Niektórzy mogą wiedzieć, co to airsoft, ale dla tych, którzy nie kojarzą, jest to sport podobny do paintballu. Różnica jest taka, że strzela się z replik broni i małymi plastikowymi kulkami bez farby. Często nosi się do tego mundury i wymagane są zaledwie odpowiednie okulary. Jest to coś, co lubię robić w cieplejszy okres roku, lecz jak każdemu, zdarzają się drobne błędy.
Między misjami (cały dzień jest podzielony na różne misje: np. zdobądź flagę, odbierz zakładnika etc.) jest zakaz strzelania z broni i każdy ma obowiązek jej zablokowania. To drugie jest czymś, co często wypada mi z głowy.
Stoimy w lesie, słuchamy raportu z misji, wszyscy trzymają lufy w dół. I nagle się to dzieje. Przypadkowo naciskam na spust i strzelam do kogoś z bliska w łydkę. Tak. To cholernie boli nawet z daleka. Już stres, bo za strzał z bliska i w strefie bez strzelania są ostrzeżenia, a czasami kary (zależy od tego, czy prowadzący jest bardzo prawny czy też nie, a nasz tego dnia był nieco poddenerwowany).
Gościu jednak widać nie usłyszał strzału - zbyt skupiony na rozmowie z kumplem obok. Uderzył się z całej siły w łydkę, rzucając głośnym "Cholerne mrówki!". Patrząc w dół dało się zauważyć, że stoimy pośród czerwonych mrówek.
Szybka blokada broni i odsunięcie się z miejsca zbrodni.
Nikt nie wie, że to moja wina, a nie mrówek. Nikt.
Mój nowy nauczyciel WOS-u ma przez prawie całą lekcję zamknięte powieki. Tłumaczy się tym, że "oczy otwiera tylko dla Maryi i swojej żony".
Ponadto nie patrzy na dziewczyny nawet gdy je odpytuje, ponieważ grzechem jest patrzenie na płeć przeciwną, będąc w związku małżeńskim.
Moja córka na 18 urodziny dostała używany samochód, trochę pieniędzy, konsolę i poduszkę z jakiegoś "anime".
Najbardziej ucieszyła się z poduszki.
Gdzieś ostatnio czytałam wypowiedź matki uważającej, że Brajan to ładne imię dla chłopca i że właśnie tak nazwała syna. Ogólnie zdziwiona, czemu jest taka nagonka na to imię, przecież to imię jak każde inne...
Otóż nie. Pracuję w szkole podstawowej, uczę plastyki i techniki. W jednej z szóstych klas jest chłopak o imieniu Brajan. Dokładnie tak napisane. On nienawidzi swojego imienia. Przez to nie ma kolegów. Ja wiem, że imię nie jest powodem do odrzucania kogoś, ale wytłumaczcie to dwunastolatkom. Dla niego nie jest fajne codziennie słyszeć tekściki o swojej, zdaniem "kolegów", patologicznej rodzinie. Dziecko naprawdę pochodzi z dobrego domu, ale nikt nawet nie daje mu szansy.
Dlatego, Drogie Matki, wybierajcie dla swoich dzieci takie imiona, aby one nie musiały się ich później wstydzić.
Niedawno minęła I rocznica śmierci mojej Mamy i chyba nadszedł najlepszy moment na to wyznanie.
Co było najgorsze podczas pogrzebu? Msza? Nabożeństwo? Pochówek? Nie. Kondolencje.
Ostatnie pożegnanie przeszłam całkiem nieźle, bo śmierć Mamy od dawna była kwestią czasu, więc w jakiś sposób byłam na nią przygotowana. Niestety, to, co miało pomóc (czyli wyrazy wsparcia i współczucia), było tym, co mnie najbardziej zdewastowało. Wyobraźcie sobie - kilkadziesiąt bliższych i dalszych osób, kompletnie załamanych i zaryczanych, którzy łamiącym głosem cię pocieszają i mówią, że "będzie dobrze", choć same w to nie wierzą. Efekt był taki, że te wszystkie zapewnienia tylko zburzyły moje jako takie pozytywne nastawienie. Jakby tego było mało, nie brakło osób, które podchodziły z tekstami "I jak wy sobie teraz poradzicie?", "Będzie wam ciężko." czy "Umarła za młodo, to niesprawiedliwe" - no dzięki, te słowa na pewno mnie podniosą na duchu, to jest to, czego teraz potrzebuję. Serio myślicie, że "Boże, ile ona musiała wycierpieć" zadziała pokrzepiająco? Po co mówicie takie rzeczy?
Ale najgorsze było usłyszeć od ponad 20 osób "Mama cały czas patrzy na ciebie z góry". Bóg mi świadkiem, że przez miesiąc od pogrzebu nie potrafiłam pójść do toalety bez myślenia o tym, że Mama na mnie patrzy. To głupie, ale ten tekst odarł mnie z poczucia prywatności na kilka tygodni. Wiem, że intencje były dobre, ale wyszło jak wyszło.
Byłoby mi o wiele prościej bez tych kondolencji.
Problem był także później. Tata ciężko znosił odejście Mamy i trudno było mu się z tym uporać. Tym bardziej nie pomagał fakt, że niemal za każdym razem, gdy wychodził z domu, to spotykani znajomi na jego widok robili smutne miny i grobowym głosem pytali "Jak sobie radzisz?" - niektórzy po kilka razy na tydzień. Wiem, że intencje były dobre, ale przypominaniem na każdym jednym kroku o czymś tak bolesnym naprawdę nie pomaga. Tym bardziej, że niektórzy ciągnęli temat pomimo wyraźnej niechęci taty - i to np. przy mrożonkach w Biedronce, bo akurat tam się spotkali. Jako obserwator mogę zaręczyć, że po każdej takiej "pokrzepiającej rozmowie" tata był jeszcze bardziej zdołowany.
Wierzcie lub nie, ale dużo bym dała, żeby w tamtym czasie ktoś mnie zaprosił do baru na piwo czy wypad do kina. Żeby jakoś się od tego oderwać, żeby trochę się pouśmiechać i odreagować. Owszem, nie każdy tego chce/potrzebuje, ale wierzcie mi na słowo - kiedy borykasz się z bolesną stratą, to prawdziwą katorgą jest wyciąganie tej sprawy wciąż i wciąż, a w dodatku oczekiwanie, że będzie się non stop chodziło smutnym. Żałoba to ciężki okres, więc naprawdę warto najpierw delikatnie wybadać podejście danej osoby, niż przy każdym spotkaniu walić smęty i rozdrapywać bolesne rany na nowo.
Czasem to, że nie powiecie na ten temat ani słowa będzie najlepszym wsparciem.
Nigdy nie ufajcie szkolnemu pedagogowi / psychologowi. Wiem, że szerzy się, iż z problemem to pierw do takich. Bo blisko, bo pod ręką, bo po to są, bo to fajny pierwszy krok w stronę samorealizacji. Sam byłem zagubiony, w liceum, i wybrałem tę opcję. Miałem już dość, przed rodzicami udawałem, ale nie radziłem sobie tylko bardziej. Nie wiedziałem do kogo mam iść, a już byłem zrozpaczony. Chciałem pogadać - opcja pedagoga wydawała się mi szansą, nadzieją. Poszedłem... Żałuję.
Byłem już uczniem pełnoletnim i myślałem, że będzie cicho. Naiwnie się nakręciłem, że to sprawa pomiędzy mną a pedagogiem. Po jakiejś chwili od wejścia przeszedł mi stres, a ze mnie wszystko wyleciało. Pierwszy raz nie kłamałem i mówiłem co i jak czuję, jak wygląda, z czym sobie dokładnie nie radzę. Opowiedziałem też o sytuacji w domu, o kontaktach z rodzicami, rodziną (wspomnieć muszę - bardzo złe relacje, znęcanie psychiczne itd.). Przesiedziałem tam z dobre ponad dwie godziny i opowiadałem o swoim życiu. Poczułem ulgę, gdy już skończyłem. Zostałem też zapisany do placówki pedagogiczno-psychologicznej na wizytę. Wszystko wyglądało super, ja dostałem parę rad i wyszedłem z lżejszym środkiem. Miałem wrócić za godzinę, by odebrać jakiś wniosek.
Okazało się, że po moim wyjściu zadzwoniono do mojej mamy i poproszono ją o przyjazd do szkoły dnia następnego. Przez telefon powiedziano jej o mojej wizycie i moich "problemach", samym zgłoszeniu się do pedagoga. Ucieszyłem się? Tak mocno, że prawie wyszedłem trzaskając drzwiami. Już wiedziałem, że zacznie się wojna, gdy tylko wrócę ze szkoły (a mówiłem, jak jest w domu...).
Po paru dniach musiałem wszystko odkręcać, mówić, że to nieprawda. Że rodzina zareagowała okej i sami, na własną rękę, chcą mi pomóc. Ta kobieta mnie dusiła, bym poszedł do szkoły i to naprawił. Nie miałem wyjścia.
Moje problemy się pogłębiły, a ja wybrałem samotną wędrówkę po psychologach, jako "dodatkowe kółko z matematyki". Inaczej znowu byłbym "torturowany", co ja wymyślam, robię, stwarzam, wymyślam, udaję itd.
Odbijają mi się słowa pedagoga, zanim wyszedłem, mając wrócić za godzinę. Powiedział, "zaufaj mi, coś z tym zrobimy".
Od tego momentu nie ufam nikomu. Mam blokady nawet na spotkaniach z terapeutą, choć wiem, że ten chce mi pomóc.
Na początku maja zacząłem pracę w nowej firmie. Byłem z tego powodu bardzo zadowolony, bo bardzo potrzebowałem pieniędzy ze względu na to, że za kilka miesięcy będę ojcem. Przez pierwsze tygodnie było OK. Współpracownicy byli bardzo w porządku i na szefa też nie miałem co narzekać. Aż do tego feralnego dnia...
Po zakończeniu pracy byłem świadkiem tego, że mój szef, podczas wyjeżdżania z firmy, potrącił autem starszą panią i uciekł. Jako że to była staruszka, to nawet niewielki uraz mógł być dla niej groźny, więc szybko wezwano karetkę i policję. Gdy mundurowi zaczęli spisywać zeznania świadków, zacząłem się zastanawiać, co mam zrobić w tej sytuacji. Z jednej strony nie wiadomo, jak zareaguje szef, jeżeli się dowie, że na niego doniosłem, a z drugiej strony to, co zrobił, było karygodne. Ostatecznie szybko się ulotniłem z miejsca zdarzenia, żeby nie zostać wypytany.
Sumienie męczyło mnie strasznie. Nie mogłem spać, a w pracy kompletnie nie mogłem się skupić. Na social mediach prześladowała mnie posty o tym, że policja szuka świadków tego zdarzenia, co dodatkowo mnie przybijało. W końcu nie wytrzymałem i powiedziałem o wszystkim narzeczonej. Oczywiście zbeształa mnie, że od razy nie zeznawałem i że przecież szef się nie dowie, a nawet jeśli, to sobie poradzimy.
Poszedłem na policję, powiedziałem co widziałem i od razu zrobiło mi się lżej.
Do czasu, aż pojawiłem się w pracy, gdzie dowiedziałem się, że szef wie o moim donosie. Okazało się, że któryś z "kolegów" widział mnie, jak podbiegałem do kobiety i wyciągam telefon, reszty się już domyślił. Na koniec powiedział mi, że wywala mnie na zbity pysk.
Oczywiście sprawa trafiła do sądu pracy jako bezpodstawne zwolnienie, jednak jaki będzie jej wynik, to czas pokaże. Trzymajcie kciuki.
To nie musi być anonimowe, bo nie muszę się tego wstydzić.
Dziś w nocy zostałem ojcem córeczki. Córeczka jest z in vitro, tego też się nie wstydzę, jest zdrowa i jeśli będzie miała jakieś odchylenia w psychice, to będą to nasze błędy wychowawcze, a nie piętnowany sposób zapłodnienia pozaustrojowego.
Niech żyją nauki medyczne, precz z zabobonami i ignorancją!
Ludzie są straszni.
Jechałam pociągiem, dość szybkim pociągiem. Przy prędkości 160 km/h pod pociąg weszła kobieta. Jechaliśmy jeszcze kilometr, nim skład się zatrzymał. Zero szans na przeżycie. Dźwięk jakbyśmy w drzewo wjechali. Coś strasznego.
Załoga pociągu wychodzi na miejsce wypadku. Ludzie już wiedzą, co się stało. Szok, łzy w oczach etc.
Nagle słychać komunikat: "Szanowni państwo, z powodu śmiertelnego wypadku na trasie, pociąg może być opóźniony do 180 minut". I właśnie w tym momencie w ludzi wstąpił diabeł. 3 minuty od tragedii.
Stos komentarzy typu "przez jakiegoś samobójcę ja mam teraz czekać 3 godziny?", "nawet nam drzwi nie otworzą", "ona i tak już nie żyje, niech się zajmą nami". Jedna dość młoda dziewczyna dzwoni na infolinię, 5 minut po wypadku. Kobieta w słuchawce nic nie wie, no bo skąd ma wiedzieć. Nawet służby ratunkowe jeszcze nie dojechały. Dziewczyna prosi do telefonu kierownika albo menadżera (śmiech na sali). Inni ciągle hejtują załogę pociągu, bo z niego wyszła i nie zostawiła otwartych drzwi.
Ludzie... jak mają wam otworzyć drzwi, skoro pod kołami może leżeć noga, ręka, głowa? Jak mają wam w 10 minut podstawić pociąg zastępczy? Skąd? Z nieba ześlą? Jak załoga pociągu ma opisać centrali co się stało, skoro nie może wyjść według Was z pociągu?
10 minut czekania to nie jest długo. TROCHĘ EMPATII, WSPÓŁCZUCIA, CZŁOWIECZEŃSTWA! CIERPLIWOŚCI.
PS Po 25 minutach byliśmy już w drugim pociągu.
Historia wydarzyła się kilka miesięcy temu, mianowicie w lutym. 14 dzień lutego, piękna data, chyba nic więcej mówić nie muszę. Ja jako ślepy, ale jakże dbający o wizerunek krecik, postanowiłam tego dnia nie zakładać okularów, tylko soczewki kontaktowe. Podczas powrotu do domu z uczelni codziennie mijam dworzec kolejowy, tego dnia było tam niesamowicie dużo ludzi, wystrojone kobiety wysiadające z pociągów, romantyczni mężczyźni, czekający w koszulach i kurteczkach na mrozie z kwiatami. Wszyscy tylko te róże, serduszka, randki, zamawianie restauracji przez telefon, dowiadywanie się "ej, o której kończysz", "ej, pizza może być" i wiele innych uroków tego święta. Zaskakujące było dla mnie to, że nie tylko młodzi ludzie okazywali sobie miłość i dali się porwać i wplątać w to miłosne święto, ale udział w tym brały wszystkie pokolenia. Miałam niewątpliwą przyjemność obserwować starszą parę, która też spotkała się na dworcu, elegancki starszy pan wysiadł z pociągu, przeczesując resztkę grzywki swoim kieszonkowym grzebyczkiem, z pięknym bukietem róż w drugiej dłoni, a tam już czekała na niego jego hmmm... towarzyszka dnia. Co więcej, podsłyszałam ich rozmowę i wiem, że kobieta przygotowała dla mężczyzny jego, ponoć, ulubione gołąbki i rosół. Aż mnie korciło, żeby się wprosić do nich na to pyszne jedzenie.
Pięknie jest widzieć takie rzeczy. Naprawdę! Ale ja opowiem jednak o sobie...
Co prawda byłam wtedy singielką, ale jakoś nie przejmowałam się tym. Niestety wiał silny wiatr i soczewki zaczęły mi się przesuszać w oczach, z tego powodu zaczęłam "płakać", poleciało kilka łez, zaczerwieniły się oczy. Kiedy szłam chodnikiem, nagle zastąpił mi drogę jakiś chłopak, był bardzo przystojny. Miał niebiańskie, błękitne niczym bezchmurne niebo w środku lata oczy, łobuzerski uśmiech i różę w ręce. Pomyślałam sobie (ja głupia blondynka) - o Boże, to on, to moja randka na dziś, życie jest piękne. Po czym chłopak powiedział do mnie: "Ej, mała, nie przejmuj się, kiedyś się ułoży". Następnie szybko wyciągnął z plecaka piwko i podał mi je na pocieszenie, dodał tylko, że nie może mi dać róży, bo dziewczyna by się wkurzyła, ale ma nadzieję, że napój pomoże ukoić moje złamane serce i nawciskał mi jeszcze trochę kitu o tym, że nie warto się przejmować. Otarłam sztuczne łzy wywołane wiatrem, podziękowałam i szybko popędziłam do domu, chichrając się do siebie jak głupi do sera.
Tak oto zarobiłam w walentynki piwko :)
Dziękuję Ci, chłopaku! Cieszę się, że mamy jeszcze takich ludzi. To piękne.
Dodaj anonimowe wyznanie