#tNOM5

Może nie do końca anonimowe...

W mojej miejscowości była pewna nauczycielka, która chyba nie miała równo pod sufitem. Mnie nigdy nie uczyła, ale nasłuchałam się o niej wiele, bo była nauczycielką córki znajomych moich rodziców, dziewczyny 4 lata ode mnie starszej. Słyszałam m.in., że kobieta ma przesadne wymagania, np. temat w zeszycie ma być podkreślony wyłącznie kolorem wskazanym przez nią itp. Najbardziej mnie jednak zdziwiło, że kazała uczniom witać się z nią... śpiewająco, bo uczyła muzyki. Dzieci musiały na ulicy zaśpiewać: "Dzień dobry pani", bo inaczej dostawały dwójkę (wówczas ocena niedostateczna). Podobno zdarzyło jej się też niesfornego ucznia kopnąć w tyłek.

Pewnego razu zobaczyłam taką oto scenę. Idzie chodnikiem wspomniana nauczycielka, a z przeciwka jakiś chłopak z dorosłym mężczyzną, najpewniej ojcem. Chłopak zaśpiewał przywitanie, a facet osłupiał. Popatrzył na syna, na nauczycielkę, znów na syna i krzyknął: "Noż k..., co ty mi tu za cyrki odstawiasz? Wstyd mi na ulicy robisz!".

Podobno po tym pani nauczycielka zrezygnowała z tego umuzykalniania uczniów. Ale i tak była w moim mieście bardzo znaną osobą.

#S5QVD

Na wstępie powiem, że historia jest zarazem zabawna jak i smutna. Jak ją zinterpretujecie to zależy od was.

Był bardzo słoneczny dzień, idealny dzień by umrzeć. Dosłownie. Postanowiłem popełnić samobójstwo. Nie będę pisać powodów które skłoniły mnie to tak radykalnego kroku. Nie o tym jest to wyznanie.

Jestem człowiekiem, który lubi robić wszystko inaczej niż wszyscy. Dlatego postawiłem na samospalenie. Chciałem poczuć ból palenia się żywcem, przylepiania się topiącego ubrania, wypalanych nerwów, gotowania się krwi i piekącego się mięsa. Pojechałem na stację i wypełniłem 10-litrowy kanister benzyną, do tego kupiłem przy kasie jeszcze zapalniczkę. Miejsce miałem już upatrzone, czyli takie, w którym nikt nie będzie przeszkadzał, można wjechać samochodem i przy okazji nie podpalę okolicy.

Dalej poszło gładko, przebrałem się w stare ciuchy, aby nie spalić ładnych ubrań. Je ładnie ułożyłem w bezpiecznej odległości, ściągnąłem buty, żeby przynajmniej ładnie to wyglądało (jak mnie znajdą) i do dzieła.

Wylałem na siebie cały kanister. Przyznam, że od samego zapachu zaczęło mi się kręcić w głowie. Był on tak silny, że piekł w "nosie" aż do mózgu, a oczy zaczęły zachodzić mi mgłą. Można się było udusić samym zapachem, który dostawał się do płuc. Najprzyjemniejsze uczucie to nie było - tak mogę to podsumować.

Ale te kilkanaście sekund mnie nie zraziło. Sięgnąłem do kieszeni po zapalniczkę i pstryk.
Pstryk-pstryk.
Zapalniczka nie chciała buchnąć małym płomieniem, ostatnim w moim życiu.
Pstrykałem coraz szybciej, ale ona jak na złość nie chciała dać nawet iskry.
Zdenerwowany poszedłem do samochodu po zapalniczkę z gniazda. Niestety! Tu też pech. Zapalniczka z mojego samochodu od zawsze była uszkodzona. Ja jej nigdy nie używałem więc nie było potrzeby jej wymieniać. Załamany, że nic w życiu mi nie wychodzi nawet samobójstwo postanowiłem jeszcze próbować wykrzesać tę nieszczęsną iskrę.
Smród benzyny był już na tyle silny, iż miałem wrażenie, że zaraz stracę przytomność. A to ostatnia rzecz jaka byłaby mi potrzebna (gdyby ktoś mnie znalazł, trafiłbym pewnie na jakieś leczenie). Niestety po iluś minutach (nie pamiętam, naprawdę) zapalniczka dalej niewzruszona odmawiała. Wku*wiony, załamany - i inne złe stany, zmieniłem ubranie na czyste, stare zostawiłem i ruszyłem do domu.

Ot, taka historia niedoszłego samobójcy, któremu trefna (albo zalana) zapalniczka z randomowego CPN-u przedłużyła życie.

#QjlI9

Parę lat temu zdarzyło się, że moja mama dość długo była bezrobotna. Mieszkamy w okolicy, gdzie o pracę naprawdę ciężko.
Mój ojciec co prawda wtedy pracował, ale moi rodzice tak naprawdę się nienawidzą - są ze sobą (chociaż to za dużo powiedziane) tylko ze względu na dzieci.

W naszej miejscowości powstał nowy zakład, zajmujący się docelowo produkcją mebli ogrodowych.
Z racji wysokiego bezrobocia, kierownik zakładu zorganizował spotkanie, na które zaprosił wszystkich chętnych podjąć jakąkolwiek pracę.

W pewnym momencie ze strony kierownika padło pytanie:
- Czy ktoś z państwa ma jakieś doświadczenie z drewnem?
Moja mama się odezwała, a jakże - nie mając nic do stracenia:
- Ja, stolarz mi dwójkę dzieci zrobił.

Pracę dostała.

#OpRCa

Jestem kucharzem i opowiem wam jedną z historii, która działa się na kuchni.

Przy płycie stało dwóch sous chefów i klepało bernaise'a. Dla niewtajemniczonych: jest to sos ubijany z żółtek na kąpieli wodnej, do którego na końcu wtłacza się rozpuszczone masło.

No więc stoją tak we dwóch i klepią te sosy, co chwilę spoglądając na sos sąsiada.
A teraz najważniejsze! Ja stałem za nimi...
Widzę dwóch facetów po +30 lat, którzy energicznie machają swoimi prawymi rączkami w okolicach krocza, którzy co chwilę na siebie zerkają, po czym jeden z nich, dumnym głosem mówi: O! Mój jest już sztywny!

#FawxF

Byłam bardzo przypałowym dzieckiem. Tak słowem wstępu. Historii było wiele (jak ta będzie Wam pasować, to będę mogła opowiedzieć inne), ale według moich rodziców ''bankomatowa'' była najlepsza.

Jako dziecko tamagotchi chodziłam z nim cały czas. Tego dnia mamie bardzo się spieszyło, więc całą drogę ciągnęła mnie za rękę. Nie zauważyłyśmy słupa stojącego na drodze, więc mała 6-latka się na nim zatrzymała (spoko, tamagotchi przeżyło). Gdy wybiłam się ze zdenerwowania, zobaczyłam dwie stówy leżące pod słupem. Jako biznes-dziecko stwierdziłam, że wypadły ze słupa, gdy się o niego uderzyłam. Więc co dziecko zrobiło? Uderzyło w słup głową raz jeszcze.

Mama nigdy wcześniej nie widziała mnie aż tak rozczarowanej.

#2YHdQ

O prawdziwej przemocy w rodzinie...

Prowadzę 3-osobowa firmę remontową, pewnego razu dostałem zlecenie odmalowania wszystkich pomieszczeń w wielkim domu. Klient był kapitanem na statku, a jego żona panią prezes w sporej firmie.
Mieli również 9-letnią córeczkę, którą nazwiemy Matylda... O niej będzie to wyznanie, które zmieniło moje życie...

Na pozór rodzina idealna. Bardzo mili właściciele, zawsze uśmiechnięci, codziennie zamawiali nam obiad z własnej woli i robili kawę. Lecz dla Matyldy byli surowi... A my jako profesjonalna firma nie wtrącamy się w nie swoje sprawy.

Ojciec i matka cały czas zaganiali ją do nauki, uczyła się bite 10 godzin dziennie... (czas naszej pracy), krzyczeli na nią, że czyta książkę dla dzieci, a nie uczy się fizyki (9-letnia dziewczynka i fizyka...). Po tygodniu prac właściciel chyba się przyzwyczaił do naszej obecności i popychał dziewczynkę, a raz nawet ją kopnął...

Postanowiliśmy całą trójką zostawić telefony z włączoną kamerą bądź dyktafonem. Podłączyliśmy do ładowania i poszliśmy do domu.

To co zobaczyliśmy przeraziło nas - ojciec ciągnął ją za włosy przez cały korytarz, przezywał od dziwek, że jak nie będzie się uczyć, to będą ją ruchali za pieniądze. Bił ją łyżką od butów. A matka robiła dużo gorsze rzeczy, o których nie będę już pisał, bo mam łzy w oczach...

Po obejrzeniu tych materiałów zszedłem na dół do właściciela i go zwyczajnie skatowałem... Tak po prostu, bez słowa... Po czym zadzwoniłem na policję.

Odebrali tym łajdakom prawa rodzicielskie. Matyldą zajmuje się babcia, która zeznawała w sądzie przeciwko własnemu synowi, bo wiedziała, że jest niebezpieczny. Pani psycholog powiedziała, że stan psychiczny dziewczynki jest bardzo bardzo ciężki. Ja za pobicie dostałem wyrok w zawieszeniu, ale nie żałuję tego.

Miało to miejsce parę lat temu. Jakiś czas temu zadzwoniła do mnie jakaś dziewczyna i powiedziała, że mi bardzo dziękuje, po czym się rozłączyła... Myślę, że to była ona.

Po całej akcji małżeństwo wyjechało za granicę. I po zdjęciach na portalach społecznościowych można wywnioskować, że spłodzili sobie kolejne dziecko.

#lqyNq

Wczoraj na spacerze zgubiłam 200 zł. Przez własną nieuwagę, po prostu musiały mi wypaść.

Dzisiaj przeglądam Facebooka i widzę post na "spotted" mojego miasta:

"Wczoraj wygrałam na życiowej loterii i z tej okazji chciałabym serdecznie pozdrowić dziewczynę (mój opis), której wypadła kasa z tylnej kieszeni na (ulica). Dzięki tobie jestem bogatsza o 200 zł".

No... przynajmniej mam pozdrowienia :/

#Y4ySv

Od zawsze mieszkałam z dziadkami. Po śmierci babci dziadek wyzywał i tłukł mnie przy każdej możliwej okazji. Nigdzie tego nie zgłaszałam przez strach, że zostanę bez dachu nad głową.
Kiedy miałam 16 lat, puściły mi nerwy i role się odwróciły. Prawie go udusiłam, ale od tamtego czasu miałam absolutny spokój z jakimikolwiek rękoczynami.
Ogień zwalczaj ogniem, tak?

#GhARC

Miałem kiedyś kumpla. Koleś był zamknięty w sobie, małomówny i co za tym szło, nie miał wielu znajomych. Z kolei mi udało się stworzyć dosyć zgraną paczkę, do której postanowiłem wtrącić swojego drogiego kolegę. Szybko się przed wszystkimi otworzył i w ten sposób nasze towarzystwo zwiększyło się o jedną osobę. To było jakoś na początku liceum.

Sielanka jednak szybko się skończyła. Zaczęły się między nami kłótnie, co prawda o pierdoły. Większość z nas brała je na dystans, w tym nasz kochany neofita, z którym zresztą przez większość czasu się sprzeczałem. Zyskiwał on coraz większą popularność - zaczął chodzić na imprezy, krąg jego znajomych (podobnie i moich) zwiększał się. Wtedy stało się coś dziwnego. Zauważyłem, że moja wspaniała paczka traktuje mnie z coraz większym chłodem. Początkowo nie wiedziałem za bardzo o co chodzi, jednak mój wspomniany na samym początku kumpel wziął mnie na stronę i powiedział słowa, które do dziś pamiętam: "Dzięki, już nie jesteś mi potrzebny. Wiesz, że jestem od ciebie we wszystkim lepszy i mogę ci wszystko zabrać, prawda?". Przyznam, że zostały wypowiedziane w tak niesamowicie podniosły sposób, że wybuchłem śmiechem i odpowiedziałem mu coś w tylu "Spoko". On się odwrócił, powiedział "zobaczysz" i wróciliśmy do reszty paczki.

Najpierw odeszła ode mnie dziewczyna. Mój kochany kumpel powiedział jej, że ją zdradzam i jako dowodu użył fotki, którą zrobił na ulicy - było to zdjęcie mnie z moją koleżanką, której nie widziałem od końca podstawówki. Nie chciała nawet słuchać moich wyjaśnień, po prostu poszła. Później koledzy z paczki mi powiedzieli, że nie chcą się zadawać ze "zdradzającym c***em" i zerwali ze mną cały kontakt. Stopniowo wszyscy znajomi, bliżsi i dalsi, odchodzili, aż zostałem sam. Poza rodzicami nie miałem do kogo gęby otworzyć, tylko oni mi wierzyli. To wszystko wydarzyło się pod koniec drugiej i na początku trzeciej klasy liceum.

Udało mi się pójść na studia w innym mieście, tam ewentualnie znalazłem jakiś znajomych, ale to bardziej relacja w stylu "witanie się na korytarzu" niż wielka przyjaźń. Ostatnio byłem odwiedzić rodziców i spotkałem mojego ukochanego znajomego. Nienagannie ubrany, widać, że powodzi mu się w życiu. Uśmiechnął się do mnie i powiedział "I jak? Przekonałeś się, że każdy dobry uczynek zostanie odpowiednio ukarany?", zaśmiał się i wsiadł do auta, gdzie zobaczyłem swoją byłą dziewczynę - od liceum naprawdę wyładniała. I zacząłem się zastanawiać, czy koleś naczytał się za dużo komiksów, czy miał coś nie tak z głową...
Dodaj anonimowe wyznanie