Daria, maniaczka fit diet opartych na eliminacji glutenu, laktozy, cukru i wszystkiego tego, co uwielbiam jeść.
Jako że była to swojego czasu moja współlokatorka, znałam wszystkie teorie spiskowe na temat tego, że zachoruję, bo jem na śniadanie tosty albo że dostanę cukrzycy, bo uwielbiam pić Kubusia.
Gdyby nie fakt, że uwielbiała ustawiać diety wszystkim dookoła, pewnie byłaby z niej całkiem fajna dziewczyna, ale niestety ciągłe jej pieprzenie, że jak możesz to jeść, gdy jadłam moją ulubioną tajską krewetkową, doprowadzało mnie do szaleństwa.
Pewnego razu miarka się przebrała.
Panna Daria znów zostawiła taki syf w kuchni po swoim fit gotowanku, że postanowiłam się trochę zemścić.
Dziewczyna nigdy nie wspominała, że jest chora, że cokolwiek z tego jej szkodzi tak realnie, więc myślałam, że laska to po prostu członek sekty Lewandowskiej, którą ubóstwiała ponad wszystko.
Postanowiłam udowodnić jej prawdziwą szkodliwość mleka krowiego i dolałam jej go do jej kartonika mleka kokosowego. Chciałam na następny dzień udowodnić jej ile są warte te jej słówka.
Jakoś po powrocie z siłowni jak zwykle zrobiła sobie regeneracyjny koktajl mleczno-owocowy.
I tutaj dopiero zrozumiałam moją głupotę. Dziewczyna przez dwa kolejne dni puszczała tak śmierdzące bąki, zajmowała wiecznie łazienkę i zostawiała po sobie taki odór, że nie można było tego znieść.
W ramach troski zapytałam się jej, czy mogę wypić jej mleko kokosowe, bo w sumie to zaczyna podobać mi się jej idea żywienia. Było obrzydliwe.
Daria po paru dniach czuła się lepiej, a ja do dzisiaj mam wyrzuty sumienia.
Nikt nigdy się o tym nie dowiedział, a dziewczyna do dzisiaj myśli, że otruła się tym obiadem, co zjadła na mieście przed siłownią.
P.S. Tak, możecie mnie hejtować.
P.S.2 Nigdy więcej czegoś takiego nie zrobię
Mam 30 lat, ale moja mama nadal widzi we mnie swoją słodką dziewczynkę i bardzo to podkreśla, gdy odwiedzam rodziców. Byłoby to słodkie, gdyby nie to, że pokazuje mi zdjęcia sprzed lat i porównuje co się zmieniło. Ostatnio przesadziła wyciągając zdjęcie, gdzie miałam 13 lat (małe, chude dziecko) i pyta, czemu nie mogę być tak szczupła jak kiedyś (mam normalną wagę dorosłej kobiety).
Cóż, przy następnej wizycie powyciągałam jej zdjęcia z liceum i zaczęłam chwalić jak ładnie wyglądała, na koniec zapytałam, czemu już tak nie wygląda.
Może i wredne, ale mam nadzieję, że zadziałało, bo naprawdę mam już dość słuchania od kilku lat tego "kiedyś byłaś taka słodka".
Z moim byłym miałam różne przejścia, ale pewnej rzeczy, którą mi powiedział, nie potrafię zapomnieć, bo jego słowa zakorzeniły się we mnie głęboko. Ze względu na stan zdrowia – problemy z płucami, arytmię i przyjmowane leki – zajście w ciążę jest w moim przypadku teraz już raczej niemożliwe, ale kiedy z nim byłam, ten temat istniał jako "ryzykowny, ale możliwy pod ścisłą kontrolą lekarską". Usłyszałam kiedyś od niego, że jeśli okaże się, że ze mną nie będzie mógł mieć dziecka, poszuka kogoś, z kim będzie je mógł mieć "na boku", bo jego marzeniem jest przekazać swoje geny. Te słowa porządnie zachwiały moim poczuciem własnej wartości, poczułam się bezwartościowa jako kobieta i nadal tak czuję się, mimo upływu paru ładnych lat. Tak jakbym była jakąś "imitacją" kobiety, skoro nie mogę dać mężczyźnie dziecka.
Niedawno dowiedziałam się, że mój były, przy okazji jakiejś dolegliwości, udał się do urologa i po zrobieniu badań okazało się, że on sam może mieć porządny problem ze spłodzeniem potomka z powodu niedostatecznej drożności nasieniowodów.
Cóż za ironia losu...
Godzina 21, ostatni kurs autobusu. Przez 80% trasy jadę ja i kierowca. Zajęłam pierwsze miejsce, zaraz za kierowcą.
Kilka przystanków dalej wsiada ONA - Rycerz Moherowy, okutana równie mechatym szalem i z wielką czerwoną torebką.
Podchodzi do mnie i zaczyna swoją tyradę - że jestem niewychowana, że zero szacunku, że ona schorowana i tak w kółko. Pytam się jej, czy nie widzi, że cały autobus jest wolny. Tak, widzi, ale to jest JEJ miejsce, ona zawsze tu siedzi. Pozdrowiłam panią, uprzejmie sugerując wizytę u psychiatry, aż tu nagle BACH! Torebka ląduje na mojej głowie. Zamach miała babcia nie gorszy od zawodników MMA, więc gdyby nie kierowca, pewnie przyłożyłaby mi ponownie. Autobus stanął w szczerym polu, kierowca sypnął jakimś paragrafem o przewozie agresywnych pasażerów i chwilę później zszokowana bokserka patrzyła, jak autobus kołysząc tylnymi światłami oddala się, zostawiając ją w szczerym polu :)
Schorowana starowinka, nie ma co! :)
Kiedyś, gdy poszedłem z moją mamą na mszę do kościoła, po jakichś 30 minutach ksiądz wyjął z torby kilka rzeczy. I tak jak zwykle dzieci ustawiły się wokół ołtarza i czekały.
Rzecz nr 1 to był klej w sztyfcie. Ksiądz coś tam mówi, głosi jakieś kazania i w końcu padło pytanie do dzieci "Kto chce ten klej?". I nagle JEB, wszystkie dzieci zaczęły krzyczeć ''JA CHCĘ". A potem zaczęły się kłótnie...
Dziecko nr 1: "Ja chcę klej, żeby moja mama miała czymś przykleić płytki".
Dziecko nr 2: "Nie! Ja muszę dostać ten klej, żeby skleić kamienie". (Wtf!?)
Dziecko nr 3, które grzecznie od samego początku siedziało cicho, powiedziało cichutkim głosikiem: "Ja chcę ten klej, żeby skleić moją mamę z tatą".
Na to zdziwiony ksiądz się pyta "Ale czemu chcesz ich sklejać?''.
Dziecko: "Żeby tata już nigdy nas nie opuszczał".
To dziecko to byłem ja, a moi rodzice byli w trakcie rozwodu. Po moich słowach jednak się nie rozwiedli. I następnym razem ksiądz przyniósł całe wiadereczko z klejami w sztyfcie :)
PS Jakby ktoś pytał, to ksiądz dał mi jednak ten klej :) Ale nie skleiłem rodziców. Choć próbowałem ;)
Moja siostra pracuje w banku. Klienci, jak wiadomo, są różni, ale jednej sytuacji siostra długo nie zapomni.
Przyszła pewnego razu do banku pani w podeszłym wieku. Podeszła do okienka, by dowiedzieć się, czy na konto już wpłynęła jej emerytura. Jak się okazało, pieniądze były. Pani podziękowała i wyszła z banku. Wróciła krótko potem i znowu udała się do okienka mojej siostry. Z torebki wyciągnęła pieniądze – wybrała z bankomatu całą emeryturę – i przyszła wpłacić ją do banku, żeby, jak powiedziała, pieniądze nie leżały przez noc w bankomacie, bo jeszcze ktoś mógłby jej ukraść.
Siostra nigdy wcześniej nie musiała włożyć tyle wysiłku w zachowanie kamiennej twarzy.
Jestem samozwańczą artystką. Każdy kto przyjdzie do mnie do domu zachwyca się moimi meblami i pyta gdzie znajduję takie perełki.
Nikt nie wie, że znajduję je na śmietniku i odnawiam tanim kosztem. Tylko łóżko mam ze sklepu.
Kiedy byłem mały i pokłóciłem się z rodzicami, to zaczynałem płakać i obrażony zamykałem się w łazience. Po jakimś czasie spędzonym w kibelku zaczynały mnie gryźć wyrzuty sumienia i za każdym razem tam sprzątałem, żeby rodzicom nie było przykro (ustawiałem ładnie perfumy na szafce i składałem ręczniki, na więcej nie było mnie stać :D).
Mam małego kociaka, mieszkam na wsi, ale trzymam go jak kota miastowego i jakoś od niedawna pozwoliłam mu wychodzić bez mojego nadzoru. Wyszedł na dwór, po godzinie słyszę na dworze miauczenie. Otworzyłam drzwi, a mój kochany kot bez imienia przyszedł z dworu do domu, aby się załatwić do kuwety i znów wyjść na dwór.
No cóż, przynajmniej mam pewność, że nie narobi w domu :D
Swego czasu jeździłam na obozy. Było tam pole domków, gdzie ludzie przyjeżdżali z rodzinami odpocząć w leśnym zaciszu nad jeziorem. Pewnego dnia, gdy wracałam z żagli, zauważyłam typową Grażynę z koszykiem grzybów i typowego Janusza smażącego chleb na grillu. Kobieta zwróciła się do męża radośnie obwieszczając "No popacz tylko, jakich pięknych borowików nazbierałam!", na co on "Dej no na grilla". Coś tam zaczęła gadać o szaszłykach, a w międzyczasie ja przyjrzałam się tym grzybom i staremu samochodowi na warszawskich rejestracjach.
Cóż, w koszu były same szatany, na dodatek takie bardzo zaróżowione. Zwróciłam delikatnie pani Grażynie uwagę, że te grzybki nie są jadalne niestety, a jeśli mi nie wierzy, to niech sprawdzi, jednak obyło się bez testów. Jako że jestem panią lasów, jak mnie zwą, to w pół godziny nazbierałam koszyk borowików, podgrzybków, kurek i kani, nawet objaśniłam pani jak się z nimi obchodzić i jak odróżnić poszczególne gatunki.
Gdy skończyłam opowiadać, zawołała mnie jeszcze do kuchni, że znalazła pieczarki, ale stwierdziła, że je ususzy. Spojrzałam na wiszące na lince kawałki muchomora sromotnikowego, które ledwo się trzymały. Zdjęłam i wyrzuciłam je.
To miało miejsce parę lat temu, ale przypomniałam sobie tę historię, aby uprzedzić wszystkich "znawców", którzy nigdy na grzybach nie byli, a chcieliby zabłysnąć: czasami warto się doinformować i pamiętać, aby w szczególności dzieciom nie podawać nieznanych z pochodzenia grzybów.
Dodaj anonimowe wyznanie