Uwielbiam szum farelki.
Gdy miałem kilka lat i nocowałem u dziadków podczas ferii zimowych, miałem zwyczaj schodzenia do kuchni w środku nocy i włączania starej, radzieckiej farelki – za oknem prószył śnieg lub padał deszcz, obijając się o metalowy parapet, a ja po prostu siedziałem na wprost niej na podłodze opatulony kocem i gapiłem się w nią, namiętnie doglądałem, jak żarniki robią się coraz bardziej czerwone. Szum wiatraczka wprowadzał mnie w błogostan. Jedyną żywą duszą w kuchni, poza mną, był stary kocur mojej babci. Wydawał się czekać na mnie co noc, bo praktyczne nigdy nie spał, siadał mi na kolanach i dopiero wtedy zasypiał, cicho pomrukując. I tak oto razem grzaliśmy się ciepłym powietrzem farelki. W ten sposób spędzałem niemal każde zimowe i jesienne wieczory u babci. Zdarzało się, że delikatnie przysypiałem, oddając się tej rozkoszy.
Dziś, po parudziesięciu latach, często wracam wspomnieniami do tamtych chwil, nawet teraz siedzę we własnej kuchni z włączoną nowoczesną elektryczną farelką, której ciepły strumień powietrza ogrzewa moje ciało i piszę to wyznanie, czując w sobie namiastkę małego chłopca owiniętego w koc, z kotem na kolanach.
Jestem kierowcą zawodowym i ostatnio zatrzymałem się na pauzę na parkingu, musiałem udać się za potrzebą. Patrzę na drzwi, a tam kartka, że dla klientów toaleta bezpłatna i klucz u obsługi stacji, a tak to płatna 2 zł, więc kupiłem fajki i poprosiłem o klucz do ubikacji. Po wszystkim wychodzę, zamykam ubikację na klucz, obracam się, patrzę, a jakiś gościu jest ode mnie ze 2-3 metry i podaje mi dłoń. Niewiele myśląc podałem mu swoją i się z gościem przywitałem... po czym zorientowałem się, że typ nie chciał się ze mną przywitać, tylko wziąć klucz z ubikacji, więc dałem mu ten klucz, walnąłem buraka i czym prędzej oddaliłem się ze stacji.
Jestem zawodowym strażakiem, do pracy muszę dojeżdżać około 60 km – spora część najkrótszej trasy wiedzie przez małe wsie i miasteczka, w których jest głównie teren zabudowany. W pracy naoglądałem się wiele wypadków i sam staram się przez to jeździć w miarę zgodnie z przepisami. Wolę wyjechać do pracy trochę wcześniej niż pruć drogą jak wariat, przez co bardzo często młodzi chłopcy, nieuznający jakichkolwiek ograniczeń, wyprzedzają samochody gdzie tylko popadnie.
Taka sama sytuacja miała miejsce również tego feralnego dnia.
Cała sytuacja miała miejsce na podjeździe pod górę w zalesionym terenie z wieloma zakrętami, czyli ogólnie widoczności brak, tym bardziej że na początku podjazdu jak byk stoi znak „zakaz wyprzedzania”. Pech chciał, że młodemu chłopakowi (19 l.) bardzo się spieszyło i stwierdził, że zakręt to idealne miejsce do wyprzedzania... Głupi nie jestem, widząc, że zaczyna manewr wyprzedzania, instynktownie zwolniłem, żeby go przepuścić. Kiedy był mniej więcej pół długości samochodu przede mną, za zakrętem pojawił się motocyklista. Co z tego, że on jechał prawidłowo, jak ten młody chłopaczek miał w d**ie przepisy i znaki... Wszystko co potem się działo to były tylko sekundy.
Samochód stop, torba medyczna do ręki i gnam do motocyklisty, drugi gość, który właśnie dojechał, pobiegł rozłożyć trójkąt, wzywając jednocześnie pogotowie.
Widziałem w życiu wiele, ale motocyklista bez głowy trafił mi się pierwszy raz w życiu... Nie wiem co się potem działo, w takim byłem szoku. Pamiętam, że ostatecznie znalazłem się we wnętrzu auta sprawcy wypadku, zabezpieczając jego kręgosłup szyjny. Przyjechała karetka, przyjechali koledzy z jednostki, przyjechała policja i zamiast w pracy, wylądowałem na komisariacie, a potem wróciłem do domu.
Jedyne co mam do dzisiaj przed oczyma, to żółto-czarna naklejka na bagażniku auta sprawcy z napisem: „Patrz w lusterka, motocykle są wszędzie”.
Okropny zbieg okoliczności...
Na koniec prośba – znaki i przepisy drogowe nie są po to, żeby nas ograniczać i robić nam na złość, ale są dla bezpieczeństwa naszego i pozostałych użytkowników dróg. Patrzcie więc na znaki i włączajcie myślenie, włączając silnik samochodu.
Idziemy sobie z siostrami w Gdańsku. Obok publicznej toalety stała wycieczka dzieciaków. Pani, która z nimi była, zaczęła krzyczeć:
– No, dzieci! Jeżeli ktoś chce do toalety, to przygotujcie 5 zł i ustawcie się w kolejce!
Była tam jedna mała, puszysta dziewczynka, co na pierwsze słowa już na początku kolejki stała. Po chwili posmutniała, zwiesiła głowę, zaczęła się cofać i westchnęła:
– Zrobiłabym kupę, ale mnie nie stać...
Mam 22 lata, moja mama w tym roku skończy lat 60. Z rodziny została mi tylko ona.
Mam przyjaciółki, lecz one mają swoje rodziny, swoje drugie połówki, a coraz mniej czasu dla mnie. Cierpię na nieuleczalną chorobę i choć brzydka nie jestem, wątpię, by ktoś mnie zechciał taką uszkodzoną. Z mamą też jest coraz gorzej. Gdy boli ją głowa, gdy gorzej się czuje, boję się, że patrzę po raz ostatni na najdroższą mi osobę. Wiem, że kocha mnie nad życie, jak ja kocham ją za wszystko, co dla mnie zrobiła.
Boję się, że zostanę sama, nikt nigdy więcej nie będzie mógł powiedzieć, że jestem jego wszystkim, że kocha mnie najbardziej na świecie. Że ja nie będę mogła nazwać nikogo najważniejszą osobą w całym życiu.
Najbardziej na świecie boję się samotności.
Za dzieciaka często słyszałem, że prezenty na Boże Narodzenie przynosi Mikołaj lub Gwiazdor. Nigdy nie pomyślałem o tym, że to są różne „imiona” tej samej postaci, dlatego wyobrażałem sobie dwie osoby.
Jak wygląda Mikołaj wszyscy wiedzą, każde media go pokazują. Gwiazdora nigdy nie widziałem, więc uznałem, że jest to... Elvis Presley, bo był gwiazdą rock and rolla.
O tym, dlaczego warto pomagać innym.
Wracam z pracy tramwajem, zmęczona jak sto pięćdziesiąt. Wchodząc, zajmuję ostatnie wolne miejsce. Przystanek dalej do wagonu wchodzą dwie dziewczyny, które stają centralnie nade mną. Jedna z nich dziwnie się zachowuje, chyba nie najlepiej się czuje, druga próbuje pomóc. Po chwili dziewczyna w lepszej formie pyta, czy mogę ustąpić miejsca jej chorej koleżance. Naprawdę jestem zmęczona, już mam powiedzieć NIE... ale altruistyczna postawa wygrywa, więc niechętnie wstaję i przesuwam się do przodu tramwaju, żeby sprawdzić, ile przystanków będę się męczyć na stojąco.
Zdążyłam odejść może ze trzy metry, kiedy dziewczyna, siedząca już na „moim” miejscu, puściła taki haft, że otaczających ją pasażerów zarzygała do suchej nitki. Siła rażenia jak w azjatyckim horrorze, zapach sugerował nieudolny powrót po tygodniowej imprezie.
Czuję się, jakbym oszukała przeznaczenie.
Jednym z moich dziwactw jest mania wąchania wszystkiego. Przedmioty, jedzenie, ludzie, wszystko co popadnie, co w rączki wpadnie. Różne miejsca, sytuacje, ludzi itd. pamiętam z zapachu, który akurat pojawi się w otoczeniu, a ulubione zapachy noszę przy sobie. Tak samo jest z obmacywaniem różnych przedmiotów – ulubione w dotyku noszę przy sobie. Czasami nie potrafię się powstrzymać od dotykania rzeczy.
Jakby ktoś kiedyś zobaczył wariata, który namiętnie pieści i obwąchuje jakiś przedmiot, wiedzcie, że to ja.
Mamy z małżonką dwójkę małych dzieci. Oczywiście to była całkowicie nasza decyzja, ale w tle było przeświadczenie, że dzieciaki w podobnym wieku, jak tylko troszkę podrosną, będą się bawić ze sobą i nabiorą samodzielności.
Nic bardziej mylnego.
Starsze ma objawy spektrum autyzmu i nie nadaje się do większości zabaw lub aktywności charakterystycznych dla dzieciaków. Codzienność stała się dla nas wymagająca, miejscami koszmarna, niedająca chwili na odpoczynek, jednak z pomocą opiekunki oraz najbliższej rodziny jakoś ogarniamy...
Gdzie tu miejsce na wyznanie?
Ano w tym, że razem z małżonką przeglądamy się w naszym synu jak w lustrze. Widzimy, co nas denerwuje i przypominamy sobie, jakie były nasze problemy w dzieciństwie, jak reagowaliśmy na otoczenie, jak się bawiliśmy... Ja wróciłem do swoich traumatycznych wspomnień – przemocy domowej, poniżania, absolutnej separacji rówieśniczej i towarzyskiej... Po zgłębieniu tematu autyzmu byliśmy w szoku – to historia o nas! Za jakiś czas mamy umówione wizyty u psychiatrów na diagnozę autyzmu w dorosłości :)
Myślicie, że to nas przytłacza? Wręcz przeciwnie!
Autyzm może być nareszcie odpowiedzią kluczem na wieczną odmienność. Inną wrażliwość, inne potrzeby, branie na serio słów wypowiadanych do nas na odczepkę, niechęć do zwracania się do innych o pomoc, brak umiejętności interpersonalnych (a przynajmniej wewnętrzna niezgoda, że większość ludzi funkcjonuje inaczej od nas), specyficzne i hermetyczne hobby, i wiele innych...
Na półmetku życia czujemy się, jakby ktoś nam zrzucił ogromny kamień z serca i wyleczył poczucie winy, że nie dorastamy do wymagań rodzinnych, sąsiedzkich, towarzyskich, a większość energii zużywamy na udawanie, że jesteśmy jak inni.
Poznałem pewną dziewczynę. Zakochałem się bez pamięci w niej i w jej córeczce. Żyło nam się dobrze, ja pracowałem, a ona studiowała i zajmowała się domem. Zawsze starałem się, aby niczego im nie brakowało.
Pewnego dnia, gdy moja ukochana wracała z uczelni, została potrącona przez samochód. Na szczęście nic się nie stało, ale musiała pobyć trochę w szpitalu. W tym czasie zajmowałem się naszą córką, pracowałem i codziennie odwiedzałem ją w szpitalu. Wydobrzała, wróciła do pełni sił.
Gdy skończyła studia, pewnego dnia, gdy byłem w pracy, spakowała siebie i córkę i bez słowa wyjaśnienia wyjechała. Jak się później dowiedziałem – za granicę.
Jest mi ciężko, bo byłem bardzo zaangażowany w ten związek. Najbardziej przykro mi z powodu córki. Nie jestem jej biologicznym ojcem ani nie byłem w formalnym związku z jej matką, przez co nie mogę sobie rościć do niej żadnych praw i boję się, że już nigdy więcej jej nie zobaczę.
Dodaj anonimowe wyznanie