Pewne 3 fakty o mnie:
1. Jestem facetem
2. Lubię mieć gładkie stopy
3. Oglądam lifehacki.
Co to ma wspólnego, zapytacie?
Otóż chciałem sobie kupić damską elektryczną maszynkę do usuwania zrogowaciałego naskórka. Na pewno wiecie o czym mowa. Tyle tylko, że bałem się ją kupić, ponieważ zastanawiałem się co powiedzą ludzie w kolejce, albo osoba za kasą (dodam, że zamówienie tego sprzętu online nie wchodziło w grę). Więc ostatnim razem podczas wizyty w sklepie postanowiłem wypróbować pewien lifehack w praktyce. A mianowicie wziąłem owo urządzonko, ale chwyciłem również papierową torbę prezentową. Pani za kasą pochwaliła mój zakup i powiedziała, że sama taką kupiła i że moja wybranka na pewno się ucieszy. Uśmiechnąłem się wiedząc, jaka jest prawda, zapłaciłem i wyszedłem z miną zwycięzcy :D
Mój krótki opis: Jestem szczupła, aparycję mam niebrzydką. Jedyne co robię wokół siebie to dokładne mycie się (nie maluję się, nie golę, nie szukam ubrań, które wyglądają, a tylko takie, które są wygodne i praktyczne). Mam też w życiu pecha - jestem ofiarą gwałtu, a w późniejszym czasie kilkukrotnego molestowania przez osoby zupełnie sobie obce i ze sobą nie powiązane.
Codziennie zadaję sobie pytanie, dlaczego przyciągam do siebie takich ludzi. Moje zachowanie wśród obcych jest zupełnie pozbawione jakiegokolwiek seksapilu, a mimo to w swoim krótkim życiu spotkało mnie tyle nieszczęść i obrzydliwych sytuacji, o których nie mówię nigdy publicznie. Bardzo boję się victim blaimingu i nie znoszę, gdy jest on kierowany do innych dziewczyn, więc gdyby spotkał mnie personalnie wiem, że bym się nie wybroniła i współczuję ofiarom muszącym się tłumaczyć z tego, że po prostu istnieją w złym czasie i złym miejscu. Mam nadzieję, że za kilkadziesiąt lat społeczeństwo dojrzeje i będę mogła opowiedzieć swoją historię z podniesioną głową, a bohaterem historii będą moi oprawcy, a nie moje bokserki i koszulka ze zbyt krótkim rękawkiem.
Drodzy Anonimowi, to będzie wyznanie poniekąd opisujące moje już dwudziestokilkuletnie życie oraz o relacji jakie łączą mnie z moją matką - katoliczką.
Zawsze byliśmy rodziną wierną, każda niedziela w kościele. Każde rekolekcje parafialne, święta oraz tym podobne były oczywiście często i gorliwie uczęszczane. Pierwsza komunia święta była największą uroczystością w moim domu, a potem tak samo bierzmowanie.
Tyle, że ja nic z tego nie rozumiałam (jak to dziecko). Szło się do komunii, bo były ładne sukienki i mogłam mieć ładnie ułożone włosy - tak wtedy myślałam o tym wszystkim. W międzyczasie zawsze wpadały mi jakieś rekolekcje letnie lub zimowe (dwa tygodnie lub więcej). Na owe wyjazdy byłam wręcz wypychana przez swoją matkę. Musiałam jechać i już. Na nic zdawały się moje krzyki i upieranie się przy swoim, że zwyczajnie nie chcę tam jechać. Nie chciałam codziennych modłów i mszy, tego stołówkowego jedzenia i spania na materacach z grupą innych dzieci. Zwyczajnie tego nie chciałam. Byłam dzieckiem introwertycznym, raczej z własnym mini światkiem, lubiłam bawić się sama, więc takie wyjazdy wspominam tylko odliczaniem dni do końca kolonii. Potem matka wypychała mnie na więcej katolickich aktywności. Msze dla dzieci, chórek, śpiew i tym podobne. A ja tego nie cierpiałam, nie dość, że granie na gitarze mi nie wychodziło, to jeszcze śpiewać nie potrafię. Takie doświadczenia w wieku 11 lat do teraz wspominam traumatycznie. Potem było bierzmowanie, już jako bardziej świadoma (lecz nie do końca) młoda osoba. Zrobiłam to tylko dla rodziny, odhaczyłam. I na tym moja relacja z kościołem się skończyła. Zwyczajna moja własna już bardziej dojrzała decyzja w kwestii wiary.
I wtedy się zaczęło.
Nie ma dnia, żeby moja matka nie wspomniała mi o chodzeniu na msze lub do spowiedzi. Wielokrotnie powtarzała mi, że ci młodzi są ludzie tacy bez wiary i że kiedyś się nawrócę. Jestem już dojrzałą kobietą i kiedy tylko wracam do domu, słyszę o kościele, brak normalnej rozmowy. Wszystkie moje problemy według matki to zapewne przez brak spowiedzi i praktykowania wiary. Nie mówiąc o konserwatywnym podejściu do życia, tematach tabu związanych z życiem seksualnym (bo seks po ślubie), braku akceptacji innych poglądów. Do tej pory bardzo mi przykro, jak to wszystko na mnie wpłynęło w sposób negatywny. Wyobraźcie sobie, że chcecie zwyczajnie pogadać z mamą o swoim życiu, kiedyś nastoletnich problemach, poglądach. A rozmowa zawsze zbacza na to, jaki to fajny ksiądz teraz jest na parafii, a jakie fajne rekolekcje i że spowiedź jest dzisiaj, powinnam iść... I tak w kółko od tylu lat. Jak małemu dziecku, jak mantrę.
Żeby nie było: ja bardzo szanuję ludzi wierzących, którzy w sobie pielęgnują religijność.
Lecz często jest mi niezmiernie przykro, że odbierając telefon od matki, słyszę tylko "och, dzisiaj niedziela, może byś poszła do kościółka?".
Mam 23 lata...
Mój znajomy (nazwijmy go Dawid) jest prawdopodobnie najbardziej irytującą osobą, jaką kiedykolwiek spotkałem. Dosłownie bez przerwy marudzi, nic mu się nie podoba, wszystko go denerwuje i wspomina minimum raz na kilka godzin, że chciałby się zabić. Nigdy nie pracował i nie zamierza pracować, nie ma zainteresowań poza oglądaniem seriali; nie uznaje innych sposobów spędzania czasu niż picie lub siedzenie przed tv/komputerem, nie dba o siebie i nie jest zbyt urodziwy.
Dlaczego o tym wszystkim wspominam?
Kilka tygodni temu jak zawsze rozmawialiśmy o tym, jak minął nam zeszły tydzień. Oczywiście moja szalona opowieść to krótki opis trzygodzinnego wyjścia na piwo z jednym kolegą, podczas gdy Dawid rozwodzi się na temat wielu historii z jego ponad dwudziestoosobową grupą znajomych. Może się to wydawać dziwne, ale mój znajomy jest UWIELBIANY. I nie, nie przesadzam - Dawida dosłownie błagają o spotkania, oferując mu w zamian darmowy alkohol lub notatki z przedmiotu. Człowiek ten ma wielkie grono znajomych w różnym wieku z bardzo różnych środowisk, wszyscy do niego regularnie piszą i pytają o wyjścia.
Opowiadał mi właśnie o tym, jak po grupowym wyjściu do kina poszedł na imprezę, na której... znajomi wręczyli mu konsolę do gier. Po prostu, idą święta, więc specjalnie dla niego znaleźli dobrą ofertę, złożyli się i zafundowali PS4, po które ktoś musiał specjalnie jechać poza miasto. Przeprosiłem go na chwilę i "za potrzebą" wyszedłem z pokoju.
Pierwszy raz od dzieciństwa się po prostu popłakałem. Nigdy w życiu nie udało mi się być w większej grupie znajomych (maksymalnie kilka osób). Zawsze musiałem się dwoić i troić, żeby dochodziło do jakichkolwiek spotkań. Nikt dupy by nie ruszył, żeby chociaż poszukać dla mnie symbolicznego prezentu z okazji urodzin. Nikt nie uważał znajomości ze mną za jakkolwiek wiążącą. Nikt nie przejmował się, że nie ma mnie na danym wyjściu. A ten człowiek, bez jakichkolwiek zainteresowań czy chociażby podstawowej empatii, ma najbardziej lojalnych przyjaciół, o jakich kiedykolwiek słyszałem. I cały czas zdobywa nowych, podczas gdy ja od lat co najwyżej tracę jednego po drugim, moje i tak bardzo skromne grono się ciągle zmniejsza.
Możecie uznać to za żalenie się nad sobą, ale ja poczułem się po prostu zdruzgotany. Nigdy w życiu nie czułem takiego dogłębnego przejmującego smutku, który odbiera jakąkolwiek chęć do czegokolwiek. Kiedy starasz się jak możesz, czasem nawet zmieniasz dla innych, dbasz o wygląd, a wygrywa z tobą marudny egoista, który się nie goli od pół roku.
Uprzedzając pytania, jego opowieści są prawdziwe - widziałem i słyszałem niektóre z jego rozmów grupowych.
Muszę się przyznać od pewnego czasu korciło mnie by przejrzeć SMS-y chłopaka... Cóż, już go nie mam. Okazało się, że wyznawał miłość swojej byłej dziewczynie i pisał, że nie wie jak ze mną zerwać.
Praca w Polsce i za granicą.
Kilkanaście lat temu Polacy zaczęli przenosić się do innych krajów. Podam przykład z UK, bo tam mieszkam.
Przyjeżdża Polak i "ja tego nie zrobię?". Polak wszystko potrafi, nie to co Anglicy. Polak potrafi, nawet lepiej, a i chętniej, bo jeszcze z dziesięć lat temu zarobił z 7 razy więcej niż w Polsce, więc każdy sobie przelicza, ile to złotówek będzie i warto robić na 120%, skoro praca daje nam dużo razy więcej, niż jakbyśmy w Polsce robili. Szef Anglik nie jest głupi, więc i podkręci cele do wykonania, bo nagle okazało się, że jednak można szybciej pracować.
Podejście Anglików do pracy jest takie, że lepiej zrobić wolniej, a porządnie, a nie szybko i byle jak. Dodatkowo: źle się czujesz? Lepiej weź wolne. Dlaczego? Jeżeli pracujesz i jesteś chory, zarażasz innych pracowników. U części się rozejdzie, a innych rozłoży i będą na zwolnieniu lekarskim, przez co firma jest dużo bardziej stratna, bo pani Krysia kichała po całej fabryce. Niestety Polacy sami sobie przykręcili śrubę tak, że pot spływa po plecach i robić trzeba.
Skąd to się wzięło w Anglii? Stąd, że w Polsce za jedną minimalną pensję nie przeżyjesz, trzeba robić, bo jak nie, to cię wywalą. Taka jest nasza mentalność.
Jak to się odbiło po kilkunastu latach? W miejscach, gdzie nasi rodacy są liderami grup, trzeba robić szybko, a to nie zawsze idzie z parą z jakością. Dodatkowo przez ten pośpiech zdarzają się pomyłki albo niedopatrzenia i nagle okazuje się, że trzeba robić zamiast swoją robotę, to czyjąś. Dodatkowo pani Krysia kicha po całym zakładzie pracy, a potem połowa zespołu jest na chorobowym. Dlaczego pani Krysia nie da znać, że się rozchorowała (wtedy szef wysyła info do agencji i kogoś przysyłają na ten jeden-dwa dni), tylko chodzi, aż nie uzna, że jednak trzeba się porządnie wykurować? Bo ją zwolnią, bo jest szef Polak, który stwierdził, że tylko osoby z poważnymi objawami, a nie z zasmarkanym nosem, mają prawo iść na chorobowe.
Dlaczego tak jest? Bo w Polsce tak było. Jeżeli Anglik jest szefem, to nie ma problemów. Bo on wie, że lepiej, aby pracownika nie było 2 dni niż 2 tygodnie. Bo on wie, że lepiej z bólami w plecach nie pracować, a to wyleczyć. Bo wie, że za kilka miesięcy ten pracownik, co go zawsze kręgosłup boli, to zniknie na kilka tygodni, bo nagle się pojawi uraz.
W Polsce już nie ma takiego bezrobocia, jakie było kiedyś. Niestety mentalność została. Strach przed wywaleniem z pracy został. Koło się zamyka. Teraz ja kicham i zarażam - bo szefem jest Polak, bo pani Krysia wzięła w trzech ostatnich miesiącach 4 dni wolnego (w sumie), bo nie chciała zarażać, bo myślała, że może, a teraz nie pracuje.
Sami sobie zawdzięczamy to, że trzeba pracować mimo wszystko.
Mam 23 lata i śpię z pieluchą.
Tak wiem, że brzmi to śmiesznie, ale ręce mi już opadają, nie mam siły codziennie robić prania. To nie tak, że mam problem i nic z tym nie robię, od dzieciaka mam już te problemy... Potem szpitale, badania, zabiegi, ćwiczenia. Wybudzanie na siłę w nocy czy aparacik z czujnikiem w dolnej części bielizny. Nieważne, czy skończę pić o 13 czy o 20, do prania idzie wszystko. Nie zliczę, ile razy był już materac wymieniany czy dywan, bo bałam się spać na łóżku... Nigdy nie byłam u nikogo na noc czy na koloniach, spędzenie nocy z chłopakiem też odpada. Na zabieg ostrzykiwania botoksem jestem za młoda, więc pozostaje mi albo nie pić już od rana, albo spać nadal z pieluchą. Chciałabym wypić z chłopakiem wieczorem wino i rano obudzić się bez paniki.
Ot, taki mokry problem, który utrudnia mi funkcjonowanie.
Jak wiadomo, korzystanie maszyn do hazardu jest powszechnie nielegalne dla dzieci, jednak kiedyś razem z siostrą, jak byłyśmy małe (serio małe), poszłyśmy z rodzicami do pubu. Rodzice zajęci, piją piwko, a ja i siostra poszłyśmy do środka. Pewien pan w pubie grał na automatach z nadzieją, że wpadnie mu jakiś dobry pieniądz na tej gierce, gdzie muszą się pojawić 3 takie same owoce, cytrynki czy coś takiego. Niestety jego starania były bezskuteczne. Widząc, że my się nudzimy i obserwujemy z ciekawością to jak on gra, pozwolił nam zagrać jedną rundę. Stało się tak, że akurat przypadkiem nam się poszczęściło i wygrałyśmy 400 zł (spora ilość w drobniakach co prawda). Pan się tak ucieszył, że chciał nam dać 200 zł. My, jako kulturalne dzieci, odmówiłyśmy, ponieważ ta kwota na tamte czasy wydawała się kolosalnie duża. Jednak mężczyzna upierał się, że za naszą pomoc da nam po przynajmniej 50 zł na głowę. Poszłyśmy powiedzieć o tym rodzicom, a nasi rodzice oczywiście nas opieprzyli, że coś takiego zrobiłyśmy i że to kompletnie obcy hazardzista. z nami gadał itp. itd. Wtedy ten pan (któremu w ogóle zrobiło się bardzo głupio, że został osądzony o coś takiego) wyjaśnił całą sytuację i powiedział, że te 50 zł to niedużo w porównaniu do kwoty jaką wygrał z naszą pomocą. Nasi rodzice byli przekonani, że to durny pomysł, więc powiedzieli, że nie chcą brudnych pieniędzy od tego mężczyzny.
I wyszło na to, że pan nam kupił po butelce fanty w tym barze.
R.I.P. 200 zł.
Kupiłam koledze zdrapkę jako dodatek do prezentu na wigilię klasową.
Wygrał 150 tysięcy.
Wstydzę się dosłownie wszystkiego. Nie umiem zamówić sobie pizzy przez telefon, a co dopiero iść i zapytać panią w sklepie z ubraniami o swój rozmiar. Mam 23 lata, a mama musi mnie zapisywać do lekarzy czy fryzjerów (a najlepiej żeby poszła jeszcze ze mną, by mogła odwrócić ode mnie uwagę). Najgorzej było, jak poszłam do pierwszej pracy - sama. Potrafiłam płakać za każdym razem, gdy byłam sama, bo chciałam jak najszybciej uciec do domu, gdzie czuję się bezpiecznie. Nie wiem co robić, przez to ciężko mi się usamodzielnić i znaleźć sobie nową pracę. Ponadto jestem bardzo cicha, płochliwa i skryta. Ludzie, gdy tylko to zauważają, pozwalają sobie na wszystko - śmieją się ze mnie, dogryzają i robią na złość (przez to zmieniałam pracę 4 razy). Nie potrafię komuś powiedzieć, żeby się po prostu odwalił, tylko ze łzami w oczach przytakuję. Psycholog pomoże?
Dodaj anonimowe wyznanie