Kiedy miałam 6-7 lat, moja ówczesna kotka powiła miot trzech prześlicznych kociąt. Rodzice zgodzili się, że jedno z nich zostawimy, resztę oddamy innym do adopcji (topienie oczywiście nie wchodziło w grę). Tak więc kotka i mały kocurek szybko znaleźli nowy dom, nie ukrywam, że było mi trochę przykro, ale z drugiej strony wiedziałam, że im tam też będzie dobrze. Zostawiliśmy sobie kocurka, był prześliczny, przypominał mi te szare koty z reklam whiskasa, no cudowny. Do tego był bardzo przyjazny, nie był agresywny, ale bardzo lubił się bawić.
Pewnego wieczoru zauważyłam niewielką ranę na jego uchu, pomyślałam, że znowu wdał się w bójkę z innymi kotami. Jednak rana z dnia na dzień się pogłębiała, do tego zauważyłam podobną na jednej z tylnych nóg. Razem z siostrą bardzo dbałyśmy, aby rany się zagoiły, kilka razy dziennie przemywałyśmy i owijałyśmy nogę i ucho (dodam, że w tych czasach jeżdżenie do weterynarzy nie było takie powszechne). Jednak nie przynosiło to żadnych efektów, zdawało się, że rany te gniją, do tego wydawały nieprzyjemny zapach. Pewnego razu kot zaginął. Wszyscy myśleliśmy, że uciekł do pobliskiego lasu, aby się gdzieś zaszyć i umrzeć. Już nawet się z tym pogodziłam, kiedy pewnego dnia stanął przed naszymi drzwiami. Tylko tym razem z poszarpanym uchem i brakiem jednej nogi. Po pewnym czasie przywykliśmy do jego kalectwa i wszystko wróciło do normy. Dalej jednak nie wiedzieliśmy, co było przyczyną tak poważnych ran, bójki z innymi zwierzętami z pewnością nie doprowadziłyby do tak poważnych obrażeń.
Wkrótce prawda wyszła na jaw. Nasz sąsiad, przeciwnik zwierząt, przyznał się, że kiedy nasz kot biegał sobie po jego ogródku (nasze posesje dzieli tylko siatka, co dla kotów nie stanowi żadnych przeszkód), postanowił oblać go kwasem. Jak to usłyszałam, to krew się we mnie zagotowała, jeszcze nigdy nie czułam tak wielkiej odrazy i nienawiści do drugiego człowieka.
Dzisiaj, 14 lat później, pożegnałam mojego ukochanego kotka, głównego bohatera tego wyznania. Jak zmarł? Potrącił go samochód. Nie mogę się z tym pogodzić, po tym wszystkim co przeszedł (historia z kwasem to nie jedyny taki epizod) zginął na drodze, którą przekraczał tysięcy razy. Mimo wszystko zawsze będę go pamiętać jako kota o naprawdę dziewięciu życiach.
Gdy idę spać, to trzymam samą siebie za rękę w łóżku, żeby nie myśleć o tym, że jestem samotna.
W ubiegłym roku podczas wakacji organizowałem imprezę dla dużej grupy znajomych. Mam swoje mieszkanie, ale skorzystałem z okazji, że moi rodzice wyjechali na urlop i zgodzili się, abym zrobił imprezę u nich w domku na wsi. Pomyślałem, że to dobry pomysł, zwłaszcza że nie ma tam w pobliżu żadnego sąsiedztwa, więc nikomu nie będą przeszkadzały głośne rozmowy i muzyka.
Wszystko było dopięte na ostatni guzik, goście powoli się schodzili. Nagle jakiś rolnik, którego pola leżały tuż obok domu rodziców, postanowił, że to idealny czas, aby rozwieźć obornik.
Okres zimowy, więc wsiadając do pojazdów komunikacji miejskiej, jesteśmy przygotowani na starcie ze zmarzniętym żulikiem, który potrzebuje odrobiny ciepła, by rozmrozić trunek i się odrobinę rozgrzać.
Pewnego razu umiejscowiłam się obok owego sympatycznie wyglądającego pana, który o dziwo nie zabijał mieszanką zapachów, charakterystycznych dla tego rodzaju pasażerów. Siedzimy spokojnie, wpatrując się przed siebie, jednak kilka chwil później mój spokój zakłócił dźwięk rozsuwanego suwaka. Kątem oka zauważyłam bardzo znajomy kształt. Mężczyzna nieśmiało uchylił rąbka tajemnicy (czyt. kurtki) i wyciągnął dorodny trunek, tzw. ruski szampan, po czym jednym chluśnięciem opróżnił połowę kształtnej, zielonej butelki, rozlewając przy tym część zawartości na swój zacny strój. Odrywając butelkę od ust, zauważył mój przewiercający na wylot wzrok i nieśmiało zbliżył trunek w moją stronę, wydukując z siebie niesamowicie ambitne pytanie brzmiące: ''HMMM?", co zapewne oznaczało "Poczęstujesz się, młoda damo?". Z wielkim żalem musiałam odmówić, zważając na okoliczności. Nie zdążyłam jednak do końca wykonać gestu, mówiącego ''nie, dziękuję'', a do moich uszu dobiegł szaleńczy śmiech, brzmiący niczym pianie duszącego się koguta. Naprzeciw stała niewiasta, która obserwowała całą tę sytuację. Rozbawiona do łez krzyknęła ''KARNAWAŁ'' i wybiegła z tramwaju, a zaraz za nią przemiły spożywacz napojów wyskokowych.
Nadal próbuję zrozumieć, co tam się tak właściwie wydarzyło :D
Wypisałam się z religii. Podczas ostatniej lekcji coś we mnie pękło, w momencie, w którym usłyszałam jak siostra mówi, że nieważne, czy kobieta została zgwałcona czy nie, nie ma prawa usunąć dziecka... Ktoś nawet posunął się do stwierdzenia, że kobiety, które zostały zgwałcone, powinno się wkładać do białego pokoju bez klamek w kaftanie, żeby nie zabiły płodu i siebie.
A co z dziećmi, które byłyby zmuszone do urodzenia?
Miałam wtedy dziewięć lat. Nie wiedziałam wiele o tym, skąd się biorą dzieci. Może i byłam głupim dzieckiem. Moi rodzice nigdy nie mówili mi o seksie ani o złym dotyku, ani o niczym innym z tym związanym (mam siedemnaście obecnie, a jednak ani razu ze mną o tym nie rozmawiali do tej pory), w szkole też nikt nic nie tłumaczył. Nie chciałam tego, ale mimo to zostałam zmuszona. Pamiętam słowa, że lepiej, żebym nie była w ciąży. Pamiętam płacz. Błagania, żebym nie zaszła. Rok. Przez cały rok bałam się, że mogę być w ciąży. Śmieszne? Może i ta ignorancja niektórych bawi. Ale gdybym jakimś cudem zaszła... gdyby ktoś zmusił mnie, gdy byłam małym dzieckiem, do urodzenia dziecka... teoretycznie nie było to takie niemożliwe. Gdyby to się stało dwa-trzy miesiące później, mogłabym być w ciąży. Wcześnie zaczęłam miesiączkować.
Nienawidzę ludzi, którzy odmawiają kobietom prawa decydowania o ich ciele. Teraz, gdy jestem już bardziej świadoma, myślę, że byłabym w stanie urodzić i wychować dziecko z gwałtu. Myślę, że dałabym radę pokochać je, bo nie jest niczemu winne. Ale wtedy... podejrzewam, że skończyłabym albo na cmentarzu, albo na oddziale zamkniętym. Sama nie popieram aborcji, ale koszmar, który przeszłam, nie pozwala mi na popieranie jej przeciwników. Nie pozwala mi milczeć, gdy ktoś mówi o całkowitym zakazie.
Na tamtej lekcji byłam bliska, by pierwszy raz wyjawić to, co się stało. Nie zrobiłam tego. Po prostu w milczeniu spakowałam się, wróciłam do domu i zaczęłam płakać.
Tata ostatnio zainwestował w nowy piec w domu, którym można sterować przez telefon, bo często wyjeżdża w delegacje służbowe, a to jego „działka”.
Teraz jak mama go zdenerwuje, to zmniejsza jej ogrzewanie.
Od dłuższego czasu ćwiczę twerking. Może się to wydawać głupie, ale sprawia mi to ogromną przyjemność. Zazwyczaj po kąpieli trzęsę kuperkiem, w tle muzyka, która pomaga i tak spędzam dłuższa chwilę. Na początku było to bardzo niezdarne, ale teraz śmiało można stwierdzić, że wygląda to tak, jak powinno. Dodatkowo wykonuję ćwiczenia, by pośladki miały fajny kształt i by bardziej czuć mięśnie.
Nigdy nikomu tego nie zdradzę ani nie pokażę. Tak, anonimowi. Jestem 25-letnim facetem, mam dziewczynę, jestem hetero i czuję się w 100% mężczyzną.
Twerking to taka mała tajemnica...
Pracuję na kasie w małym sklepiku osiedlowym. Dziś jakiś piekielny klient przez ładnych kilka minut stał w kolejce i mnie obrażał, zastawiając się głośno: "Jak szefostwo może w ogóle dawać pracę ludziom takim jak ja". A wszystko przez to, że w pierwszej kolejności obsłużyłem osobę niepełnosprawną, która stała za nim w kolejce.
Powiem krótko. Byłam prześladowana w podstawówce. Byłam nieśmiałą, lekko otyłą dziewczyną. Z niewiadomego powodu cała klasa się na mnie uwzięła. Poniżali mnie z byle jakiego powodu. Nie dość, że koledzy sprawiali mi przykrość, to niszczyli mnie również nauczyciele. Do dziś w mojej głowie szumią słowa nauczycielki, kiedy nie znałam odpowiedzi przy tablicy "Siadaj. Z takim podejściem na pewno nic nie osiągniesz".
Tak w wieku, gdzie powinnam mieć najlepsze wspomnienia, dostałam depresji. Chciałam umrzeć. Nie wiem jak to się stało, ale przetrwałam do gimnazjum. Wtedy postanowiłam się zmienić, przestać być takim popychadłem. Schudłam 25 kg, ścięłam włosy i zrobiłam kolczyki. Ale mimo to nadal się bałam. Że będzie jak w podstawówce.
Ale od tego czasu zaczęło się wszystko układać. Znalazłam PRAWDZIWYCH przyjaciół. Nauczyciele mnie uwielbiają i widzą we mnie potencjał.
Dlaczego o tym piszę?
Wczoraj na WDŻ mieliśmy ćwiczenie, żeby każdy napisał innym jakiś komplement. Kiedy dostałam z powrotem swoją kartkę, oniemiałam. "Takich to ze świecą szukać", "Takich jak ona to jak najwięcej" i najpiękniejszy "Mój najlepszy przyjaciel".
Śmialiśmy i żartowaliśmy, a ja udawałam, że to mnie w ogóle nie ruszyło. Ale jak tylko wróciłam do domu, rozpłakałam się jak nigdy. Zrozumiałam, że kiedyś mogłam się poddać, zabić się i nigdy nie poczuć szczęścia.
Pamiętajcie, po burzy zawsze wychodzi słońce :)
Skandynawia.
Sofie dostała śliczną i okrutnie drogą kurtkę zimową w prezencie gwiazdkowym od swojej mamy. Bardzo ją ten prezent ucieszył. Szczególnie że jej matka nigdy nie była dla niej zbyt dobra i zawsze skąpiła każdej jednej korony, licząc na to, że ojciec dziewczyny (z którym już od dawna nie jest) pokryje wszystkie koszty z nią związane. Sama nie płaci na nią nic.
Miesiąc po Bożym Narodzeniu Sofie dostała od niej drugą część prezentu - fakturę za kurtkę do zapłaty na swoje imię.
To nie pierwsza i zapewne nie ostatnia chora akcja z jej strony. Już sama nie wiem, czy kobieta jest tak wredna, czy po prostu chora psychicznie.
Dodaj anonimowe wyznanie