Moi bliscy mnie znienawidzili, bo usunęłam "ciążę".
Do nikogo nie dociera, że ja wcale nie byłam w ciąży, a po prostu miałam problemy z żołądkiem i jelitami, przez co mój brzuch zrobił się bardzo nadęty i faktycznie mogło to trochę przypominać ciążowy brzuszek. Do tego do szczupłych nie należę i trochę tłuszczu potęgowało ten efekt. Gdy rozpoczęłam właściwie leczenie, brzuch momentalnie wrócił do normy.
I naprawdę niektórzy z moich bliskich mnie teraz nienawidzą. Dziadkowie, których odwiedziłam jeszcze przed leczeniem, byli jakoś podejrzanie szczęśliwi i nadmiernie wypytywali czy dobrze się czuję. Nawet nie wiedziałam, o co chodzi, więc to zignorowałam i potraktowałam jako zwykłą troskę. Gdy po leczeniu ponownie ich odwiedziłam, babcia zbladła na mój widok, bo "myślałam, że w końcu chcesz nam powiedzieć o ciąży, a ty bez brzucha przyszłaś! Zabiłaś naszego prawnuczka!". Tłumaczenia nic nie dawały, bo chwilę później dziadek stwierdził, że takiej grzesznicy nie będą gościć w domu i mam wyjść.
Tak samo było z moimi koleżankami z pracy. Wróciłam po urlopie i ku mojemu zdziwieniu wszyscy dziwnie się na mnie patrzyli. Koleżanki mierzyły wzrokiem i rzucały pogardliwymi spojrzeniami. Dopiero jedna z nich na przerwie podeszła i po cichu do mnie rzuciła tekstem "Kaśka, ale tak późnych ciąż się nie usuwa, bo widać, że brzuch straciłaś..."
Podobnie zareagował mój brat... "Kaśka, ja się po tobie wszystkiego spodziewałem, ale że jak gdyby nigdy nic będziesz sobie teraz paradować bez brzucha to już nie. Masz ty w ogóle sumienie?".
Ja się pytam - co jest nie tak z ludźmi? Skąd ta obsesja na punkcie aborcji? Najbardziej boli mnie to, że nikt z wyżej wymienionych osób mi nie uwierzył. Do dziadków nic nie przemawia, koleżanki z pracy stwierdziły, że "ok, ok", ale dalej szepczą do siebie mi za plecami, a brat uważa, że kłamię, bo próbuje zagłuszyć swoje sumienie. Aż się boję teraz jeść potrawy generujące wzdęcia, bo zaraz będą mnie od seryjnych zabójców wyzywać.
O tym, jak myślałam, że zabiłam Leonardo DiCaprio parówką... ale po kolei.
Dorastałam w słodkich latach 90. Razem z siostrą dzieliłam pokój i video, z którego dodatkowo korzystali ojciec i brat. Oczywiście oni wieczorami, gdy ja oglądałam wieczorynkę w drugim pokoju, puszczali jakiegoś Rambo czy innego Terminatora i wtedy tolerowałam to, że muszę rezygnować z bajek na kasetach. Jednak popołudnia, gdy moja siostra wracała ze szkoły, nie były już dla mnie tak łaskawe... Moja siostra, dorastająca panienka, miała oczywiście inne zainteresowania niż ja, ale dzieliłyśmy się na zasadzie raz obejrzymy koncert Spice Girls, a raz Kaczora Donalda. Jednak to było do czasu, aż pojawił się on... Cudowny Leo, którego moja siostra pokochała tak, że z wypiekami na twarzy oglądała Titanica. CODZIENNIE.
Przekupywała mnie jakoś, żebym nie mówiła rodzicom, że nie dzielimy się czasem korzystania z video po równi i raz prośbą, raz groźbą wymuszała na mnie codziennie oglądanie tego cholernego DiCaprio, którego nienawidziłam coraz bardziej, tęskniąc za Donaldem lub... Jacksonem (miałam nagraną kasetę Disneya wraz z amerykańskimi reklamami, w tym jedna była z Jacksonem, dlatego uważałam go za postać z Disneya, przez co jak przyjechał do Polski, prawie poszczałam się z radości, ale to na inną historię).
Kiedy 1234 raz oglądałam, jak Leo się w końcu topi, uknułam szatański plan. Gdy moja siostra wyszła z pokoju, wsadziłam do widea parówkę oraz takie małe kulki z łańcucha z choinki w celu popsucia sprzętu. Parówkę wyciągnęłam, kulki gdzieś tam utknęły w środku, cel osiągnęłam - nic się nie odtwarzało. Nie było Donalda, ale przynajmniej nie było też DiCaprio. Wideo popsute, poszło na moja siostrę, bo przewijała na podglądzie romantyczne sceny z Leo, kulek nie zauważono. Jednak wtedy uświadomiłam sobie, że może ja zamordowałam DiCaprio tą parówką... (nie pytajcie skąd ta myśl)... pokarało mnie wyrzutami tak ogromnymi, że patrząc na plakat chciało mi się płakać, bo zabiłam chłopaka... W nocy nie spałam...
Jednak wideo naprawiono, wraz z nim wrócił też Leo i to w innym filmie - "Romeo i Julia" - i tym razem nie czekałam, aż się utopi, tylko jak w końcu strzeli sobie w głowę/otruje w ostatniej scenie. Nienawiść powróciła. Na szczęście tata zdecydował, że sceny są drastyczne, a ja boję się tych filmów (naprawdę bałam się tylko Tadeusza Drozdy), że bajki oglądam pierwsza, bo idę spać wcześniej i moja siostra mogła już sobie płakać do Leonardo jak już spałam, więc nasz konflikt został załagodzony i nie trzeba było już wojować parówkami.
Nie podziękował mi odbierając Oscara. A mogłam zabić...
Krótko o tym, jak odebrałam grosiki od kasjerki ze sklepu.
Od kilku ostatnich miesięcy dzień w dzień chodziłam do osiedlowego sklepu do tej samej kasjerki. Z każdych zakupów zawsze zbierałam paragony, na których pisałam ile grosików nie wydała pani kasjerka pod pretekstem "grosik będę winna" - nieraz się zdarzało, że i 5 grosików była winna. I tak po trzech miesiącach uzbierała się sumka 6,20 zł.
Cierpliwie wyczekiwałam, aż "moja" kasjerka będzie na zmianie. Chyba ostatnio miała dużo wolnego. Nadszedł dzień, kiedy wróciła, a ja akurat byłam w sklepie. Zrobiłam zakupy za 16,20 zł, dokładnie wyliczone. Przy kasie pani podaje sumkę, ja daję jej banknot 10 zł. Kasjerka mówi, że jeszcze 6,20 zł , a ja jej wtedy na to, że za te grosiki się uzbierało i pokazałam paragony...
Kasjerka zaniemówiła, a ja po prostu wyszłam z zakupami szczęśliwa ze sklepu. Pewnie była zaskoczona, że komuś chciało się liczyć te grosiki i że jednak kiedyś będzie musiała je oddać, ha!
Bachor mojej siostry zabił mojego psa. Siostra zawsze była dobrą matką i dbała o syna, tylko on sam miał jakiś dziwny charakter. Siedziałyśmy w salonie przy kawie. Na balkonie obok spał mój mały, ukochany piesek, chihuahua o imieniu Groszka.
Syn mojej siostry akurat zawsze wobec psa zachowywał się bardzo w porządku, głaskał delikatnie i nie robił nic złego. Tego akurat siostra go pilnie uczyła, więc gdy bachor wyszedł na balkon pogłaskać psa, my nie widziałyśmy potrzeby interweniowania. Wręcz przeciwnie, Groszka go bardzo lubiła i nie raz nawet sam trzymał smycz, gdy wychodziliśmy na wspólne spacery czy nawet "zwracał nam uwagę", żebyśmy ciszej rozmawiały, bo pies śpi obok. Jednak tym razem nie było kolorowo. Chwilę po tym, gdy dzieciak wyszedł na balkon, nagle wbiegł z powrotem krzycząc "Nie poleciał! Nie poleciał!". Tak, ten jeb*ny bachor wypchnął mojego psa przez szpary w barierce, bo jak się później tłumaczył "to było śmieszne i w bajce pieski latały". Mieszkam na 9 piętrze.
Od tego wydarzenia po prostu nienawidzę tego dzieciaka i mam uraz do wszelkich bachorów. Wybaczcie, jeśli kogoś to urazi, ale nie spotkało mnie w życiu nic bardziej traumatycznego niż zbieranie z chodnika rozwalonego, spłaszczonego ciała swojego ukochanego psa, który żył ze mną od ponad 10 lat.
Mojego męża poznałam jeszcze w czasach szkolnych. Z początku nie przypadliśmy sobie go gustu. Ja, grzeczna dziewczynka z "dobrego domu'', on chowaniec ulicy i chyba samego czorta. Od razu było widać, że w jego domu się nie przelewa. Znoszone ciuchy, poniszczony plecak, starszy model telefonu. To nie przeszkadzało mi w ogóle, jednak jego zachowanie było skandaliczne. Co chwila wpakowywał się w jakieś bójki, pyskował nauczycielom jak najęty, wagarował. Większość uczniów wolała go unikać, wpadał w szał z bardzo błahych powodów.
Zaprzyjaźniłam się za to z jego siostrą, która była klasę wyżej. Od niej dowiedziałam się, że Piotr w domu wcale nie zachowuje się lepiej.
- To wina jego ojca - mawiała często. - Jest zbyt do niego podobny.
Kasia i Piotr mieli innych ojców, jednak tata Piotra odszedł zaraz po jego narodzinach, niedługo później zmarł.
Po jakimś czasie zauważyłam, że Piotr robi do mnie maślane oczy. Próbowałam to ignorować, jednak miał w sobie coś, co przyciągało do niego jak magnes. Zgodziłam się w końcu na randkę, potem na kolejną. Piotr zaczął się przy mnie zmieniać, złagodniał i poweselał. Zakochaliśmy się w sobie na zabój.
Dziwiło mnie to, że gdy podczas kłótni podnosiłam głos, Piotr momentalnie kulił się w sobie i otwierał szeroko oczy. Wyglądał jak przestraszony, bezradny chłopiec. Z biegiem czasu zaważyłam, że ma o sobie podłe zdanie. Mówił, że gdyby nie ja, już dawno skończyłby tę marną egzystencję.
Kiedy po dwóch latach związku zamieszkaliśmy razem, zdziwiła mnie kolejna rzecz. Piotr bardzo często zrywał się w nocy. Nigdy jednak nie chciał opowiedzieć mi swojego snu. Wciąż nie wierzył w siebie i dziwił się dlaczego w ogóle jestem z kimś takim jak on.
Kilka dni temu poznałam prawdę. Kasia wyjawiła mi, co działo się w ich domu kilka lat wcześniej. Dopóki Piotr nie nauczył się bronić, był bity, poniżany i wyzywany. Matka prosto w oczy potrafiła powiedzieć mu, że go nie kocha i żałuje, że nie zdechł jak jego ojciec. Ponoć dlatego, że bardzo przypominał jej byłego męża, więc wyżywała się na synu jak tylko mogła za to, że jego ojciec od niej odszedł zaraz po jego narodzinach. Bicie kijem od miotły czy patelnią były na porządku dziennym. Dochodził do tego oczywiście alkohol.
Wtedy wszystko stało się jasne. Zachowanie Piotra w młodości i jego teraźniejsze dziwne myśli. Tego samego dnia pojechałam do jego matki i prosto na wejściu spoliczkowałam ją, a potem naplułam jej pod nogi. I wyszłam.
Nie żałuję. Piotr mimo wszystko stał się cudownym mężem i ojcem. Dotąd nie mogę pojąć zachowania jego matki.
Świat bywa przerażający.
Zaczęło się to od narodzin mojego syna. Kiedy nie mogę zasnąć, obmyślam plan ewakuacji w razie pożaru. Mieszkamy na piętrze z dużą szansą na odcięcie od schodów. Za każdym razem mam inny pomysł na wydostanie synka, a potem siebie i męża. Niestety, w planach zawsze nie można uratować teściowej...
Było to ładnych parę lat temu na studiach. Drugi rok, więc już podejście "na luzaka", okres wiosenny, nocne życie akademika. Po małym grillu kumpel zaprosił nas do siebie do pokoju na dalszą posiadówkę. I tak tam sobie siedzimy, gadamy, pijemy, nic się nie dzieje. Do naszej ekipy dołączyły dziewczyny ze składu obok i tak ta mini posiadówka się kręci.
Zaczęłam w pewnym momencie z jedną z nich rozmawiać - nie jakieś wyszukane tematy, po prostu co studiuje, który rok, ile już w akademiku mieszka itd. Wszystko było niby OK, ale widziałam, jak się straszliwie męczy wypowiadając każde zdanie. Przekręcała słowa i ogólnie miała bardzo mocny akcent.
Nie wiem, czy to przez alkohol, czy po prostu wrodzoną głupotę, ale pomyślałam, że na pewno jest Erazmusem i szkoda, że ją tyle wysiłku kosztuje taka prosta rozmowa, więc błyskotliwie zarzuciłam - we can talk in English, probably it will be easier for you. Dziewczyna zrobiła dziwna minę i odpowiedziała, że nie trzeba, bo ona jest Polką, całe życie w Polsce mieszka, tylko jest z Podlasia...
Głupio mi do tej pory, jak sobie o tym przypomnę. :D
Lata dziecięce spędziłam z mamą i 5 lat młodszym bratem Michałem. Michaś urodził się z mózgowym porażeniem dziecięcym i krótko po jego narodzinach mój ojciec nas zostawił. Mój brat nie chodził, miał silne przykurcze kończyn górnych, ale trochę mówił i rozumiał. Moja mama nie pracowała, bo zajmowała się Michałem, wymagającym intensywnej rehabilitacji. Gdy skończyłam 15 lat, w mieście otworzono dzienny ośrodek opieki dla dzieci z MPD. Od tamtej pory Michaś jeździł tam rano, 5 dni w tygodniu (przyjeżdżał po niego bus), a mama wróciła do pracy.
Kochałam brata, ale życie nim było trudne. Całe życie było podyktowane jego niepełnosprawnością. Nie było mowy o wyjeździe na wakacje w dowolne miejsce, mieliśmy mało pieniędzy (głównie przez kosztowne leki i rehabilitację) i musiałyśmy pomagać mu w każdym aspekcie życia. Żeby odciążyć mamę, często sama rano ubierałam i karmiłam brata, pomagałam jej go myć. Gdy byłam w liceum i wychodziłam z koleżankami na spacer do parku, czasem zabierałam Michała z nami (za zgodą koleżanek), bo było mi przykro, że on nie ma z kim wyjść.
Michał zmarł w wieku 17 lat. Nie zliczę, ile łez po nim wylałyśmy i nie opiszę, jak bardzo było mi żal, ale… po jakimś czasie pojawiła się nieśmiała ulga. Bo zaczęło być nam trochę łatwiej finansowo, trochę swobodniej; miałyśmy mniej obowiązków, więcej czasu.
Efektem tego był mój stosunek do mężczyzn – nie uważałam ich za silnych. Do czasu, gdy spotkałam Marcela. Cieszyłam się, że mam kogoś silnego, mądrego, zaradnego i wspierającego u swojego boku; kogoś, kto daje mi poczucie bezpieczeństwa. Po dwóch latach zaręczyliśmy się.
Rok temu Marcel miał wypadek – potrącił go pijany kierowca. Wygrał walkę o życie, ale stracił swoją sprawność – przez uszkodzenie rdzenia kręgowego został sparaliżowany od pasa w dół.
Kiedy dowiedziałam się, że nie będzie chodził, chciałam z nim zerwać. Bo nie chciałam znowu żyć z człowiekiem w jakimś stopniu ode mnie zależnym, słabszym. Nie chciałam znowu ograniczeń wynikających z niepełnosprawności, nie chciałam stracić tej spontaniczności, z jaką żyłam. Przychodziłam do szpitala tak rzadko ja mogłam, tłumacząc się nawałem pracy i wymagającymi studiami magisterskimi. 3 razy szłam odwiedzić Marcela z zamiarem zerwania zaręczyn. Za każdym razem porzucałam ten pomysł widząc uśmiech, z jakim mnie witał. Nikt nigdy nie o tym nie dowiedział.
W końcu wygrała moja wielka miłość do niego. Za kilka miesięcy bierzemy ślub i wiem, że to najlepsza decyzja, jaką mogłam podjąć. Jestem szczęśliwa. Marcel, mimo niepełnosprawności, świetnie sobie radzi, uparcie się rehabilituje i uczy życia na wózku. Ja wspieram go ze wszystkich sił. Wszyscy uważają mnie za cudowną narzeczoną… a ja do tej pory czasami nie mogę zasnąć ze wstydu, że wtedy o mało go nie zostawiłam.
O tym, jak wiara rozwaliła moje małżeństwo...
Ja i D. wzięliśmy ślub cywilny kilka lat temu. W tamtym momencie obydwoje byliśmy ateistami. Nasze małżeństwo było piękne, świetnie się dogadywaliśmy, mieliśmy podobne pasje, marzenia, a seks był wspaniały. Wszystko skończyło się w momencie, gdy pewnego dnia D. oznajmił, że on jednak się nawrócił. Stwierdziłam, że okej, nie przeszkadzało mi to, że jednak D. postanowił w coś wierzyć. Przyjęłam tę informację neutralnie, nawet z zaciekawieniem wypytałam, co do go tego skłoniło i czy z wiarą czuje się lepiej. Nie przypuszczałam, że jego wiara dosłownie wszystko między nami zrówna z ziemią.
Zaczęło się od tego, że zaczął odmawiać seksu, a widziałam, że był podniecony. Z początku nie sądziłam, że to przez wiarę, ale po dwóch miesiącach unikania każdego zbliżenia D. stwierdził, że to dlatego, że w oczach Boga nie jesteśmy małżeństwem bez ślubu kościelnego. To mnie naprawdę wyprowadziło z równowagi. Przez kilka lat seks uprawialiśmy bardzo często, a teraz ma z tym nagle problem? Jednak starałam się go zrozumieć. Po długich rozmowach zgodziłam się wziąć z nim ślub kościelny, tylko po to, żeby czuł się lepiej i nie miał poczucia życia "w grzechu". Umówiliśmy się tak, że za ślub zabierzemy się, gdy poprawi się nam sytuacja finansowa. Jednak zanim to nadeszło, D. zmienił się nie do poznania. I co gorsze - próbował zmieniać mnie.
Nagle zaczęła mu przeszkadzać jedna z moich pasji, taniec. Stwierdził, ze zmysłowe poruszanie się w obcisłym, sportowym stroju mi nie przystoi, bo on to jednak odbiera jako zbyt erotyczne i w Biblii pisze, że kobieta nie powinna się tak "kusząco" zachowywać. Potem przeszkadzały mu moje letnie sukienki, bo to również "kuszące". Następnie potępił mojego przyjaciela geja i wręcz żądał, abym zakończyła tę znajomość mimo tego, że kiedyś kumplowaliśmy się we trójkę. Potem pościągał ze ścian obrazy autorstwa mojej świętej pamięci mamy (były dla mnie bardzo ważne) i zastąpił obrazkami Maryi. Później zaczęła mu przeszkadzać nawet moja praca, bo jestem komornikiem i "zabieram biednym, daję bogatym", a nie odwrotnie. Nawet zaczęła mu przeszkadzać moja siostra, która zarabia dość dużo, ale nie przeznacza kasy na potrzebujących. Aż w końcu sam zaczął wydawać nasze wspólne pieniądze na kościół.
Gwoździem do trumny było, gdy złapałam jakaś infekcję intymną po wizycie na basenie, a on twierdził, że na pewno go zdradziłam i teraz Bóg zesłał na mnie karę za nieczystość. Miałam już dość. Podczas kłótni oznajmiłam mu, że to koniec i ma natychmiast wynosić się z mieszkania, które było moje. Ostatnie miłe wspomnienie jakie mam z D. to widok jego, łapiącego obrazki Maryi, które wyrzucam z okna, tuż po tym, gdy wyniósł się z mieszkania, zabierając tylko podstawowe rzeczy.
Historia o szpitalach psychiatrycznych. Tych nieudanych.
Niegdyś w takim pracowałam i powiem tyle - większość historii o pobycie w takim szpitalu to horror. Nieważne, czy masz zaawansowaną depresję, czy po prostu jesteś przygnębiony. Kaftan bezpieczeństwa, bo jeszcze się zabijesz. Przywiązanie do łóżka, bo pogryziesz pielęgniarkę, jak daje ci antydepresanty. Ogółem ciężko tu trafić, ale jeśli trafisz, to twoja choroba nie ma znaczenia.
Piekłem są pasy. Niejednokrotnie mówiłam współpracownikom, że NIE TRZEBA ich zapinać po godzinie dziennie, ale co ja tam wiem. Traktowanie pacjentów jest makabryczne. Niektórzy pracownicy wmawiają im, że są obłąkani, zamiast to wyleczyć. Kiedyś wyżaliła mi się jedna dziewczyna, która - kiedy do nas przyszła - była stosunkowo zdrowa. Powiedziała mi, że nienawidzi tego miejsca, nienawidzi tych codziennych krzyków i płaczów. Z dnia na dzień było z nią coraz gorzej, co dało się zaobserwować. To jest po prostu piekło.
Ale najgorsze jest to, że wszystkiemu winni są nieudolni pracownicy. Nie wiem kto nauczył ich tak postępować z chorymi, ale izolatka na tydzień chyba nie jest dobrym sposobem na wyjście z choroby. A najlepiej jest zapiąć pacjenta w pasy na pięć godzin.
Zaczęłam tam pracować, bo chciałam pomagać ludziom psychicznie chorym. Po miesiącu pracy sama potrzebowałam takiej pomocy. Zwolniłam się, zaczęłam chodzić do psychologa (gdyby ktoś nie ogarniał, to szpital psychiatryczny jest czymś zupełnie innym), ale tego po prostu nie da się wymazać z pamięci i koniec. Wiem jedno: pomimo lat pracy na studiach, nigdy nie podejmę się już takiej pracy. I wam też jej nie polecam.
Dodaj anonimowe wyznanie