Za dzieciaka często słyszałem, że prezenty na Boże Narodzenie przynosi Mikołaj lub Gwiazdor. Nigdy nie pomyślałem o tym, że to są różne „imiona” tej samej postaci, dlatego wyobrażałem sobie dwie osoby.
Jak wygląda Mikołaj wszyscy wiedzą, każde media go pokazują. Gwiazdora nigdy nie widziałem, więc uznałem, że jest to... Elvis Presley, bo był gwiazdą rock and rolla.
O tym, dlaczego warto pomagać innym.
Wracam z pracy tramwajem, zmęczona jak sto pięćdziesiąt. Wchodząc, zajmuję ostatnie wolne miejsce. Przystanek dalej do wagonu wchodzą dwie dziewczyny, które stają centralnie nade mną. Jedna z nich dziwnie się zachowuje, chyba nie najlepiej się czuje, druga próbuje pomóc. Po chwili dziewczyna w lepszej formie pyta, czy mogę ustąpić miejsca jej chorej koleżance. Naprawdę jestem zmęczona, już mam powiedzieć NIE... ale altruistyczna postawa wygrywa, więc niechętnie wstaję i przesuwam się do przodu tramwaju, żeby sprawdzić, ile przystanków będę się męczyć na stojąco.
Zdążyłam odejść może ze trzy metry, kiedy dziewczyna, siedząca już na „moim” miejscu, puściła taki haft, że otaczających ją pasażerów zarzygała do suchej nitki. Siła rażenia jak w azjatyckim horrorze, zapach sugerował nieudolny powrót po tygodniowej imprezie.
Czuję się, jakbym oszukała przeznaczenie.
Jednym z moich dziwactw jest mania wąchania wszystkiego. Przedmioty, jedzenie, ludzie, wszystko co popadnie, co w rączki wpadnie. Różne miejsca, sytuacje, ludzi itd. pamiętam z zapachu, który akurat pojawi się w otoczeniu, a ulubione zapachy noszę przy sobie. Tak samo jest z obmacywaniem różnych przedmiotów – ulubione w dotyku noszę przy sobie. Czasami nie potrafię się powstrzymać od dotykania rzeczy.
Jakby ktoś kiedyś zobaczył wariata, który namiętnie pieści i obwąchuje jakiś przedmiot, wiedzcie, że to ja.
Mamy z małżonką dwójkę małych dzieci. Oczywiście to była całkowicie nasza decyzja, ale w tle było przeświadczenie, że dzieciaki w podobnym wieku, jak tylko troszkę podrosną, będą się bawić ze sobą i nabiorą samodzielności.
Nic bardziej mylnego.
Starsze ma objawy spektrum autyzmu i nie nadaje się do większości zabaw lub aktywności charakterystycznych dla dzieciaków. Codzienność stała się dla nas wymagająca, miejscami koszmarna, niedająca chwili na odpoczynek, jednak z pomocą opiekunki oraz najbliższej rodziny jakoś ogarniamy...
Gdzie tu miejsce na wyznanie?
Ano w tym, że razem z małżonką przeglądamy się w naszym synu jak w lustrze. Widzimy, co nas denerwuje i przypominamy sobie, jakie były nasze problemy w dzieciństwie, jak reagowaliśmy na otoczenie, jak się bawiliśmy... Ja wróciłem do swoich traumatycznych wspomnień – przemocy domowej, poniżania, absolutnej separacji rówieśniczej i towarzyskiej... Po zgłębieniu tematu autyzmu byliśmy w szoku – to historia o nas! Za jakiś czas mamy umówione wizyty u psychiatrów na diagnozę autyzmu w dorosłości :)
Myślicie, że to nas przytłacza? Wręcz przeciwnie!
Autyzm może być nareszcie odpowiedzią kluczem na wieczną odmienność. Inną wrażliwość, inne potrzeby, branie na serio słów wypowiadanych do nas na odczepkę, niechęć do zwracania się do innych o pomoc, brak umiejętności interpersonalnych (a przynajmniej wewnętrzna niezgoda, że większość ludzi funkcjonuje inaczej od nas), specyficzne i hermetyczne hobby, i wiele innych...
Na półmetku życia czujemy się, jakby ktoś nam zrzucił ogromny kamień z serca i wyleczył poczucie winy, że nie dorastamy do wymagań rodzinnych, sąsiedzkich, towarzyskich, a większość energii zużywamy na udawanie, że jesteśmy jak inni.
Poznałem pewną dziewczynę. Zakochałem się bez pamięci w niej i w jej córeczce. Żyło nam się dobrze, ja pracowałem, a ona studiowała i zajmowała się domem. Zawsze starałem się, aby niczego im nie brakowało.
Pewnego dnia, gdy moja ukochana wracała z uczelni, została potrącona przez samochód. Na szczęście nic się nie stało, ale musiała pobyć trochę w szpitalu. W tym czasie zajmowałem się naszą córką, pracowałem i codziennie odwiedzałem ją w szpitalu. Wydobrzała, wróciła do pełni sił.
Gdy skończyła studia, pewnego dnia, gdy byłem w pracy, spakowała siebie i córkę i bez słowa wyjaśnienia wyjechała. Jak się później dowiedziałem – za granicę.
Jest mi ciężko, bo byłem bardzo zaangażowany w ten związek. Najbardziej przykro mi z powodu córki. Nie jestem jej biologicznym ojcem ani nie byłem w formalnym związku z jej matką, przez co nie mogę sobie rościć do niej żadnych praw i boję się, że już nigdy więcej jej nie zobaczę.
Przed moim blokiem parkuje wypasiony Jaguar. To ogromny samochód, a koleś często tak staje, że ani go obejść, ani przeskoczyć. Ostatnio w ramach kary zostawiłem mu za wycieraczką kartkę: „Przepraszam za wgniecenie”.
Żałujcie, że nie widzieliście, jak koleś chodził dookoła i to auto oglądał... :D
Jestem podminowana, bo właśnie wyszła ode mnie sąsiadka z 1,5-roczną córeczką po kawie, a ja zostałam z syfem w całym prawie domu. I to niejedyna koleżanka, którą bardzo lubię, ale po której wyjściu mam dość kawkowania na kilka dni. I to nie żebym nie zwracała uwagi i nie mówiła im o tym – ale do nich to jak grochem o ścianę, nie obrażają się, ale po prostu nie dociera, bo jak mam dziecku nie pozwolić, kiedy ono chce??? A potem mówią: jak ty to robisz, że masz zawsze czysto, u ciebie nie widać, żebyś miała dzieci, a u nas syf i codzienne wycieranie podłóg, ufajdane zabawki i wszystko na wysokości maluchów, i mamy dość, kiedy one z tego wyrosną etc. Ja mimo tego że moje dzieci też kiedyś były małe i też lubiły jeść wszelkiego rodzaju chrupaczki, nigdy nie miałam tyle sprzątania po całym dniu, co po ich 2-godzinnej wizycie. Tak samo idąc gdzieś z dziećmi, nie zostawiałam takiego bajzlu.
Od początku uczyłam moje dzieci, że je się w jednym miejscu, a nie łazi z żarciem, i tego, że po zjedzeniu wyciera się rączki i buzię. Na początku trzeba je było co chwilę sadzać z powrotem na krzesło, aż się przyzwyczaiły, a to szło szybko. Po jedzeniu same rączki i buzię do umycia nastawiały.
Wszędzie okruchy, które klejąc się do ich skarpetek, przenoszone są po całym domu po podłodze, włącznie z fotelami itp., a ślady rąk upaćkanych rozmokniętym jedzeniem na wszystkich zabawkach i sprzętach.
Ja miałam bliźnięta, pracowałam dorywczo w domu, gotowałam, kawkowałam i funkcjonowałam normalnie. Przecież można sobie tyle pracy zaoszczędzić, ucząc dzieci tego prostego nawyku siedzenia w jednym miejscu podczas jedzenia i mycia się zaraz po tym. Proste jak drut, a do niektórych nie dociera.
Mam 37 lat, niedawno po rozwodzie. Jestem ojcem dwójki dzieci: 8- i 6-letnich. Z byłą żoną obydwoje daliśmy ciała w małżeństwie. Winą i majątkiem wspólnym podzieliliśmy się po połowie, więc można powiedzieć, że ten temat przeszedł zgodnie z oczekiwaniami obojga. Z dziećmi utrzymuję stały kontakt, widujemy się prawie codziennie. W tej kwestii wydaje się, że jest OK.
Niedawno poznałem piękną i mądrą kobietę, niewiele młodszą ode mnie, która zdaje się rozumieć mnie w 100%. Każde z nas ma własne cele, które chce osiągnąć w życiu zawodowym i prywatnym. Każde z nas ma własne hobby i nie ma problemu z tym, że kilka razy w tygodniu musimy pobyć osobno, aby się wyciszyć lub nakręcić, w zależności od tego, co kto robi. Problem polega na tym, że ona chce mieć dziecko, a ja nie. Na jej propozycję rozpoczęliśmy starania (kilka razy w tygodniu, jak tylko któreś z nas najdzie ochota lub jest owulacja). Każda pozycja jest dobra i każde miejsce – tego brakowało mi w poprzednim związku, więc teraz jest mega pozytywnie. Problem w tym, że jestem po wazektomii (o czym ona nie wie, oczywiście) i obawiam się momentu, kiedy będzie chciała pójść na badania.
Pracuję w korpo i dotychczas było fajnie, takie zwyczajne kejpijaje w excelu, ale wszyscy robili swoje, zespół się rozwijał, pozyskiwaliśmy nowych klientów, można powiedzieć, że sielanka. Każdy miał misję i to działało.
Jakiś czas temu korpo zarządziło reorganizację, złączyli kilka stanowisk w jedno tak, że np. dotychczasowy programista nagle musiał się stać architektem itp., dodali nowe szczebelki w strukturze firmy i tego typu rzeczy. Firma wymyśliła, że managera zrobi dyrektorem, a na jego miejsce potrzeba czterech nowych managerów. I tak, zamiast awansować obecnych liderów, którzy znali się na robocie jak mało kto, machina korpo ruszyła i rozpoczęły się rekrutacje. Koniec końców, trzy z czterech stanowisk objęły kobiety, ale to żaden problem, rozmowy kwalifikacyjne przecież się odbyły.
Na ostatniej imprezie firmowej dyro trochę popił i wygadał się, że dostał „sugestię” z góry, że minimum 50% managerów w zespole ma być płci pięknej. Żeby był poklask na konferencjach „Łimen in AjTi” i ładnie w reklamach to wygląda, że firma taka „woke”.
Niestety na stanowiska „robotniczych” takiej sugestii nie było (korpo z fabryką na miejscu).
W praktyce wygląda to tak, że liderzy zespołów, którzy aplikowali na stanowiska managerskie i nie dostali ich, zaczęli się zwalniać. Straciliśmy czterech wymiataczy, którzy praktycznie byli filarem tego działu. A żeby było kim rządzić, to nowe managerki zaczęły zatrudniać na stanowiska liderskie swoje koleżanki. Do tego połowę swoich obowiązków delegują na innych.
I tak oto z dobrze prosperującego działu IT nagle zaczęliśmy tracić klientów, jesteśmy w tyle z technologią, każdy projekt ma minimum 50% opóźnienia i niedoszacowanie kosztów idące w miliony, a biedny dyrektor nadal zachodzi w głowę, co poszło nie tak.
Nie, to nie jest prowokacja. To się dzieje w rzeczywistości, tylko o tym się nie mówi.
A jak się mówi, to oczywiście problemem na pewno nie jest kumoterstwo, brak kompetencji czy zatrudnianie kobiet na stanowiska managerskie na siłę :)
W wieku około 6 lat zacząłem bardzo rozpaczać nad śmiercią Jezusa. Myślałem, jak by to było dobrze, gdyby nie został ukrzyżowany.
Spytacie pewnie, jaki był tego powód. Było mi żal, że on umarł? Byłem mocno wierzącym chrześcijaninem?
Nie. Otóż pomyślałem, że gdyby nie umarł, to nie musiałbym już nigdy więcej chodzić do kościoła.
Dodaj anonimowe wyznanie