Miałem ciężki tydzień. Znajomi zabrali mnie do baru. Urwał mi się film.
Rano obudziłem się z mega kacem i SMS-em o treści "Po powrocie do świata żywych zapraszamy do baru XYZ po odbiór nagrody :)".
Po pijaku wygrałem konkurs karaoke, a nagrodą było 8 tys. zł i open bar do końca roku, a jakiś obcy facet chce mnie wziąć na wokalistę do zespołu.
Nawet nie wiedziałem, że mam taki talent :D
Mój szef jest skandynawskim cebulakiem.
Za każdym razem kiedy kończy się nam mydło, rozwadnia te 5 ml co zostało w szklance wody, żeby móc jeszcze trochę dłużej go używać (uwierzcie mi, takie "mydło" już nie myje).
Choć zarabia w milionach, ZAWSZE kupuje i je wyłącznie produkty przeterminowane, z przecen.
Naturalnie nie mamy prawa wyrzucać NICZEGO, bo wszystko może się jeszcze przydać. Biuro wygląda i pachnie przez to jak wysypisko śmieci.
Na moim biurku stoją stare pudełka z takimi oprogramowaniami jak Windows 95 czy 97.
Wycina znaczki bez pieczątki z listów, które do nas przyszły i używa ich ponownie, gdy my coś wysyłamy.
Choć mógłby spokojnie kupić sobie Teslę, jeździ starym, 26-letnim autem, które ciągle mu się psuje. A jeździ w bardzo długie ponad 1000 km trasy i nie jest śmiesznie, jak samochód mu akurat tam pada.
Poza tym jest całkiem spoko typkiem. Choć cieszę się, że nie jest moim ojcem. Wtedy musiałabym pewnie prać zużyte tampony i używać ich na nowo.
Sytuacja sprzed roku. Była piękna, letnia niedziela. Małżonka postanowiła zrobić obiad, więc zostawiła pod moją opiekę naszą pięcioletnią córeczkę. Chcąc nacieszyć się pogodą, poszliśmy do pobliskiego parku na plac zabaw.
Usiadłem na ławce obok, a dziecię pobiegło pobawić w piaskownicy. Zacząłem robić coś z telefonem, gdy nagle moja pierworodna podeszła do mnie i powiedziała:
- Tatusiu, dasz mi pieniążek z numerkiem 5?
Zdziwiony prośbą zapytałem:
- A po co ci?
- No bo tam jest taki pan, który miesza karty i można wygrać więcej pieniążków - odpowiedziała wskazując na grupkę ludzi stojących wokół stolika. Karciany Oszust. Widzę w oczach dziecka chęć zagrania, ale tłumaczę jej co ten pan naprawdę robi. Ona jednak nie dawała za wygraną i prosiła coraz bardziej.
"Oj tam, mam akurat drobne, to jej dam, a ona dostanie lekcje życia" pomyślałem.
Wzięła monetę i podbiegła do mężczyzny i poprosiła o grę. On widząc naiwniaczkę zgodził się z uśmiechem i zaczął mieszać karty. Mała od razu postawiła swoje (tzn. moje) pieniądze i, a jakże, wygrała pierwsze rozdanie. Kolejne, i znów wygrana. Miała już 15 zł. Oszust oczywiście dał jej wygrać i widząc, że dziewczę połknęło haczyk, zaproponował:
- Może teraz zagrasz o większe sumy? Większa wygrana i zabawa...
- NIE. DZIĘKUJĘ, DO WIDZENIA! - wykrzyknęła i uciekła do mnie, zostawiając za sobą osłupiałego karciarza i śmiejących się gapiów.
Przy mnie z dumą pokazała nowo zdobyte monety, które zarobiła w tak łatwy sposób.
Tego dnia wyciągnąłem dwa wnioski:
1. Ta dziewczyna poradzi sobie w życiu,
2. Moje lekcje życiowe są do dupy.
PS Za wygraną postawiła nam kolejkę lodów dwugałkowych :D
Moja dziewczyna zwichnęła sobie palec. Widząc jej cierpienie, jako opiekuńczy mężczyzna, przyniosłem jej szklankę wody z aspiryną, aby uśmierzyć ból. Wsadziła palec do szklanki.
Mam bardzo wrażliwe... piszczele. Nie ma dla mnie dobrej gry wstępnej, jeżeli mój facet nie będzie wodził po nich opuszkami palców, stopami bądź ich lizał. Samo to potrafi mnie doprowadzić do orgazmu.
Mój facet niestety często wyjeżdża, bo pracuje w Szwecji, a ja nie potrafię się bez tego obyć choć raz w tygodniu, więc najczęściej jak go nie ma piekę kurczaka i tą skórką spieczoną smaruję sobie nogi, a później wołam psa.
Wilk syty i owca... zadowolona.
Pracuję w pewnym bardzo drogim, snobistycznym butiku. Ze względu na to niewiele się tu dzieje. Zazwyczaj wolny czas wykorzystuję do nauki języków, czytania czy po prostu przeglądania internetów.
Tym razem zabrałam ze sobą kosmetyczkę - zaraz po pracy szłam na randkę, chciałam pięknie wyglądać. Po pomalowaniu i spiłowaniu paznokci przyszedł czas na regulację brwi. Gdy i z tym się uporałam, odnalazłam na dnie kosmetyczki... pilnik do stóp. Moje pięty są w fatalnym stanie, więc w pielęgnacyjnym uniesieniu zaczęłam je ostro ścierać, unosząc chmurę naskórkowego pyłu. Tak się zapamiętałam w tej nierównej bitwie, że nie zauważyłam, jak do sklepu weszła klientka...
Wyobraźcie sobie teraz, że przychodzicie do sklepu, w którym bluzka kosztuje równowartość średniej pensji zwykłego Polaka i wita was czerwona na czole ekspedientka bez buta, zgięta w pół i ścierająca pięty. Słabo, nie?
Na szczęście klientka okazała się równą babką i tylko sobie ze mnie pośmieszkowała. Ubaw miał też mój chłopak, gdy jedną piętę miałam gładką jak pupka niemowlaka, a druga mogłam ścierać ser.
Za to przez następny miesiąc byłam przykładną pracownicą i dostałam nawet premię!
Studiuję w mieście oddalonym od domu rodzinnego kilka godzin drogi, przyjeżdżam do domu na KAŻDY weekend.
Znajomi trochę śmieszkują, że jestem taka rodzinna, parę osób twierdzi, że mi zazdrości dobrych stosunków z rodzicami... Rodzice też są zachwyceni, bo jestem najmłodsza z rodzeństwa, więc wiadomo - troszkę oczko w głowie, w dodatku bracia już się usamodzielnili, zakładają rodziny, więc rodzice chyba czują się trochę samotni.
Nigdy się im nie przyznam, że nie przyjeżdżam odwiedzać ich - to mogłabym robić raz na parę miesięcy, tylko ich psa.
Początek roku akademickiego niósł za sobą pewne zmiany - nowe towarzystwo, więcej czasu poświęcanego nauce, życie w biegu z powodu dojazdów, mniej czasu. Od dłuższego czasu z ówczesnym chłopakiem nam się nie układało, ale pierwsza miłość, przywiązanie, a wręcz uzależnienie nie pozwalała mi tego zakończyć, mimo że sytuacja nie miała się lepiej (wyzwiska, niekiedy szarpanie, po czym znana piosenka, że ja już nigdy więcej - daj mi szansę). Trafiłam w stricte męskie środowisko (kierunek techniczny), gdzie przypadkiem "wypłynęło" zachowanie już teraz byłego, przez co nowo poznani znajomi pomogli mi zakończyć niekończącą się falę rozstań i powrotów kiedy już myślałam, że nie ma dla mnie nadziei. Wszystko fajnie, wolność, wsparcie, przyjaciel staje się kimś bliskim w niedługim czasie, ale gdyby naprawdę było wszystko w porządku, to dziś byśmy się tu nie spotkali.
Problem leży w moich dziadkach. Mój były, chociaż opowiadałam o jego występkach, był uważany za symbol wszystkich cnót i dóbr - "przy nim byłaś bezpieczna, wiedzieliśmy co się z tobą dzieje, gdzie jesteś, co robisz". W międzyczasie wyprowadziłam się od babci do mamy, w zasadzie jedną dzielnicę w mojej mieścinie dalej. Wtedy się zaczęło.
"Nie wiadomo co ona robi, z kim się zadaje. Oni ją wykorzystują, włóczy się po akademikach, pije, tabletki jej dają, molestują...". Gadka-szmatka, niby nic, aczkolwiek po jednej z tego typu kłótni, jak udostępniłam zdjęcie z korytarza na uczelni z grupką znajomych jedynie stojących wokół mnie co najwyżej z głupimi minami, dziadek zaczął opowiadać całej rodzinie na podstawie owego zdjęcia, że cały wydział mnie całuje i obściskuje na jakichś akademikach. Decyzja zapadła szybko - przynajmniej ograniczyć kontakt.
Niedawno jednak postanowiłam się udać do dziadka z okazji imienin, gdyż wcześniej dzwoniąc do mamy zaczął ją przepraszać i okazywał skruchę. Zaczęło się...
D: Co masz taki brzuch w tej bluzie? Na pewno tam nic nie masz?
Żona dziadka: Chcesz ciasta? Proszę. Może sałatkę jarzynową do tego? A nie chcesz śledzia? Śledzia, ogórka kiszonego? Przecież to tak pasuje...
Tak. W ich mniemaniu jestem w ciąży. Czekam na to w jaki sposób i kiedy dokonam aborcji, jak się okaże, że nie doczekają się porodu ich urojonego prawnuka.
Mam wrażenie, że otaczają mnie idioci.
Sytuacja nr 1.
Wierzę w Boga, ale nie afiszuję się z tym, jak również tego nie ukrywam. Moja koleżanka z klasy stwierdziła, że nie wierzy i nie jest chrześcijanką. OK, nie mam nic do tego. Przez pół roku łaziła za mną i kazała mi udowadniać, że Bóg istnieje i w ogóle dlaczego jestem katoliczką, skoro w kościołach tyle pedofilów. Odpowiadałam, że takie są moje poglądy i tyle. RAZ zapytałam się jej, dlaczego przestała być chrześcijanką. Co usłyszałam? "Bo tak jest modnie, a w ogóle co mnie to obchodzi". OK, takie jest jej zdanie. Następnego dnia usłyszałam, że jestem "katoświrem" i nie szanuję cudzych poglądów, bo na siłę próbuję nawracać innych.
Sytuacja nr 2.
Większość z nas ma fejsbuka. Łącznie ze mną. Możemy również dzięki niemu zapraszać znajomych. Ostatnio podszedł do mnie chłopak ze starszej klasy i z pretensjami pyta się, dlaczego odrzucam jego zaproszenie. Kit z tym, że to była nasza pierwsza rozmowa i nawet nie wiem, jak się nazywa. Moja koleżanka z klasy zrobiła jedną wielką aferę. O co poszło? Oznaczyła mnie przy swoim zdjęciu profilowym, a ja ośmieliłam się nie polajkować owego zdjęcia. Potem każdy robił mi ośmieszające zdjęcia z ukrycia i wrzucał na moją tablicę.
Sytuacja nr 3.
Nie jestem introwertykiem, chodzę na imprezy i mam przyjaciół oraz chłopaka. Tzn. miałam. Byliśmy ze sobą 4 miesiące. Znaliśmy się 3 lata. Po jednej z mocniejszych imprez wróciliśmy do jego domu. Zaczął mnie całować i obmacywać. Mówiłam mu już wcześniej, że nie jestem gotowa na seks. Na jego pytanie kiedy będę gotowa odpowiedziałam, że chcę poczekać z tym do ślubu. Kazał mi wypie#dalać, bo on z zakonnicą nie będzie, ośmieszam go jako mężczyznę i w celibacie nie chce tkwić całe życie.
Może i jestem głupia, nawiedzona i staroświecka, ale powiedzcie mi, drodzy anonimowi, czy ja naprawdę krzywdzę tym ludzi?
W towarzystwie zazwyczaj pierdzę koło swojego nie potrafiącego się jeszcze wysławiać dziecka. Tak, aby winę za potworny smród móc zrzucić właśnie na nie.
"Ups... Ktoś tu chyba znowu zrobił w pampersa!".
Łykają jak pelikany za każdym razem.
Jestem złym człowiekiem.
Dodaj anonimowe wyznanie