#8WMUP

Mam niezłą pracę, ale bardzo lubię odśnieżać, tak po prostu.

Zima. Pierwszy śnieg na nowej posesji (blok 4 klatki, monitorowany), rano przed wszystkimi musiałem wyjechać z hali garażowej, no i przy okazji odśnieżania podjazdu trochę mnie poniosło i odśnieżyłem całą posesję.


Nic w tym dziwnego, gdyby nie to, że od tego momentu dozorczyni zaczęła trzymać sprzęt do odśnieżania pod kluczem.
Ktoś to kuma?

#m0Z3t

Cześć wszystkim. W dzisiejszych czasach niesamowicie popularne są memy o sąsiadach. Ja mam pewną historię z wczoraj.

Jestem kierowcą w Uberze. Zatrzymałem się na podjeździe jakiegoś domu, żeby sobie zapalić papierosa. Podbiegł do mnie właściciel posesji z zapytaniem, gdzie mam zamiar wyrzucić "peta". Zażartowałem, żeby się nie martwił, ponieważ nie wyrzucę u niego, tylko u sąsiada. Rzekł, że jak do sąsiada, to dobrze.

Po czym odszedł z szyderczym uśmiechem :)

#utBTi

W dzieciństwie bardzo lubiłam czytać, przeczytałam chyba wszystkie książki w domu. Do tego bezbłędnie umiałam ortografię i w wieku kilku lat poprawiałam zadania starszego rodzeństwa... Po prostu byłam wzrokowcem i wystarczyło spojrzeć na wyraz, by wiedzieć, że nie wygląda tak, jak w książkach.

Ostatnio się przekonałam, jak bardzo się opieprzam - porzuciłam książki na rzecz czytania internetowych idiotyzmów, gównoburz i śmieszkowych fanpejdży. Gdy spróbowałam przeczytać jakąś powieść i wciąż pojawiało się słowo "matka", zdenerwowałam się, jak można było dopuścić taki błąd w druku, bo przecież powinno się pisać "madka"...

Od dziś zmniejszam dawki internetu.

#1hHw6

Wyznanie będzie o tym, jak jakiś dzieciak prawie mnie zabił. Jechałam samochodem przez niewielką wioskę, ale bocznymi drogami. Nie przekraczałam prędkości, jechałam zgodnie z przepisami. W pewnym momencie na drogę wybiegło kilkuletnie dziecko. Tak zupełnie nagle, nawet nie widziałam go wcześniej na poboczu drogi, bo to był teren otoczony polami, drzewami i łąkami, więc jakieś krzaki mogły je zasłaniać. To były ułamki sekund i w ostatniej chwili zdążyłam skręcić w bok. Wjechałam w drzewa. Ostatnie co pamiętam to krzyki (jak się potem okazało) matki dziecka "Maciuś! Maciuś!". Potem urwał mi się film i obudziłam się dopiero w szpitalu.

Szczęście miałam ogromne, bo wyszłam z tego wypadku tylko z kilkoma złamaniami, blizną na twarzy i wstrząsem mózgu, a mogło być znacznie gorzej, gdyż niewiele brakowało i po prostu kawałek drzewa wbiłby mi się w głowę. Sprawa oczywiście skończyła się w sądzie, ale tam to był prawdziwy kabaret. Matka "Maciusia" próbowała zrzucić winę na mnie, jakobym przekraczała prędkość, ale to zostało sprawdzone i jej zarzuty natychmiast odrzucono. Za to bardzo pomogli mieszkańcy owej wioski, którzy zeznali w sądzie, że dzieci pani P. często biegają po tej ulicy, bo mieszkają blisko drogi, a ich rodzice wychodzą z założenia, że skoro droga mało uczęszczana, to dzieci mogą sobie biegać. Zeznawał nawet sąsiad tej rodziny, który podzielił się podobnym doświadczeniem, tylko że on zdążył wyhamować, gdy jeden bachor wyskoczył mu na ulicę.

Sprawę oczywiście wygrałam. Jednak zdarzali się ludzie, którzy mimo wyroku stwierdzili, że to moja wina, bo mogłam się DOMYŚLIĆ, że ktoś może wybiec na drogę i że teraz rozwaliłam biedną rodzinę, bo opieka społeczna się zainteresowała zaniedbaniem dzieci pani P. I te biedne dzieci skrzywdziłam, idąc z tym do sądu. Nie wiem, co kieruje tymi ludźmi, ważne, że sprawa dobrze się dla mnie skończyła. Ale przyznam, że od tego czasu boję się wsiadać za kółko i nawet nie kupiłam nowego samochodu. Może mi jeszcze przejdzie.

#sOJOe

O bałaganie w dziekanacie mojej kochanej uczelni.
Jakiś czas temu dostałam zaświadczenie o wszczęciu postępowania z wykreślenia mnie z listy studentów. Szok i niedowierzanie, bo studentką jestem dobrą. Poszłam do dziekanatu, pani uprzejmie powiedziała do mnie, że to musi być pomyłka.

Jakiś czas później przychodzi do mnie list, że skreślili mnie z listy studentów. Dzwonię do sekretariatu i się pytam o co chodzi. Czego się dowiedziałam? Że zgubili moją maturę plus muszę pisać odwołanie i jeszcze zapłacić za przywrócenie mnie na studia.

Ręce opadają.

#dvTt4

Kiedy mój pierwszy chłopak zaproponował, żebyśmy oboje oddali się właśnie sobie ten pierwszy raz, moimi pierwszymi pytaniami do niego było, czy jest gotów nieodwracalnie wkroczyć w nową sferę życia i czy będzie gotów zostać tatą, gdyby zabezpieczenia jakimś cudem zawiodły.

Choć niedługo zamieszkamy razem, to seksu to my jeszcze długo po tym pytaniu nie uprawialiśmy :D

#AJx2f

Spotkała mnie bardzo dziwna, a zarazem przerażająca sytuacja. Wracałam w środku nocy pociągiem do domu, praktycznie pustym. Na jednej ze stacji wsiadła dziewczynka. Na oko z 8-9 lat, zupełnie sama, środek nocy. Z początku nie zareagowałam jakoś specjalnie, ale po dłuższym przyjrzeniu się miałam wrażenie, że coś jest nie tak. Dziewczynka wyglądała na trochę zapłakaną. Samotne, zapłakane dziecko o 3 w nocy w pociągu - niepokojące. Postanowiłam podejść do niej i zapytać, czy wszystko w porządku. Odpowiedź jaką usłyszałam zwaliła mnie z nóg. "Bo tata ciągle przyprowadza do domu takiego pana, który daje nam pieniążki, ale ja w zamian muszę z nim spędzać czas. I już nie chcę być z tym panem nawet dla tych pieniążków, bo tam na dole mnie już wszystko boli. Ja teraz uciekam do babci, bo ten pan miał dziś znów przyjść". Oniemiałam, dosłownie zbladłam jak to usłyszałam.

Chciałam natychmiast zadzwonić na policję, ale z jakiegoś powodu przyszło mi do głowy, że przecież mogą zwyczajnie to dziecko odstawić do domu i tyle. Postanowiłam, że pojadę z tą dziewczynką do jej babci i tam zadzwonię na policję. Po drodze się okazało, że jesteśmy w złym pociągu, bo A. (imię dziecka) zna tylko nazwę stacji, na której trzeba wysiąść. Wysiadłyśmy i do 5 nad ranem siedziałam z nią na peronie czekając na właściwy pociąg. W międzyczasie próbowałam się czegoś więcej dowiedzieć od A., ale nie była zbyt rozmowna. Zachowywała się jakby była bardzo przerażona i opowiedziała tylko tyle, że ten pan ją dotyka, że muszą się razem modlić (?) oraz ciągle podtrzymywała, że rodzice potrzebują pieniędzy. Około 6 rano wysiadłam z nią na docelowej stacji, na całe szczęście faktycznie znała drogę do domu babci. Późniejsze wydarzenia to kolejna porcja szoku.

Trafiłyśmy do jej babci, starsza kobiecina była w takim samym szoku jak ja. Jednak jak chwile później emocje opadły i zobaczyłam, że A. się czuje swobodniej przy babci, zaczęłam wypytywać tę kobietę, o co chodzi i stwierdziłam, że chcę zadzwonić na policję. Ta pani zaczęła mi opowiadać bardzo dziwne historie o tym, że jej syn i synowa należą do jakiejś sekty, że ona się domyślała, że A. jest wykorzystywana, ale nikt by nie uwierzył jej przypuszczeniom, bo choruje na schizofrenię. Słuchałam o pedofilskich orgiach, jakichś modlitwach i handlu dziećmi. Myślałam, że tam zaraz zemdleję z szoku i przerażenia. Ostatecznie zadzwoniłam w końcu na policję, co owa pani poparła, gdyż jak stwierdziła "teraz może uwierzą". Wzięli naszą trójkę na komisariat.

Wtedy ostatni raz widziałam A., bo po złożeniu zeznań skończył się mój udział w tej sprawie i wróciłam do domu. Nie wiem, co dalej się działo, czy wszystko było prawdą i jak się skończyło. Ale ta historia nadal mrozi mi krew w żyłach. Szczególnie że mam przeczucie, że A. i jej babcia nie kłamały.

#njTEY

Było to dość dawno temu - miałam pierwszą komunię świętą. Impreza była w pewnej restauracji, obok był plac zabaw i inne atrakcje - ja bardzo upodobałam sobie wtedy trampolinę. Po posiłku i obowiązkowych zdjęciach z gośćmi przebrałam się i poszłam się bawić.

Najpierw skakałam z moim kuzynostwem, lecz po jakimś czasie wrócili do restauracji. Skakałam sobie z jakimiś dziećmi, które również były na komunii, ale w końcu wróciłam do restauracji. Jakie było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam, że stoły, przy których siedziała moja rodzina, są już dawno posprzątane.

Tak, moja rodzina zapomniała mnie zabrać z mojej własnej komunii...

#B5APr

Owsiki.
Temat tabu dla większości ludzi, ponieważ, tak jak wszy, są kojarzone z ogólnym brudem, brakiem higieny i zaniedbaniem.
Oczywiście nie jest to prawda, zakazić się można stosunkowo łatwo.

Mnie to dopadło, byłam już w gimnazjum. Gdy już odkryłam, co jest przyczyną, poszłam do matki, żeby mnie zabrała do lekarza (w mojej przychodni nie przyjmowano poniżej 18 roku życia bez opiekuna, nawet do rodzinnego). Do apteki nie poszłam, bo w naszej małej miejscowości każdy każdego zna i zwyczajnie się wstydziłam.

Awanturę, jaka się wtedy rozegrała, pamiętam do dziś. Przecież to niemożliwe, tylko małe dzieci na to chorują, znowu sobie choroby wymyślam, ona nie będzie brać wolnego na moje fanaberie i takie tam. Babcia mnie spławiła, twierdząc, że to pewnie hemoroidy, a nie żadne owsiki. Jakiś czas później trafiłyśmy do lekarza z inną moją chorobą typu grypa czy angina, poprosiłam nieśmiało o lek. Ledwo wsiadłyśmy do samochodu kochana mamusia zrobiła mi kolejną awanturę, że wstyd, że ona nie będzie na to pieniędzy wydawać - i podarła receptę.

Męczyłam się z tym ponad pół roku. Codzienny rytuał po kąpieli wyciągania z tyłka robaków, byle tylko było ich mniej i pozwoliły chociaż zasnąć. W pewnym momencie zaczęłam to traktować jako pewnego rodzaju challenge - wyciągnąć więcej sztuk niż w dniu poprzednim.
Nabawiłam się przez owsicę bezsenności, nerwicy i jeszcze paru innych rzeczy.

Wiecie co pomogło?
Jakoś w tym okresie pierwszy raz w życiu się upiłam. Bimbrem. Śmierdzącym, niedobrym, prawdopodobnie źle oddestylowanym bimbrem, który ktoś zawinął rodzicom z szafki. Mi zaszkodził, owsikom widocznie też.
Jednak jest trochę prawdy w powiedzeniu „kto pije i pali ten nie ma robali”.
Dodaj anonimowe wyznanie