#q28Ih

Jak byliśmy dziećmi, to mój brat ugotował kota. Nie naszego, oczywiście. Przyniósł zabitego kota, oddzielił mięso od skóry i przysmażył je na patelni z jajecznicą, masłem, grzybkami (kurkami czy borowikami) i przyprawami, które były w domu. I może jestem chora, ale spróbowałam tego i to było przepyszne.


Nie pochodzimy z biednej rodziny i mieliśmy dużo innego jedzenia.
Rodziców nie było wtedy w domu.
Brat nie został kucharzem, tylko lekarzem, o ile kogoś to ciekawi.

#W4KxY

Jestem w dupie. Otrzymałam dzisiaj z samego rana wiadomość SMS (!) od firmy cateringowej, która oświadczyła, że złożyła właśnie wniosek o ogłoszenie bankructwa i że nie będzie mogła zorganizować jedzenia na moje wesele. Póki co jeszcze nie znalazłam żadnej firmy na "zastępstwo". Ślub jest pojutrze...

#pHRvN

Słowem wstępu, jestem typowym śmieszkiem. Uwielbiam robić innym żarty i się śmiać. Jestem też dość odważna i wygadana, a do tego straszna ze mnie gaduła.

Podczas rozwiązywania krzyżówek genetycznych w programie komputerowym, wyszło, że to niemożliwe, żebym była córką własnych rodziców. Zdziwiona pani od biologii powiedziała, że na pewno jest jakaś niewielka szansa, a komputery po prostu nie biorą jej pod uwagę, jeśli wynosi mniej niż 1%. Nie przejęłam się więc tym za bardzo, ale jak to miewam w zwyczaju, postanowiłam zażartować z rodziców.

Tego dnia przy obiedzie z jak najbardziej poważną miną zapytałam rodziców, dlaczego ukryli przede mną fakt, że jestem adoptowana. Po chwili ciszy mama zapytała, jak się dowiedziałam.

To był chyba ostatni raz, kiedy z czegoś sobie zażartowałam. I pierwszy, kiedy nie wiedziałam, co powiedzieć. Czuję taką pustkę, jak jeszcze nigdy w życiu.

#fc1K5

Zacznę od tego, że mam 16 lat. Moi biologiczni rodzice oddali mnie do domu dziecka, kiedy miałam trzy lata. W wieku ośmiu lat adoptowała mnie rodzina. Byłam u nich przez trzy lata. Pokochałam ich jak prawdziwych rodziców, zawsze wydawało mi się, że oni również mnie pokochali. Jednak kiedy pani Magdalena zaszła w ciążę, to postanowili, że oddadzą mnie z powrotem do domu dziecka.
Dokładnie rok temu adoptowała mnie rodzina, mama Kasia, tato Łukasz, 19-letni Tomek i 17-letni Kacper.

Pokochali mnie jak prawdziwą córkę. Ja również ich pokochałam. Parę dni temu zapytałam się mojej mamy Kasi "co to są za daty, które ma wytatuowane". Odpowiedziała mi, że są to daty narodzin jej dzieci i symbolizują to, że będą w jej sercu na zawsze. Wzruszyło mnie to.

Właśnie dzisiaj, kiedy minęła moja pierwsza rocznica w tej rodzinie, zauważyłam, że obok dat braci pojawiła się jeszcze jedna data. Była to data dnia, kiedy po raz pierwszy weszłam do tego domu, kiedy po raz pierwszy ktoś powiedział do mnie "córeczko" (wcześniejsza rodzina nigdy tak do mnie nie mówiła). Czuję się najszczęśliwszym dzieckiem na świecie. Kocham moją nową rodzinę całym sercem.

#lFgUZ

Od wielu lat mam bardzo poważną fobię - panicznie boję się ciem.

Pewnego razu otwieram lodówkę i nagle na podłodze ląduje coś płaskiego i ciemnego. Moja pierwsza myśl "o ku*wa, ćma". Wpadam w panikę, wybiegam z kuchni, po drodze zdążyłam się poślizgnąć i rozwalić kolano o szafę. Dopiero gdy się uspokoiłam, wróciłam, żeby rozeznać się w sytuacji i ewentualnie zamknąć lodówkę.
Z bezpiecznej odległości spojrzałam na rzekomą ćmę...

Dostałam ataku paniki przez kawałek sałaty.

#JVCfX

Podczas ostatnich mikołajek anonimowo dawaliśmy sobie prezenty (kładliśmy je pod choinką). Ja przed mikołajkami wylosowałem kolegę, którego niezbyt znam, ale będąc w sklepie zobaczyłem kostkę Rubika (ale taką ładniejszą, taką z okrągłymi dziurami w środku) i ją kupiłem.

Kolega odebrał prezent, ale widziałem, że nie był zbyt szczęśliwy, pomyślałem wtedy, że już dostał wcześniej taki prezent.
Po jakimś czasie przypadkiem dowiedziałem się, czemu to był kijowy prezent. Bo kolega jest daltonistą.

Przepraszam cię, Marek, nie chciałem być złośliwy.

#tlaWj

Jak byłam szczylem w wieku lat 8 pierwszy raz pojechałam na kolonię, wraz z innymi nieletnimi szczylami. Generalnie wszystko pięknie ładnie, pozostałe dzieciaki fajne, panie opiekunki miłe, stołówkowe jedzenie jadalne...
Jedyną patologią na tej kolonii byłam ja.

Czemu? - spytacie.

Ano dlatego, że na tej kolonii właśnie dowiedziałam się o istnieniu takiego cuda jak smakowe pasty do mycia zębów dla dzieci. Wszystkie moje koleżanki je miały. Jedynie moja matula stwierdziła, że różowa pasta z drobinkami w środku, w opakowaniu z Arielką przegrywa w starciu ze jakimś dentystycznym paskudztwem o działaniu anty - wszystko w cenie takiej, że powinno to jeszcze myć naczynia i śpiewać w trzech językach.

Tak, mam tragicznie słabe zęby i tak, 20 lat później dalej kupuję te dentystyczne paskudztwa, niestety już z własnych pieniędzy.

Ale wracając do historii właściwej - byłam cholernie zazdrosna o te pasty koleżanek, ale jednocześnie też zbyt nieśmiała, żeby o tym komukolwiek powiedzieć.
Co więc młodsza wersja mnie wymyśliła?

Żarłam te pasty, jak nikt nie patrzył.

Miałam nawet wyrobiony rytuał robienia tego tak, żeby nikt nie zauważył - codziennie wieczorem chodziłam się myć ostatnia, żeby żadna koleżanka już się po mój pokarm bogów nie wracała. Zawsze brałam odrobinkę pasty - wielkości paznokcia palca serdecznego - no bo przecież musiało koleżankom i mi starczyć do końca dwutygodniowej kolonii. Mieszkałyśmy w sześć w pokoju z łazienką, więc miałam 5 cudownych smakowych past do wdupcania.

Byłam wtedy jak narkoman. Przez cały dzień zwiedzania kolejnych historycznych kamieni, które już nawet ciężko było nazwać ruinami, zastanawiałam się, w jakiej kolejności dzisiaj podjem pasty koleżanek. Zmieniałam nawet sposób jedzenia ich - czasem wkładałam grudkę do buzi i czekałam, aż się sama rozpuści, czasem wcierałam je w zęby i zlizywałam, a czasem kładłam pod język lub smarowałam nią usta. Parę razy nawet mieszałam różne smaki ze sobą. Te wybory to były moje najpoważniejsze decyzje na tym wyjeździe. Nic innego się nie liczyło.

Generalnie rzecz biorąc, do końca kolonii nikt się nie zorientował.
Niczego nie żałuję.
Czasem jak mam gorszy humor i potrzebuję się pocieszyć, to zamiast butelki wina wolę kupić sobie dziecięcą pastę smakową i zeżreć ją, oglądając koty w internecie.

#ugkoS

Dziwne sytuacje uczelniane kojarzą się przede wszystkim z dziekanatem albo prowadzącymi. U mnie natarcie nadeszło od najmniej spodziewanej strony - innego studenta.

Na moim kierunku jest trochę osób zza granicy, zwłaszcza Ukrainy i Białorusi. Poza innym imieniem i nazwiskiem i czasem trochę zaciąganiem na końcówkach nie da się ich od Polaków odróżnić. Poza jednym osobnikiem. Jego rodzice pochodzą z Bliskiego Wschodu, stąd też nazywa się w stylu Ahmed Mohammed oraz jest muzułmaninem. I nie byłoby z tym żadnego problemu, gdyby nie zachowanie wobec dziewczyn - wyraźnie uważa je za gorsze, nie rozmawia z nimi, jeśli któraś popełni błąd i o coś go poprosi, na szczęście nie jest krytykowana słownie, ale wzrokowo tak, że się odechciewa.

Ostatnio jednak odwróciło się to przeciw niemu. Okazało się, że musi donieść jakieś papiery do dziekanatu, a jeśli nie zrobi tego do końca sesji, to jest skreślany z listy studentów. Logiczne, taka była umowa, miał czas od października. Są jednak dwa problemy - nie chce tego zrobić oraz nie przyjmuje tego faktu do wiadomości. To drugie wynika z tego, że starostą jego grupy jest - o zgrozo - przedstawicielka płci pięknej. Nie czyta wiadomości od niej, ze wszystkim zwraca się do starosty roku, który ma (nie)szczęście być chłopakiem. Ten też mu o tym mówił, ale stwierdził, że nic z tym nie zrobi, bo nie będzie robił tego, co mu kobieta każe...

Żeby nie było - do samych tych ludzi nie mam nic, mam dobrego znajomego tego wyznania i pochodzenia i świetnie się zasymilował u nas, ba! Przypomina innym, żeby przepuszczali dziewczyny w przejściu. :D ale jeśli komuś kultura nie pozwala na funkcjonowanie, to już jest jego problem.

#935xk

Tak się złożyło, że w kręgu moich znajomych jest wiele osób, które mają tatuaże. Sam też chciałem sobie zrobić, ale długo nie mogłem wymyślić wzoru, który by mi pasował.

Po wysłuchaniu jakie to tatuaże są super, jakie to świetne uczucie, gdy igła dotyka ciała i w ogóle, wybrałem wzór i poszedłem do salonu.

Zrobiłem sobie tatuaż na przedramieniu, niezbyt duży, ale rzucający się w oczy. Wybrałem wzór, który bardzo mi się spodobał i po zważeniu wszystkich za i przeciw, stwierdziłem, że właśnie to chcę mieć na ciele do końca życia.

Wtedy się zaczęło.
Moi znajomi rzucili się na mnie jak stado wygłodniałych wilków, zaraz po tym, jak powiedziałem im, że mój tatuaż niczego nie symbolizuje, że ma po prostu dobrze wyglądać. "To niedopuszczalne robić sobie coś, co nie ma żadnego znaczenia", "nie rozumiesz idei tatuażu", "jesteś głupi", "to ci zostanie na całe życie", "a tak w ogóle, to jest brzydkie".

Ja nie oceniam ich tatuaży, nie obchodzi mnie, czy coś symbolizują. Oni sami zawsze mówili, że nikt nie ma prawa oceniać ich tatuaży, bo to ich ciało i mogą z nim robić co tylko chcą, a jeśli się to komuś nie podoba, to może wypiera***ać.
Chyba pora zastosować się do ich słów.
Dodaj anonimowe wyznanie