Pracowałem w jednej z firm produkujących bankomaty jako programista. Zajmowałem się dużym projektem razem z moim kolegą. On był odpowiedzialny za interfejs graficzny, ja za całą resztę.
Po kilku miesiącach ciężkiej pracy projekt został zakończony i wdrożony na produkcję.
Pewnego dnia dzwoni do nas klient z reklamacją i opisuje nam sytuację:
Na infolinię dzwoni klient:
- Dzień dobry, w czym mogę pomóc?
- Dziki ch*j.
- Słucham???
- Dziki ch*j. Tak właśnie powiedział mi wasz bankomat.
Okazało się, że kolega tym komunikatem sprawdzał, czy wszystko mu działa.
Na szczęście nikt nie został zwolniony, a poprawka została zrobiona bardzo szybko.
Moi przyjaciele to takie turbo-śmieszki. Żarty są u nas na porządku dziennym, a każde spotkanie to jak gra w śmieszkową ruletkę. Zwykle nie jest to nic poważnego - ot, żeby kogoś z deczka nastraszyć lub narobić mu obciachu. Nie spodziewałem się jednak, że tym razem wypadnie na mnie.
Piątek, więc spotykamy się na domówce-popijówce, coby uczcić przeżyty tydzień. Trochę przeholowałem i alkohol sprawił, że zamiast opowiadać durne dowcipy (bo to zwykle robię pod wpływem), zaliczyłem zgona i leżałem z głową pod stołem.
Ocknąłem się jakąś godzinę później, alkohol jeszcze nie wywietrzał mi z głowy. Pierwsza myśl: Umieram! Otwieram oczy - ooo, nie umarłem. Poruszyłem się i uświadomiłem sobie, że coś mnie trochę uciska w szyję. Patrzę - krawat, marynarka, nawet buty, skąd tu się wziął garnitur? Chciałem go rozluźnić, gdy spostrzegłem, że leżę w czymś dość ciasnym i wyłożonym materiałem, nade mną sufit. Wstałem i rozglądam się za szklanką wody, ale zamiast tego zauważyłem moich kumpli w garniturach. Wszędzie palą się świece i stoi moje duże zdjęcie, a ziomeczki popłakują, co chwila mówiąc coś w stylu "taki młody", "miał całe życie przed sobą", "nigdy o nim nie zapomnimy".
No to krzyczę "ej, chłopaki, tu jestem!", ale oni wciąż płaczą. Przestraszyłem się nie na żarty i myślę "Kuhhhhwa! Umarłem! To był prawdziwy zgon!", po czym wstałem i z krzykiem uciekłem do innego pokoju. Tam usłyszałem śmiech ziomeczków, co mnie zdziwiło, bo kto się śmieje na pogrzebie? Wróciłem trochę przyczajony, a kumple leżą na podłodze i się śmieją. W tej sekundzie wszystko do mnie dotarło - ja żyję, a oni mnie wkręcili.
Kiedy już trochę ucichli, jeden z nich objaśnił mi plan. Na imprezie podsunęli mi kilka mocniejszych, przez co szybko odleciałem. Wtedy przystąpili do akcji. Wujek jednego z ziomków ma zakład pogrzebowy, więc pożyczyli trumnę. Przebrali siebie i mnie w garnitury, zapalili świece i włożyli mnie do trumny. Kiedy zauważyli, że wracam do żywych, zaczęli przedstawienie. Chcieli mnie wkręcać dłużej, ale nie wytrzymali i roześmiali się.
Na szczęście nie wpadli na pomysł, żeby to nagrać i wrzucić na jutuby. Mimo wszystko zemsta będzie słodka!
Nawiązując do dziewczyny, która cały czas zamawiała pizze, bo podobał jej się koleś z pizzerii - ja mam podobnie.
Mieszkam w jednym z największych miast w Polsce i na jednej z najpopularniejszych ulic, jest pewna knajpa, w której pracuje barman.
Barman ten podoba mi się tak bardzo, że chodzę tam na piwo średnio co 2-3 dni, jak on jest w pracy, żeby na niego popatrzeć i zamienić z nim chociaż parę zdań.
Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że:
1) Jestem takim stalkerem, że FBI mogłoby się ode mnie uczyć i już wiem o nim wszystko, między innymi to, że ma narzeczoną.
2) Jestem chłopakiem.
Czasami zabawiam się sama ze sobą, lecz do dziś ani razu nie miałam orgazmu, co najwyżej podniecenie. Dziś jednak wszystko się zmieniło. W jaki sposób?
Przydzielili mojej klasie nową nauczycielkę wychowania fizycznego. Jest młoda, z tego co powiedziała, świeżo po studiach. Dodatkowo jest naprawdę piękna. Opowiadała nam o systemie oceniania, a ja wyobrażałam sobie, że uprawiam z nią seks w kantorku, błagając o lepszą ocenę. W chwili osiągania orgazmu, głośno jęknęłam. Jej wzrok oraz uczniów, zapamiętam do końca życia. Zabijcie mnie, proszę.
Ostatnio przeczytałam tutaj wyznanie o tym, jak laska bała się, że wciągnie do odkurzacza pająka i ten się rozmnoży.
Przypomniała mi się pewna sytuacja, jak to w moim starym odkurzaczu zalęgły się... myszy!
Możecie sobie tylko wyobrazić moją minę i miny wszystkich domowników, gdy podczas sprzątania nagle zaczęły z odkurzacza wylatywać małe myszki, rozbiegając się po całym domu, a dodam, że było ich całkiem sporo.
Trwa pogrzeb, wszyscy płaczą, a dziadek głośno się pyta, czy zdążymy wrócić o 16:30 na jego serial...
Gdy moja siostra urodziła synka, przez kilka miesięcy pomagałam jej przy opiece. Mam trochę sentymentalną naturę i uwielbiam wszelkie pamiątki z dzieciństwa, więc robiłam młodemu pierdyliard zdjęć (nie martwcie się, nie wklejałam nałogowo na fejsbuka, za to wybrane najładniejsze wywołałam i umieściłam w rodzinnym albumie).
Wymyśliłam również specjalny plakat - obraz z ramce, złożony z wielu zdjęć twarzy maluszka, jego zmieniającej się mimiki - od płaczu, poprzez stopniowe rozpogadzanie się i na koniec jego szczery uśmiech. Jak film zatrzymany w kilkunastu kadrach. Podarowałam siostrze, a ona uznała, że to urocze.
To, o czym jej nigdy nie powiem, to że zdjęcia musiałam układać w odwrotnej kolejności. Podczas robienia zdjęć chłopczyk cały czas się uśmiechał, a ja szczypałam go w stópki, doprowadzałam do płaczu i fotografowałam każdą reakcję.
Ostatnio zarówno częstotliwość, jak i jakość mojego pożycia seksualnego dość mocno wzrosła.
Na tyle, że któregoś razu zsunęła nam się dość mocno gumka.
Z tego względu, dla pewności, poszłam do apteki w wiadomej sprawie.
Apteki, podkreślę, w której do tej pory byłam może z maksymalnie 4 razy i w której pojawia się przynajmniej 3 różnych farmaceutów.
Wchodzę, na szczęście nie ma nikogo poza mną i panią w białym fartuchu.
- Dzień dobry, poproszę test ciążowy.
- A... w jakim celu?
- ?
- Rozumiem, że nie chce pani złożyć zażalenia?
- ???
- No... wie pani, o co mi chodzi?
Patrzę zdezorientowana na panią, pani badawczo na mnie.
- Chyyyba nie... a mogłaby pani wyjaśnić, bo nie jestem pewna?
- Bo ostatnio kupowała pani tutaj prezerwatywy i pomyślałam, że może przedziurawiły się pani albo pękły i chce pani złożyć skargę.
Chyba nie muszę dodawać, że strzeliłam niezłego buraka.
Zwłaszcza że w życiu nie podejrzewałabym, że ktokolwiek stamtąd może mnie zapamiętać.
Bo to "ostatnio" było jakiś miesiąc temu. I kupowałam je w tym miejscu pierwszy, a w ogóle - drugi raz w życiu.
Pod koniec liceum byłam dość pulchną dziewczyną - było to spowodowane moim zaniedbaniem, gdyż skupiałam się tylko na nauce - oczywiście były narzekania ze strony rodziny na moją wagę. Potem przyszły studia, wyjechałam do Wrocławia (z okolic Gdańska) i nie było mnie w domu ponad 2 lata.
Na 30. rocznicę ślubu moich rodziców postanowiłam zawitać w progach domu rodzinnego. Od razu przywitały mnie okrzyki zaskoczenia - Jak pięknie schudłam, co to za dieta cud, pewnie na tych studiach (med) mnie uczą zdrowego odżywiania i dlatego postanowiłam schudnąć - spekulacje były różne. Ciotki się pytały, co robiłam - odpowiadałam zgodnie z prawdą, że jadłam mniej i zaczęłam się ruszać.
Prawda - nie było mnie stać na jedzenie ani autobusy codziennie, więc zapierdzielałam pieszo i jadłam co w przecenie.
Mój sąsiad przyznał się, że będąc u mnie kilka dni wcześniej wykradł i zjadł kotleta, który leżał w kuchni. Przyznał się, bowiem zżerało go sumienie...
Dodaj anonimowe wyznanie