#g0bpl

Z zawodu jestem wizażystką i projektantką ubrań. Mam niewielką, lecz nieźle prosperującą firmę i własny apartament w centrum dużego miasta. Mam też grupę znajomych, z którymi spędzam czas, jestem wykształcona i ponoć atrakcyjna. Często się uśmiecham. Umiem też wykonać perfekcyjny makijaż – to dla mnie bardzo ważne, ponieważ każdego ranka maskuję przed lustrem ślady wielogodzinnego płaczu.

Od lat cierpię na bezsenność. Jeśli akurat uda mi się zasnąć bez komplikacji, budzę się po paru godzinach. I płaczę. Wstaję z łóżka i wczołguję się w kąt pokoju. Czasem chowam się pod biurko lub do szafy wnękowej. Kiwając się w tył i przód, zanoszę się rykiem, łzy przemakają mi całe ubranie. Czasem krzyczę z bezsilności. Dostaję czkawki, zagryzam róg poduszki, by się uspokoić – bezskutecznie. Biegnę do łazienki i wymiotuję ze stresu i wyczerpania. Sama głaszczę się po głowie, jak małe dziecko, tak długo, aż zmęczona znowu nie zasnę. Rano wstaję, biorę zimny prysznic i wykonuję makijaż. Ubrana i pachnąca idę do pracy. Z uśmiechem. Nikt nie ma pojęcia, jak spędziłam noc. Ja sama w ciągu dnia o tym nie myślę. Przypominają mi o tym tylko ciągle podrażnione oczy i lekkie, lecz bezustanne poczucie niepokoju i pustki. Dotychczas nie umiałam opisać i nazwać tego uczucia, które każe mi to robić. To taki przemożny głód ludzkiego dotyku i obecności, którego nie zaspokoił jeszcze żaden mężczyzna w moim życiu, chociaż byłam już w wielu związkach. To pustka, która boli fizycznie.

Jestem dorosłą kobietą, więc gdy dziś usłyszałam, co mi dolega, byłam bardzo zaskoczona. Choroba sieroca może przybierać różne formy.

#tKqnL

Mój partner ma dziecko z poprzedniego związku. Powiedział mi o tym na samym początku naszej znajomości, co bardzo doceniam i cieszę się, że od początku był ze mną szczery. Poprosił też wtedy, żebym nikomu o tym na razie nie mówiła i on powie sam, gdy będzie gotowy. Przystałam na to bez problemu – też uważałam, że w tamtym momencie nie była to informacja niezbędna dla osób postronnych. Minęło kilka miesięcy, rok, potem drugi... Na ten moment jesteśmy razem już prawie 3 lata, a nadal nikt w moim otoczeniu nie wie, że on ma syna (podkreślam, że chodzi o moje otoczenie, bo jego rodzina oczywiście wie).
Nie chodzi mi o to, żeby nagle rozgłaszać to wszystkim wujkom, ciotkom, znajomym itd., ale uważam, że chociaż moja najbliższa rodzina, czyli rodzice i siostra, powinna o tym wiedzieć – mam z nimi bardzo dobre relacje i jakoś tak podświadomie czuję, że trochę ich okłamuję. Nie chcę być nie w porządku wobec niego i mówić im o tym bez jego wiedzy, natomiast w tym momencie nie czuję się też do końca w porządku wobec nich. Wydaje mi się, że jest to na tyle ważny element życia, że nie powinno się go trzymać w aż takiej tajemnicy. Nie wyobrażam sobie, że za jakiś czas np. weźmiemy ślub, a moi najbliżsi nadal nie będą świadomi, że mój mąż ma dziecko.
Poruszałam ten temat kilka razy w ciągu ostatniego roku. Poprosiłam, żeby to przemyślał, skoro oboje traktujemy tę relację poważnie. Starałam się wytłumaczyć sprawę w sposób, w jaki to opisałam powyżej, natomiast on nadal nie wykonał żadnego kroku w tym kierunku. Jego główne wytłumaczenie to: „No bo co oni sobie o mnie pomyślą...”.
Staram się go zrozumieć, bo wiem, że dla niego samego temat jest dość trudny. Z tego co wiem, jego syn urodził się w wyniku tzw. wpadki, gdy oboje byli bardzo młodzi – chociaż już po 20. roku życia, więc też nie jest to jakaś patologia. Z byłą partnerką mają teraz skomplikowane relacje, dodatkowo ona obecnie mieszka z dzieckiem za granicą i te kontakty są jednak mocno ograniczone. Mimo wszystko nie uważam, że jest to temat, który powinien być tak ukrywany. Życie też różnie się układa i któregoś razu może to wypłynąć w najmniej spodziewanym momencie, a wtedy na pewno nikt nie będzie się czuł komfortowo. Kilka razy przeszło mi przez myśl, żeby postawić mu jakieś ultimatum, podać konkretny termin, do kiedy ma sprawę „załatwić”, ale tak naprawdę też nie wydaje mi się to dobrym pomysłem, tylko może zaszkodzić naszej relacji. Ale tak jak jest obecnie, też uważam, że nie jest do końca w porządku.

#kpTRn

Kilka lat temu wzięłam ślub. Jestem tak głupia, że biorąc ten ślub, już wtedy czułam, że to nie jest to, czego chcę.
Minęło kilka lat, a ja jestem nieszczęśliwa. Mamy dom, spłacamy za niego kredyt. Mąż już naciska na dzieci, a ja? Jestem w potrzasku. Nie chcę dzieci, gdyż wiem, że wtedy już nigdy się od niego nie uwolnię. Nie jest złym mężem, mimo to irytuje mnie niesamowicie. Jest dobrym człowiekiem. Myślę, że mnie kocha. A ja nie jestem w stanie odwdzięczyć się tym samym.

Kobieta krzywdzona, wiadomo, że powinna jak najszybciej uciekać od męża. Jest na to społeczne przyzwolenie. A co z kobietą, która ma męża i wegetuje każdego dnia? Praca, dom, praca, dom. Nie mamy wspólnych pasji, zainteresowań, nie mamy o czym rozmawiać, nudzimy się ze sobą. Czuję, jak życie przecieka mi przez palce. Boję się rozwodu, boję się odejść, boję się, co stanie się z kredytem, boję się, że mąż sobie nie poradzi psychicznie. Boję się, że ja nie poradzę sobie w życiu.

Pewnie usłyszę, że się nudzę i wymyślam. Ale ja naprawdę każdego dnia wstaję bez chęci do życia, bez jakiegokolwiek optymizmu, bo wiem, że lepiej nie będzie.

#bsx8m

W ubiegłym miesiącu dziewczyna zrobiła mi awanturę, dlaczego to znów ona ma brać opiekę na chore dziecko. Ja kolejny raz przypomniałem jej, że zarabiam trzy razy więcej i kolejny raz wyjaśniłem jej zasadę konstrukcji mojego wynagrodzenia, gdzie za L4 zabierane są nagrody, premie na trzy miesiące i dostaję w danym miesiącu 80% z tego, co normalnie. Uparła się i koniec – poszedłem na opiekę. Za trzy tygodnie opieki wyszło mi mniej niż połowa tego, co normalnie bym zarobił. Teraz dziewczyna ma do mnie pretensje, że nie mamy pieniędzy i dlaczego lepiej jej nie wyjaśniłem, jak to działa, bo ona nie myślała, że tak to będzie wyglądało. Ręce mi opadły. Odciągnęli z mojego konta za ratę hipoteczną, opłaciłem rachunki, raty, zatankowałem samochód, zrobiłem zakupy spożywcze i do następnego 10 (dziś jest 15) zostało mi 104 zł i 16 groszy. Powiedziałem jej, żeby przez kolejne trzy miesiące zapomniała o fryzjerze, paznokciach, stołowaniu w knajpach, jakichkolwiek ciuchach, bo będziemy żyć tylko z jej najniższej krajowej i musi mi przelać 500 zł, bo po dwudziestym odciągną z mojego konta za Netflixa, YouTube premium i za dwa telefony, a poza tym wypada, żebym też miał za co zalać samochód i co zjeść w pracy. Nie potrafi tego zrozumieć i dalej myśli, że to są jakieś żarty. Powiedziałem jej, że to był jej pomysł, żebym szedł na L4 i niech gospodaruje tak, żeby starczyło.

Boli, bo boli, ale musiałem tak zrobić, żeby kobieta zrozumiała. Mam coś tam odłożone, więc jestem spokojny o jedzenie, ale ciekawi mnie fakt, jak ona będzie w stanie zagospodarować 2700 zł, które jej zostały z wypłaty i 800+, żeby starczyło na mleko i pieluchy dla dziecka, dla nas na jedzenie i utrzymanie dwóch samochodów, kiedy ona nie patrzy się co i za ile wkłada do koszyka w sklepie.

#6B5cV

Pamiętam z dzieciństwa chleb z pasztetem na śniadanie i kolację, ale wypasione kupne kanapki do szkoły, wypasione uczty na stole, gdy ktoś nas odwiedzał. Pamiętam, jak mama często powtarzała, że jesteśmy biedni i na nic nas nie stać, a także po dwie paczki papierosów wypalane codziennie przez każde z rodziców. Pamiętam, jak dzieliła mi ubrania na „domowe” i takie, które miałam zakładać „do ludzi”. Najważniejsze było, żeby się pokazać i „co ludzie powiedzą”. Widziałam, jak mama chwali się znajomym, jaką jest dobrą matką, jak ciężko haruje i ile ją kosztuje utrzymanie mnie.
Długo nie zauważałam, jak to jest z tą naszą biedą. W końcu dorosłam, ale pozostała mi świadomość, że mama jest biedna i że bardzo liczy się ze zdaniem innych.
Usamodzielniłam się, weszłam w fajny zdrowy związek, potem przyjęłam oświadczyny i zaczęliśmy z narzeczonym przygotowania do ślubu. Nie dałam się wtrącać nikomu, sami z narzeczonym wszystko zaplanowaliśmy, opłaciliśmy wszyściuteńko z zarobionych przez siebie pieniędzy, grosika od nikogo nie wzięliśmy. Nawet opłaciłam mamie fryzjerkę, która przyjechała do domu i uczesała ją i ciotki.
Krótko po ślubie usłyszałam, jak matka żali się znajomym, jak ciężko jej spłacać kredyt wzięty na moje wesele. Nie jestem z takich, co siedzą cicho, weszłam i spytałam przy tych znajomych, co niby opłaciła z tego kredytu. Okazało się, że ta cholernie ciężka i niewygodna pościel, którą od niej dostaliśmy w prezencie, kosztowała kilka tysięcy.
Przypomniałam wtedy te wszystkie kromki z najtańszym pasztetem, codzienne papierosy i to, że zawsze priorytetem było „co ludzie powiedzą”, a nie moje dobro, jak to się zawsze chwaliła. Zostałam ostateczne nazwana niewdzięczną, ale powiedzcie, to w końcu bieda czy głupota?

#sIDPW

Gdybym równo rok i dwadzieścia pięć dni temu nie przestał pić, zapewne nie miałbym okazji pisać tego wyznania. Moje wyniki badań wprawiły w zadumę Panią Doktor i powiedziała tylko tyle: „Panie Arku, pan gra z grabarzem w berka”. Te krótkie, żołnierskie słowa wprawiły z kolei w zadumę mnie. Jak to, czyżby brak kondycji, bóle mięśni, stawów, mocno podwyższone ciśnienie, bóle brzucha, codzienny odruch wymiotny, krwawienia z układu pokarmowego i brak apetytu mogły być spowodowane banalną „niedojrzałością czerwonych krwinek”, przekroczeniem norm wątrobowych o banalne (tak) 3000 procent i ogólnym zatruciem organizmu? Gdzieżby tam, przecież ja piję sobie tylko rekreacyjnie. Tak właśnie myślał nietrzeźwy umysł.
Dwa miesiące w szpitalu i zajęcia prowadzone przez terapeutów dały mi odpowiednią wiedzę i narzędzia do tego, by zrozumieć, jak bardzo podstępną chorobą jest alkoholizm i jak z nim walczyć. Ukazały, że mózg potrafi być bardzo egoistycznym oszustem i dla własnej przyjemności niszczyć karmiące go ciało bez względu na konsekwencje. Obserwacje zmian zachodzących w rozumowaniu w trakcie trzeźwienia otrzeźwiły mnie jeszcze bardziej. Obserwowałem swoje ciało uważnie. Już w szpitalu wrócił apetyt i zniknął odruch wymiotny, ustąpiły krwawienia, metabolizm wracał do normy. Po trzech miesiącach zniknęły popękane naczyńka krwionośne na twarzy i innych miejscach ciała, po sześciu ustąpiły bóle mięśni i stawów. Zacząłem porządkować swoje życie. Miałem naprawdę bardzo dużo szczęścia, że miałem jeszcze kochające osoby wokół, które nie odwróciły się ode mnie i z całych sił pomagały w leczeniu. Miałem dużo szczęścia, że trafiłem na wspaniałych lekarzy i terapeutów, którzy chcieli i potrafili przekazać wiedzę niezbędną w leczeniu i dawali energię niezbędną do tego. Miałem naprawdę dużo szczęścia... Dziękuję. Dziś mam dobrą pracę i naprawiam skutecznie to, co popsułem.

Jeśli choć jednej osobie moje słowa pomogą w podjęciu walki z nałogiem, to warto było.

#tdZV0

Czasami udaję przed rodziną i znajomymi, że jestem chora, żeby nie musieć nigdzie wychodzić, spotykać się ani rozmawiać. W takie dni nie robię niczego produktywnego – leżę w łóżku, patrzę w sufit. Wiem, że to nie jest w porządku, ale po prostu lubię samotność i nie przeszkadza mi ona.

#b54S7

Gdyby ktoś się zastanawiał, dlaczego często ludzie z ciężką depresją żyją w dramatycznych warunkach, jeśli chodzi o czystość, to podzielę się moim doświadczeniem.

Na depresję choruję od 15 lat. Najgorszy moment zawsze przychodzi w okresie jesień-zima. Biorę leki, ale w tym najcięższym okresie nawet one nie dają rady. Potrafię nie ruszyć nic w mieszkaniu przez 4 miesiące, jak nie lepiej. Włożenie kilku talerzy do zmywarki to max, na jaki mnie stać, nawet śmieci często nie wynoszę. Nie mam siły sprzątać, a po tygodniu syf jest już dosyć spory i coraz bardziej przytłaczający. Chlew, jaki gromadzę, zaczyna przerastać to, co jestem w stanie zrobić. Im dłużej nie jestem w stanie ogarnąć własnej przestrzeni, tym więcej syfu się gromadzi, więcej syfu – większe poczucie bezsilności, większe poczucie bezsilności – mniejsze szanse, że zrobię cokolwiek. Zaczynam odsuwać sprzątanie w czasie coraz bardziej, bo mnie to zwyczajnie przytłacza i przeraża wręcz. Kiedy najgorszy okres mija i zaczynam mieć siłę zrobić cokolwiek więcej, niż wstanie z łóżka, przychodzi moment ogarnięcia mieszkania – wtedy wcale nie jest lżej. Mam siłę, mogę się zmusić, nie mam ochoty, ale jak trzeba, to trzeba. Życie w brudzie tylko napędza depresję bardziej i sprawia, że czuję się jeszcze gorzej.

Za każdym razem wygląda to tak samo. Tydzień, jak nie lepiej, przerwa co godzinę, max 5 godzin dziennie. 20+ worków ze śmieciami. Tona zużytej chemii. Przynajmniej dwa ataki paniki spowodowane poczuciem bezsilności, nienawiścią do siebie za doprowadzenie własnej przestrzeni do takiego stanu. Wymioty, zawroty głowy. W tym okresie też prawie nic nie jem, nie mogę nic w siebie wcisnąć.

Zaufajcie mi, nikt zdrowy psychicznie nie wytrzymałby w takim chlewie. Najgorsze jest poczucie wstydu i panika, jaka towarzyszy mi, kiedy pomyślę, że ktokolwiek mógłby wejść mi do mieszkania i zobaczyć, w jakich warunkach żyję. Nikt nigdy tego syfu nie widział. Każdy, kto przychodzi myśli, że przesadzam, bo zawsze jest jako tako czysto. Jedyna rzecz silniejsza od mojej depresji to myśl o upokorzeniu i obrzydzeniu, jakie mogą poczuć ludzie, którzy zobaczą, jak żyję.

#MgAq7

Uwielbiam podróże koleją. Nic mi nie daje tyle radości i odprężenia jak stukot kół o szyny i zmieniający się krajobraz za oknem pociągu.
Jednak jak większość z nas, mam ograniczone możliwości zarówno czasowe, jak i finansowe na ciągłe wojaże. Więc kiedy kasy mało, kupuję sobie chipsy, piwko
i odpalam na kompie YouTube z filmikami Cabview z wybranej trasy kolejowej (dla niezorientowanych, widok z kamery z lokomotywy lub z tyłu pociągu) i jadę w długą :)
Wczoraj przejechałem 7-godzinną trasę z Bergen do Oslo w Norwegii, a w tej chwili „jadę” sobie z Poznania do Świnoujścia.
Tym sposobem spełniam choć niektóre marzenia nie wychodząc z domu, a przy okazji robię to, co kocham :)
Dodaj anonimowe wyznanie