Mam tragiczną pamięć do twarzy. Nie raz i nie dwa miałem sytuację typu widzę kogoś na mieście, on mówi do mnie cześć, a ja nie wiem kto to jest. Jedna sytuacja jednak przebiła dosłownie wszystko.
Idę alejką w galerii i widzę gościa, który na mnie patrzy. Myślę, kojarzę gościa! Pracował w firmie, gdzie miałem praktyki! No to podchodzę do (T)ypa, dialog wygląda tak:
J: Siemano!
T: Siemano, co tam? Dawno się nie widzieliśmy!
J: No już skończyłem szkołę, studiuję teraz. A co u ciebie, dalej w tym serwisie pracujesz?
T: Yyyyy, jaki serwis? X?
J: Nie, Y. A ty nie Z?
T: Nie... Sorry, pomyliłem cię z kimś.
J: Ja ciebie też...
Obaj wybuchnęliśmy śmiechem, zbiliśmy sobie piątkę i się rozeszliśmy :)
Jak wiecie, zaczął się rok szkolny (chodzę do "prestiżowej" szkoły z wysokim poziomem, większość to dzieci prawników lekarzy itp., a moi rodzice to prości przedsiębiorcy). No a co za tym idzie - pierwsze wywiadówki. Akurat złożyło się tak, że zebranie u mnie i u mojej siostry wypadło w ten sam dzień. No więc rodzice stwierdzili, że tata pójdzie do mojej szkoły, a mama do siostry. Mój tatuś pierwszy raz poszedł na wywiadówkę.
Gdy wrócił (ja akurat byłam w pokoju), przyszedł do mnie. Usiadł na kanapie i zapytał "coś ty najlepszego zrobiła?". Ja na niego patrzę i nie wiem o co chodzi, przecież nic nie przeskrobałam! Kontynuował "Nie mogłaś iść do jakiejś gorszej szkoły? Przecież ci rodzice to debile są! Nie chcą wycieczek, bo dzieci się uczyć muszą! Musiałem to zrobić... Powiedziałem wszystkim, co o nich myślę: BANDA DEBILI. I wyszedłem. Mam nadzieję, że nie wiedzą, że jestem twoim tatą. Nie dziękuj, córciu...".
No więc ten... Nie dzięki, tato.
Właśnie zakończyła się moja rozprawa rozwodowa, więc stwierdziłam, że to dobry moment na podzielenie się ze światem historią mojego ślubu.
No więc ślub się odbył, potem wiadomo, wesele. Moja świadkowa od tygodni chwaliła się, że specjalnie na tę okazję robi składankę zdjęć moich i narzeczonego. Składanka została wyświetlona na sali na wielkim ekranie, leciały ochy i achy, wszyscy zachwyceni...
W tym miejscu muszę na chwilę zboczyć z tematu, aby przedstawić wam moją kuzynkę. Jest ode mnie trochę młodsza, wtedy zaczynała studia. Nigdy za nią nie przepadałam, ale traktowałam ją neutralnie. Mieszka w tym samym mieście, więc często wpadała do mojej mamy, a swojej ulubionej cioci, ewentualnie spotkać się z moją młodszą siostrą. Dodatkowo nasze rodziny często zapraszały się na wspólne obiady. Oczywistym jest, że kuzynka została zaproszona, w końcu najbliższa rodzina.
...No więc pokaz się skończył, świadkowa odeszła od laptopa, a kilkanaście minut później na ekranie pojawiły się zdjęcia mojego już męża i wspomnianej wcześniej kuzynki. Wiadomo jakie zdjęcia... Wszystko było widać, później nawet wskoczył filmik z ich wspólnego bzykanka. Goście siedzieli i się gapili, bo nikt nie wiedział jak zareagować, a kuzynka spokojnie odeszła od laptopa i zaczęła swoją przemowę. Okazało się, że przez kilka miesięcy mieli romans, a mój "ukochany" zerwał z nią na miesiąc przed naszym ślubem. Poprzysięgła mu zemstę, postanowiła go upokorzyć, a za idealną okazje uznała nasze wesele, na którym była ponad setka gości. W tym wszystkim nie pomyślała, że upokorzyła przede wszystkim mnie i że jednak wolałabym się dowiedzieć o tej zdradzie przed ślubem, o ile mniej problemów bym wtedy miała...
A najlepsze jest to, że kuzynka na rozprawie zeznawać nie chciała, bo moje problemy jej nie dotyczą.
Plusem jest to, że od tamtej pory nie ma wstępu do mojego domu rodzinnego i nie muszę oglądać jej fałszywej gęby. Minusem, że wujostwo ograniczyło z nami kontakt, bo nie mają pojęcia jak się zachować.
Wyznanie dziewczyny, która pamiętała z przedszkola kochanka swojej mamy przypomniało mi o tym, że w moim dzieciństwie było podobnie, tylko że to tata miał kochankę. Mam jeszcze starszego brata, ale tylko mnie tata zabierał na spotkania z kochanką, ponieważ miała ona córkę w moim wieku. W czasie gdy ja bawiłam się z tą dziewczynką, tata siedział np. przy stoliku z kochanką i całował się lub trzymał za ręce.
Zazwyczaj na spotkania jeździliśmy do mało uczęszczanego baru/restauracji na obrzeżach miasta. Pewnego razu, jak to małe dziecko, zapytałam mamy (przy tacie), czemu tata całował się z inną panią niż mama. Tata okropnie się wtedy zdenerwował i zaczął na mnie krzyczeć, że nie wolno tak brzydko kłamać, mama mu wtórowała. Strasznie mną to wstrząsnęło, do tej pory pamiętam, jak te oskarżenia mnie bolały.
Mama po jakimś czasie nakryła tatę z kochanką u nas w domu. Nigdy mnie nie przeprosiła za to, że mi nie uwierzyła.
Mój brat miał ukochane Dresy. Dresy przez wielkie D, noszone od dnia do nocy. Gdyby nasz dom się palił, to on prędzej uratowałby Dresy niż życie kogokolwiek z rodziny. Spodnie były wiekowe, znoszone w cholerę, pełne kłaczków, za duże milion rozmiarów na jego chudy tyłek, sporadycznie tak brudne, że nie dało się określić ich koloru w pełni (chyba że nasza szacowna mamusia mu je wyszarpała do prania, co zwykle kończyło się fochem wszechświata).
Pewnego dnia, kiedy na budowie naszego domu zostało wiadro betonu, mój ojciec wpadł na szatański pomysł. Wykorzystał sytuację, w której mój braciszek przerwał symbiozę z Dresami i po cichaczu wykąpał je w betonie, postawił tak, że wyschły na stojąco i oto w rogu mojego ogrodu stoi ich betonowy pomnik. Monument w pełni upamiętnia ich dresowość, nadając im życia wiecznego. Niestety po tej akcji Dresy już nigdy nie uświetniły bioder mojego brata swoją wszechpotęgą.
PS Mój brat po tej akcji nie odzywał się do taty przez tydzień.
Do czasu gdy byłam singielką (przez jakieś 10 lat), nie potrafiłam zasnąć bez lizania deski bocznej od łóżka, i wyobrażając sobie, że to jakiś mężczyzna.
Stałam ostatnio w kolejce w sklepie, przede mną jakaś babuleńka zawzięcie szukała 5 zł, których brakowało jej do zakupów. Przeliczyłam swój dobytek i stwierdziłam, że mogę babcie wspomóc finansowo.
Wyciągnęłam te 5 zł i mówię do ekspedientki, że ja dopłacę za panią brakującą kwotę, na co babcia się odwróciła, zmierzyła mnie nienawistnym wzrokiem i wycedziła przez zęby:
- Od takiej kurewki pieniędzy nie przyjmę!
Zostawiła na ladzie jakiś makaron i wyszła dumnie ze sklepu...
A chciałam być miła...
Kilka dni temu okazało się, że moja czternastoletnia siostra jest w 5 miesiącu ciąży, ona sama o tym nie wiedziała, po prostu mama zauważyła, że siostra coś nierównomiernie tyje i kupiła test ciążowy.
Od kilku dni w domu jest: "ojoj, biedna dziecinka popełniła błąd, trzeba się teraz nią opiekować i wspierać". No OK, czemu nie, w końcu pomoc teraz jej się przyda... Tylko że mama, pod wpływem tych wszystkich telewizji śniadaniowych i głupich portali internetowych, od kilku dni się zbiera, żeby zrobić sajgon w szkole, bo nikt jej kochanej córeczki nie wyedukował seksualnie, nawet na forach dla mamuś na zły system szkolnictwa się żali. No błagam, nikt mi nie wmówi, że głupota jest wynikiem braku edukacji seksualnej w tym kraju... Przycisnęłam siostrę, okazało się, że 2 razy pękła im gumka, a oni nie domyślili się, że to może skutkować ciążą.
Szkoła siostry jest mocno patologiczna, pobicia, narkotyki, kuratorzy i nastoletnie ciąże nie są właściwie tam niczym dziwnym. A siostrzyczka biedna, bo nikt jej nie powiedział, jak się zabezpieczać. Tylko że cała rodzina zapomniała, że jestem tylko 6 lat starsza, byłam tak samo wychowywana i chodziłam do tego samego zespołu szkół, nawet większość nauczycieli, w tym tych od WDŻ i nauk przyrodniczych miałyśmy tych samych. A ja jakoś nie zaszłam w ciążę.
Wcale nie trafiłam na jakieś lepsze informacje. Gdy byłam w jej wieku, wiedziałam tylko, że ciąża wynika z seksu, że są gumki, które czasem pękają i że są tabletki poronne, od których się umiera. O tabletkach antykoncepcyjnych wiedziałam tylko tyle, że istnieją, a o aborcji nawet nie słyszałam. Wiedzę tę posiadałam z seriali, które mama oglądała. Za moich czasów ta szkoła była tak samo patologiczna, czułam taką samą presję otoczenia, w którym seks był właściwie traktowany jak sport. A mi po prostu wystarczyło wiedzieć, że jak się nie zabezpieczę, to zajdę w ciążę. Nie miałam pojęcia jak się skutecznie zabezpieczyć, nie wiedziałam co zrobić, gdybym zaszła w ciążę, więc nie chciałam uprawiać seksu, to było i jest dla mnie logiczne.
W liceum poznałam chłopaka, na którym zależało, dlatego chciałam się z nim kochać. Nie potrafiłam pokonać wstydu i zapytać mamy, ale przecież mamy internet. I nie chodzi mi tu o głupie fora, na których piszą, że po pierwszym razie nie da się zajść. Są wiarygodne portale medyczne, na których jest wszystko, nawet te głupie mity obalają. Zdobyłam wszystkie potrzebne informacje całkiem sama, więc nie wmawiajcie mi, że nastolatki w ciąży to wina złej edukacji. Część to wina zabezpieczeń, które zawiodły, a część to po prostu głupota. Jak nie jesteś pewien jak się zabezpieczyć i nie jesteś gotowy na potencjalną ciążę, to nie jesteś gotowy na seks, więc go nie uprawiaj. Ale niektórzy wolą szukać winnych wśród innych.
Kilkanaście lat temu, kiedy jeszcze chodziłem do podstawówki, miałem w klasie przyjaciela. Obaj byliśmy z biednych rodzin i obaj dużej postury. Naszymi przeciwieństwami byli dwaj szczypiorki z naszej klasy. Byli również z "lepszych" rodzin, więc szybko chcieli obrać sobie mnie i przyjaciela za swoje ofiary. Tyle tylko, że nie zawsze im to wychodziło.
Któregoś razu dostałem swoje pierwsze pieniążki do szkoły (od starszej siostry). Przyjaciel od razu o tym wiedział, bo już w drodze do szkoły wymyślaliśmy co upolować w szkolnym sklepiku. Zanim jednak do tego doszło, nasze plany stały się zagrożone! Pomiędzy naszą dwójką a dwójką cwaniaczków kolejny raz doszło do szarpaniny, w której to moje pieniążki rozsypały się na pół korytarza... Oni od razu zaczęli wszystko chwytać, a raczej próbowali, dopóki mój przyjaciel tego nie zauważył. Z pełnym bojowego nastawienia wrzaskiem rozdał się słowami "zostawcie to, to pieniądze A.!!!" i tak zaczął nimi rzucać, że sam byłem w szoku. Fizycznie nikt nie ucierpiał (chyba), więc zaczęliśmy zbierać moje pieniądze.
Wkładając je skąd wyleciały, poczułem, że... moja kasa ciągle była w mojej kieszeni! Od razu stwierdziłem, że musieliśmy zebrać pieniądze któregoś cwaniaczka, ale zachowałem to dla siebie. I te wszystkie słodkości, na które na co dzień nie mogłem sobie pozwolić, smakowały jeszcze lepiej z wiedzą, że to nasi nieudolni oprawcy stawiali.
Z moją obecną żoną jesteśmy ze sobą od gimnazjum (czyli jakieś 14 lat). Małżeństwem jesteśmy od lat 6.
Dogadujemy się świetnie, jest nam ze sobą dobrze, często gdzieś razem wychodzimy, spotykamy się ze znajomymi, mamy wiele wspólnych zainteresowań, często też będąc w domu dostajemy głupawki i robimy przeróżne dziwne rzeczy, które bardziej pasują do rozwścieczonych 5-latków, a nie dorosłych ludzi. Po prostu się kochamy i jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi. Naprawdę nam ze sobą dobrze.
Jest jednak jeden problem. Nie mamy dzieci. I tu pojawiają się lamenty matek, babć i wszystkich ciotek. "Ile można czekać", "Ja to chyba nigdy babcią nie zostanę", "Tacy młodzi, dobrze zarabiają, spokojnie by troje utrzymali", "Ja w waszym wieku to już miałam dwoje". Jakoś to spokojnie znosimy, coś tam na odczepkę odpowiemy i ucinamy temat.
Trochę głupio im wszystkim powiedzieć, że nigdy nie uprawialiśmy seksu...
Dodaj anonimowe wyznanie