Jestem w związku ok. 3 lata, 2,5 roku mieszkamy razem. Od jakiegoś czasu spędzamy bardzo mało czasu razem i czuję się ciągle poirytowana przez mojego partnera.
Różowe okulary już opadły i masa rzeczy mnie irytuje – brudne ubrania na krześle, nieodkładanie rzeczy na miejsce, zostawianie torby z siłowni na środku przedpokoju itd. Najbardziej denerwuje mnie to, że prosiłam milion razy, bez skutku.
Dodatkowo mam wrażenie, że mój partner jest miły i zwraca na mnie uwagę tylko wtedy, kiedy chce seksu. Na ogół pół dnia siedzi przed telewizorem, nie rozmawiamy, rzadko razem wychodzimy.
Stałam się marudną babą, której parter tylko przeszkadza i ją irytuje. W moich oczach Maciej bałagani, zalega na kanapie przed tv, jego żarty mnie nie śmieszą, a wręcz irytują. Wkurza mnie też, że wszelka inicjatywa jest po mojej stronie (rozrywki, organizacja urlopów, spotkań rodzinnych). W domu też go nic nie interesuje, jak trzeba coś naprawić czy odświeżyć, to sam nie widzi problemu, muszę prosić milion razy albo wziąć się za to sama. W sumie żaden z niego majsterkowicz, niewiele w domu umie zrobić.
Zaczynam się zastanawiać, czy mi ten związek w ogóle potrzebny. Wibrator zrobiłby tę samą robotę.
Przesadzam? Mam wrażenie, że wymagam minimum.
Pochodzę z trochę patologicznej rodziny. Mam na myśli fakt, że męska część nie potrafi się bawić bez wódki, a po alkoholu staje się agresywna.
Lata temu, gdy królowały jeszcze dzwonki polifoniczne, pewnego dnia dostałem od kogoś dzwonek, gdzie było słychać pukanie i krzyki: „Otwierać! Policja!”, i tak w kółko.
Pewnego wieczoru dziadek się upił i nie chciał się kłaść spać, wyzywał babcię itp. Jako chudy nastolatek nie mogłem postawić go do pionu, wiec wpadłem na pomysł, by iść do przedpokoju i puścić wspomniany wcześniej dzwonek. Niby głupia idea, bo kto normalny by się na to nabrał, jednak nawet jeśli coś wydaje się głupie, wcale takie nie musi być. Gdy tylko dziadek usłyszał „policję”, szybko położył się spać.
Ten patent wykorzystałem jeszcze na nim kilka razy i od tego czasu przystopował z piciem, mimo że pił z kilkadziesiąt lat.
Zawsze chciałam mieć dzieci. Celowo piszę DZIECI, bo gdy urodziłam pierwsze, to natychmiast chciałam mieć drugie. Nie zraził mnie poród, zarwane noce, płacz, trudy wychowania. O drugie dziecko szybko się staraliśmy, gdy pierwsze miało rok, to już byłam w ciąży. Niestety tej ciąży nie donosiłam i się załamałam. Do tej pory nie pogodziłam się z tym, że straciłam dziecko. Początkowo po stracie przeżywałam żałobę, potem doszły zachęty ze strony lekarza, aby starać się dalej, bo przecież poronienia się zdarzają. Staraliśmy się kilka miesięcy, ale w końcu doszłam do wniosku, że lepiej mieć jedno zdrowe dziecko niż gonić za mrzonką. Gdy się pogodziłam z tym, że będę mieć jedno dziecko, to siup chlast i okazało się, że jestem w ciąży. Ta ciąża była trudna – krwawienia, badania, szpitale, leki. Odetchnęłam dopiero pod sam koniec. Urodziłam zdrowe dziecko, to upragnione rodzeństwo. I co? I dupa. Okazało się, że rzeczywiście goniłam za jakimś wymysłem. Nie jestem szczęśliwa jako matka dwójki dzieci. Jestem zmęczona, zdenerwowana i załamana. Drugie dziecko nie jest proste w obsłudze. Mam dość. Mąż pomaga jak może i rzadko narzeka. Przynajmniej on jest szczęśliwy. A ja nie mam odwagi się przyznać, że mnie to przerosło, że ja już tak nie chcę. Ja chcę jednak mieć tylko jedno dziecko, czuć spokój i mieć czas dla siebie i mojej starszej pociechy.
Nie chcę mówić, że żałuję, że dałam mojemu dziecku rodzeństwo, ale faktem jest, że dałam mu też nieszczęśliwą i zdołowaną matkę.
Coraz bardziej nie mogę znieść córki męża. Dziewczynka ma prawie 13 lat i od roku mieszka z nami. Jest rozpieszczona, roszczeniowa, leniwa i brudna. Czuję się strasznie, że o małej dziewczynce mam tak wstrętne myśli, zwłaszcza że jest taka głównie przez matkę, bo ta ją zaniedbywała, ale wolałabym, żeby jej nie było. Staram się, jak mogę, ale codziennie muszę sobie przypominać, że to tylko dziecko, i lepiej, że jest z nami niż z matką, która ma ją gdzieś, ale cała ta sytuacja mnie przytłacza. Nie wiem, ile jeszcze wytrzymam.
Zawsze gdy widzę Januszy z wystającym spod T-shirtu bębnem, wyśmiewających się ze skądinąd niebrzydkich, ale pełniejszych kobiet, zalewa mnie krew. Podobnie jak wyśmiewanie lub niezrozumienie osoby szczuplej, która jest w związku z osobą z nadwagą.
Mam wspaniałą dziewczynę, która ma piękny uśmiech, jeszcze piękniejszą duszę, która chciała być ze mną nawet wtedy, jak nic nie miałem, gdy jeździłem do niej autobusem, a nie samochodem, i która waży o 10 kg więcej ode mnie. Ileż to razy słyszałem od znajomych, że stać mnie na lepszą dziewczynę, i tu zachodzi pytanie: czy nadwaga czyni kogoś gorszym? Czym mamy się kierować w życiu, jak nie miłością?
Niestety wychodzi na to, że ludzie szukają sobie partnera, tak jak szukają dla siebie dżinsów – „musi do mnie pasować i muszę się w nich podobać innym” – a chyba nie tędy droga. Kiedyś też wybierałem kobiety względem moich oczu i niestety, znalazłem „swój ideał”. Skończyłem jako młody rozwodnik, z kredytami i długami na koncie. Teraz wiem, czym jest miłość i wiem, co to znaczy być kochanym. I jestem z tego powodu bardzo, bardzo dumny. Nie chcę „lepszej” dziewczyny, choć wiem, że mógłbym mieć jeszcze niejedną.
Odkąd pamiętam, musiałem chodzić do kościoła. Niedziela, wszystkie święta i pierwsze piątki miesiąca. Za każdym razem, gdy była zbierana składka, rodzice dawali mi drobne, raz 1 zł, raz 2 zł, czasami 5 zł. W wieku bodajże 14 lat wszystkie te monety chowałem i nie opłacałem tacy, za to raz na rok, gdy była Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, wyciągałem te wszystkie monety i wrzucałem do puszki. Zwykle wolontariuszy dziwiło, że taki młody człowiek wrzuca całkiem sporo kasy. Dostawałem kilka serduszek i było super.
Teraz mieszkam sam i do kościoła chodzę rzadziej, ale nadal odkładam te pieniądze i raz na rok wrzucam na WOŚP. Co mnie do tego przekonało?
Gdy miałem ok. 14 lat, w mojej parafii było bierzmowanie. Biskup mówił dużo o potrzebie wspierania kościoła i że to obowiązek każdego z nas. Gdy po mszy zobaczyłem, że jeździ takim dużym, ładnym audi, a moi rodzice starym oplem, o którego tata martwił się za każdym razem, gdy miał gdzieś jechać, stwierdziłem, że skoro taki kościół biedny, to niech sprzedają auto biskupa. Później za każdym razem, gdy miałem wyrzuty sumienia, że nie daję ofiary, przypominałem sobie to ładne auto i mi przechodziło.
Niby gówniak 14 lat, a już wtedy zrozumiałem, że coś tu jest nie tak.
Czasem się zastanawiam, jak to jest możliwe, że mój tata i jego brat nadal żyją i mają się całkiem nieźle. Nieraz na rodzinnych spotkaniach zbiera im się na wspominki i opowiadają, jak bawili się w dzieciństwie. Gdyby to wszystko się działo obecnie, ich rodzicami już dawno zainteresowałaby się opieka społeczna. Tak dla uściślenia dodam, że chodzi o początki lat 70.
Kilka przykładów ich wspaniałych przygód i chłopięcych zabaw:
– rzucanie w siebie płytami winylowymi i szkolnymi tornistrami, tymi twardymi, z metalowymi zakończeniami i sprzączkami – tata nadal ma blizny po rozciętych brwiach i czole;
– ustawianie stołków do góry nogami obok łóżka podczas skakania po nim – wujek niedawno zaprezentował do dziś niezrośnięte chrząstki/kości w małżowinie usznej po tym, jak nadział się na nogę stołka;
– wrzucanie do ogniska ampułek z różnymi chemicznymi substancjami wyrzucanymi przez znajdującą się obok fabrykę – „bo tak fajnie strzelały”;
– rozcięcie sobie skóry od nosa aż po czubek głowy podczas walki jakimiś prętami – poszkodowany tego dnia miał Pierwszą Komunię i to się stało podczas przyjęcia tuż po uroczystości;
– dźganie patykami gniazd os i szerszeni, dopóki owady nie wyleciały – „bo tak fajnie brzęczały”;
– wujek jest starszy, jako nastolatek dostał motorower, niestety rodzice zawsze kazali mu zabierać na przejażdżki młodszego braciszka, a z dodatkowym obciążeniem nie miał szans podczas wyścigów z kolegami. Któregoś razu specjalnie bardzo ostro skręcił, „obciążenie” spadło, a wujek wreszcie mógł dogonić kolegów; u taty skończyło się na złamanej ręce i kilku siniakach;
– tata pierwszego dnia w przedszkolu stwierdził, że mu się nie podoba, uciekł i wrócił sam do domu – miał wtedy 3-4 lata, a z domu do przedszkola było dobrych parę kilometrów; nigdy więcej tam nie poszedł :P
To naprawdę tylko kilka pierwszych z brzegu przykładów. Jak tak sobie analizuję, to nigdy nie opowiadali o takich zwykłych zabawach, typu samochodziki, piłka... Dosłownie każdy ich pomysł na zabawę kończył się wizytą w szpitalu albo chociaż drobnymi obrażeniami.
Z kolei moja mama ma dwóch braci i też gdy opowiadają, co wyprawiali z kolegami z osiedla, to czasem aż się w głowie nie mieści.
Wiem, że to były zupełnie inne czasy, ale wydaje mi się, że akurat pod tym kątem były ciekawsze. Oni mają tyle barwnych wspomnień z okresu dzieciństwa i wczesnej młodości, zawsze mają o czym opowiadać. Nie twierdzę, że ja miałam nudno, bo też zdarzyło mi się wpaść do oczka wodnego w wieku 3 lat albo rozwalić sobie głowę na drzewie podczas zjeżdżania z górki na sankach, ale „w moich” czasach jednak już nieco bardziej zwracano uwagę na to, co dzieci robią i jak się bawią. W „ich czasach” nie było też tylu rozrywek dla dzieci, jakie mamy teraz, więc po prostu wymyślali je sobie sami – z różnym skutkiem :P
Na pewnym etapie edukacji uczęszczałam do szkoły katolickiej, już to mocno zachwiało podstawami mojej wiary. Na studiach w wolnych chwilach pracowałam, a tym samym moje wizyty w kościele były coraz rzadsze. Niemniej kiedy miałam wolną niedzielę, to w kościele byłam, pilnowałam także, by dwa razy w roku przystępować do spowiedzi.
Rzecz miała miejsce, kiedy miałam ok. 20 lat i chciałam przystąpić do powyższego sakramentu. Nie zdążyłam nawet dojść do moich grzechów, gdy proboszcz parafii, rozsierdzony informacją o tym, że ostatni raz u spowiedzi byłam pół roku temu, zaczął mieszać mnie z błotem i wyzywać od największych grzeszników. Kiedy doszła do tego moja krótka lista grzechów (byłam dziewicą, mówiłam prawdę, nie kradłam i nie kłóciłam się z ludźmi, ani źle o nich nie mówiłam, więc siłą rzeczy na liście grzechów znalazło się głównie nieuczestniczenie w mszach czy jedzenie mięsa w piątek - rzecz, która nota bene grzechem nie jest) proboszcz wybuchł. Zaczął krzyczeć, że nawet papież chodzi do spowiedzi co tydzień i ma się z czego spowiadać, a ja śmiem przychodzić co pół roku z takim nędznym arsenałem grzechów?! Ledwie przeczekałam jego tyradę, otrzymałam rozgrzeszenie jakby nigdy nic, ale nie doczekałam nawet końca mszy i wyszłam w trakcie rycząc. Moja i tak mizerna w tamtym czasie pewność siebie pozwoliła mi tylko na tyle. Gdyby coś takiego zdarzyło się dzisiaj, pewnie wstałabym w trakcie i wyszła.
Ksiądz skutek odniósł odwrotny do zamierzonego. U spowiedzi już nigdy się nie pojawiłam, na mszach bywałam sporadycznie i tylko jako osoba towarzysząca. Moja niechęć była tak duża, że nawet nie chciałam zwiedzać kościołów w czasie wycieczek. Zainteresowałam się filozofią i etyką, poukładałam co nieco w swojej głowie. Szanuję katolicyzm, jak również każdą inną religię, ale zrozumiałam, że nikt nie ma monopolu na prawdę. No i szerzącego się ultrakatolicyzmu traktującego wszystkich innych za wrogów i innowierców nie potrafię zrozumieć.
Czy tylko ja mam problem z tym, żeby całkowicie się wypróżnić i potem pod prysznicem muszę grzebać sobie w tyłku i wyciągać resztki tego, co tam zostało, bo mnie to irytuje?
Błagam, chcę widzieć, czy tylko ja jestem taki nienormalny.
Końcówka lat 80., przedszkole w jednej z podwarszawskich miejscowości. Miałam w grupie chłopca, którego mama uważana była za wariatkę – bardzo młoda kobieta, która często dziwnie zachowywała się na ulicy. Z perspektywy czasu, może to była choroba, upośledzenie czy zażywanie czegoś, dokładnie nie wiem.
Z racji zachowań matki chłopcu przypięto łatkę nienormalnego, choć nie pamiętam, aby jego niegrzeczne zachowanie czymś szczególnie się wyróżniało na tle innych dzieci. Za to doskonale pamiętam sytuację, kiedy panie, które w przedszkolu pracowały jako pomoc – wydawanie posiłków, sprzątanie, karmienie itp., czasem też pomagały przy dzieciach – postanowiły go ukarać. Ubrały go w sukienkę, zrobiły kucyki (mimo krótkich włosów), posadziły przed grupą dzieciaków i zachęcały do śmiania się z niego, rzucając teksty w stylu: „Zobaczcie, jaka ładna dziewczynka z niego”. On tak siedział, chyba niewiele rozumiał, co się odwala, bo sam też się czasem uśmiechał.
Konsekwencji nie było, chyba nawet nikt z nas 6-latków nie powiedział swoim rodzicom, a może i byli tacy, ale rodzice również uznali to za żart. Chłopaka nie znam obecnie, od tamtego okresu nigdy nie spotkałam. Mam nadzieję tylko, że dobrze skończył.
Dodaj anonimowe wyznanie