moja wiedza o seksie to czysta teoria. Wszelkie „związki” z dziewczynami były bardziej przyjaźniami i nic z tego nie wychodziło. Trochę jestem nieśmiały, chociaż nie mam problemu z rozmową z kobietami. Często nawet długo gadam z nimi, ale ostatecznie nic z tego nie wychodzi. Inni moi rówieśnicy, a nawet młodsi z mojego otoczenia, się pożenili. Niektórzy mają dzieci. A ja jestem prawie 30-letnim prawiczkiem.
Tydzień temu zerwałem dokumentnie kontakt z osobą, która sterowała moim życiem przez bez mała 40 lat. Nie czuję nic. Ale po kolei.
Gdy miałem 6 lat, zmarła moja biologiczna mama. Nie wiedziałem wtedy, że mój tata już wcześniej zaglądał do kieliszka. Mama zmarła na raka, to nie miało związku, jednak potem ojciec się kompletnie posypał i rozpił. Mną opiekowała się babcia – nadopiekuńcza dla mnie i rządząca całą rodziną (Niemka z pochodzenia).
Gdy miałem 9 lat, w domu pojawiła się obok ojca nowa pani – najpierw kazała do siebie mówić „ciocia”, a potem bardzo szybko „mama”. Pamiętam zdjęcie szczęśliwego chłopca na ślubie taty i nowej mamy. Chyba ostatnie chwile mojego szczęścia.
Niecały rok później w domu pojawiło się malutkie dziecko – moja przyrodnia siostra. Ja zostałem – w ustach macochy – zdegradowany do „debila, tumana, chu.a pierdo..nego” i innych słów, które jako 11-latek poznawałem bardzo szybko. Uczyłem się szkoły przeżycia.
Ojciec pił coraz więcej, coraz częściej były to płyny niegodne określenia alkoholu spożywczego. Macocha z pomocą sobie tylko znanych kumpli ściągała starego z trawników miejskich, choć często wraz z nim przywlekała do domu dość szemraną klientelę kumpli od denaturatu.
Poza jedynym przyjacielem z podstawówki, od liceum nie zapraszałem nikogo do domu – nigdy nie można było mieć gwarancji, co kolega/koleżanka zastanie. Jedyną oazą był mój pokój, 10 m², w którym jednak nigdy nie doprosiłem się zamka od drzwi.
10 lat młodsza ode mnie przyrodnia siostra po przedszkolu przebywała głównie w domu przyrodnich dziadków – ludzi o złotym sercu, którzy jednak nie chcieli znać prawdy o tym, co ich córka, czyli moja macocha, robi ze mną. W ten sposób macocha miała mnie codziennie na kilka godzin.
W domu na futrynie drzwi do kuchni wisiały dwa paski. Zaczynało się zwykle od wyzwisk – za cokolwiek, bez powodu też. Potem policzkowanie. Potem: „Przynieś pas i spuść majtki, przełóż się”. Codziennie. Skończyło się to dopiero tuż przed moją maturą. Do tego, jak już miałem te 15-16 lat, doszło molestowanie – macocha w sumie jest ode mnie tylko 19 lat starsza.
Nigdy nie chciałem wracać do domu – trzy ucieczki z domu, straszenie wychowawców na obozie próbą samobójczą... to był tylko wierzchołek mojej góry lodowej. Nikt nigdy mi nie pomógł, aby dotrzeć do podstaw.
A jednak w tym wszystkim byłem chyba genialny. W liceum co rusz wygrywałem olimpiady, potem osiągnąłem sukces zawodowy, dochodząc obecnie do kierowniczego stanowiska. Zawodowo jestem spełniony. Ale nie umiałem w ludzi i wciąż nie umiem. Posypało się moje małżeństwo, nie mam koło siebie nikogo. Przyjaciółmi są dla mnie ... książki.
Zablokowałem moją macochę w telefonie i social mediach. Już nigdy mnie nie usłyszy, nie spotkamy się. Czasem trzeba kogoś zrzucić do przepaści. Zero wyrzutów sumienia.
Kocham moje klapki basenowe. Dzisiaj pokazywałem żonie, że po 15 latach nadal są w świetnym stanie, zużyte jak bieżnik w żuku, ale wygodne jak mercedes! Okazało się, że to dwa różne rozmiary, 44 i 43, a dopiero potem zdałem sobie sprawę, że ja mam lewą stopę w rozmiarze 44, a drugą ewidentnie krótszą o jeden rozmiar... Czysty przypadek sprawił, że kupiłem takie klapki akurat idealnie pasujące do moich stóp – dlatego mi z nimi tak dobrze. Zonk.
Jestem facetem z recyclingu. Kilka lat temu zakończyło się moje długoletnie małżeństwo i nie widzę żadnego sensu w budowaniu kolejnej relacji. Mam syna, z którym mam świetne relacje. Cały czas rozwijam się zawodowo. Mam czas na swoje zainteresowania, których jest trochę, i często podróżuję. Potrafię ogarnąć dom i nawet nieźle orientuję się w kuchni. Często wchodzę w krótkie znajomości, gdyż jestem bardzo otwarty i lubię poznawać nowych ludzi. Lubię wyjść do restauracji czy do kina lub wyskoczyć na spontaniczny wypad weekendowy. Nigdy nie oszukuję i od razu na starcie staram się wyjaśnić, że ta znajomość nie ma szans rozwinąć się w nic poważniejszego. Na co panie dość często i ochoczo przystają, gdyż przeważnie one również „nie szukają nikogo do poważnej relacji”… podobno… gdyż zawsze kończy się to inaczej…
Zazwyczaj po około trzech miesiącach zauważam, że pani zaczyna się wkręcać. Staram się wtedy wprowadzić dystans, by dać jej szansę na ogarnięcie sytuacji. Niestety bardzo często kończy się to paniką z jej strony i nieprzemyślanymi zachowaniami oraz wyznaniami, które w prosty sposób prowadzą do końca znajomości. Nie mógłbym kontynuować takiej znajomości, gdyż nie jestem typem faceta, który wykorzystuje kobiety w takim stanie… Irytuje mnie jednak to, że ten sam schemat pojawia się za każdym razem. Próbowałem już chyba wszystkiego, a efekt końcowy jest zawsze taki sam.
Drogie panie, bardzo wielu mężczyzn uważa was za wyjątkowe i jedyne w swoim rodzaju istoty, ale nie czuje potrzeby, by budować z wami głębsze związki…
Mam 22 lata i mam okropnie przygnębiające życie przez mój kręgosłup, w którym dzieją się takie rzeczy, że niektórzy lekarze porównują go z kręgosłupem 45-latka pracującego fizycznie całe życie. Nienawidzę tego, że od 3 lat nie mogę swobodnie wyjść na imprezę, bo następny dzień jest dla mnie katorgą i nie mogę wstać sama z łóżka. Nie mogę nosić niczego ciężkiego, bo później moja noc jest bezsenna przez ból. Nie mogę swobodnie sama pójść na spacer, bo po 15 minutach spaceru łapie mnie ból i podcina nogi. Nie mogę długo stać, więc w komunikacji miejskiej zawsze kiedy jest okazja siadam, a jeśli moja podróż jest dłuższa niż kilka minut, wtedy zawsze spotykam się ze spojrzeniami i tekstami: „Taka młoda, a nawet starszemu miejsca nie ustąpi”. Wiem, że wyglądam zdrowo i ludzie nie widzą, że coś jest nie tak, ale nadal to poniżające, że mam tylko 22 lata, a czuję się, jakbym miała 50. Jestem taka młoda, a moje zdrowie odebrało mi całą radość w życiu. Znam każdy lek przeciwbólowy i każdy silniejszy mam w swojej apteczce. Jestem przerażona, bo kiedyś może przyjść moment, że zostanę sama. Dodam, że często na dalsze wyjścia bądź produktywniejsze dni towarzyszą mi kule, bo nie nie zawsze moje nogi współpracują.
Tak wygląda moja codzienność od 3 lat, jest ciągłym jeżdżeniem do specjalistów, braniem leków, częstym spędzaniem weekendów w łóżku i płaczem po nocach z bólu oraz ograniczeniem wyjść do minimum, bo często mam epizody bólowe. Nienawidzę takiego życia.
Jako dziecko myślałam, że to rodzice będą wybierać mi męża. Zwłaszcza że upatrzyli sobie mojego najlepszego przyjaciela, którego za każdym razem nazywali moim „narzeczonym”. Nie wiedziałam, że to dla żartu i myślałam, że będę musiała wyjść za niego za mąż.
W podstawówce, do której chodziłem, mieliśmy lekcje na basenie. W drugiej klasie trafiłem na instruktorkę, która się nade mną znęcała. 25 lat temu nie było tylu dzieci z nadwagą, więc byłem jedynym grubym w klasie. Na pierwszych zajęciach kazała mi stanąć obok siebie, przed wszystkimi, złapała mnie za fałdę na brzuchu i, potrząsając nią, powiedziała do wszystkich: „Tak będziecie wyglądać, jak nie będziecie się ruszać”.
Ona decydowała, kto był przypisany do którego toru i w jakiej kolejności. Zawsze byłem ostatni i nadprogramowy (np. cztery tory, po trzy osoby, ja byłem zawsze czwarty na piątym torze). Kiedy próbowałem pływać według swojej kolejności, wrzeszczała: „Chyba jesteś głupi, że myślisz, że wszyscy będziemy na ciebie czekać”. Kiedy z kolei próbowałem wyprzedzić kogoś przede mną, wrzeszczała, że mam znać swoje miejsce i pływać tak, jak ona mi każe.
Ostatnie 10 minut zajęć zawsze było przeznaczone na zabawę – dzieciaki dostawały makarony, jakieś deski, ganiały się w basenie. A ja? ZAWSZE sprzątałem w kanciapie nauczycielskiej, słysząc tyrady, że instruktorka marnuje swój czas na takiego grubasa.
Na moje szczęście w trzeciej klasie basen był zamknięty na rok z powodu remontu. Kiedy wróciliśmy, ona już tam nie pracowała.
Mam nadzieję, że umarła samotnie.
Dodaj anonimowe wyznanie