W dzieciństwie byłem "przestępcą" doskonałym. Pamiętam dwie główne sytuacje, czyli zakopywanie zniszczonych rzeczy w ogrodzie i wagarowanie.
Jak coś popsułem, to się nie przyznawałem, bo po co? Żeby rodzice marudzili? (zaznaczam, że nie bili mnie, nie krzyczeli, ale jednak reprymenda lub marudzenie było, a czasem szlaban czy brak lodów/ deseru). Więc żeby dostać pyszny podwieczorek czy zgrywać świętego, nigdy nie przyznawałem się do błędów, nadal tak robię.
Raz byłem u dziadków, zrobiłem katapultę z linijki dziadka i bach... złamałem ją, więc schowałem ją za kanapę (nie mogłem jej schować do kieszeni kurtki czy plecaczka, bo tam były moje rzeczy i babcia mogła tam popatrzeć. Cały dzień się bawiłem, przy czym specjalnie mój soczek w butelce stał obok kanapy, nie dopiłem.go od końca, żeby nikt go nie wyrzucił. Jak przyjechali rodzice, to wziąłem plecaczek i mówię, że idę po soczek, bo stoi obok kanapy... Po cichutku wziąłem też do rękawa linijkę. Uważałem przy tym, żeby podczas zapinania mnie pasami rodzice jej nie poczuli czy nie zobaczyli. Jak wróciliśmy do domu, to przebrałem się i zakopałem złamaną linijkę na krańcu ogrodu, na tyle głęboko, by nikt się nie zorientował. Wyciąłem nawet trawę, żeby nie było widać śladów kopania.
Sytuacja druga, jak zbiłem ozdobną porcelanową miskę. Bawię się piłką w domu (a miałem zakaz, jak chyba każde dziecko) i nagle miska zbita. No niech to... odłamki na płytkach w kuchni, będzie źle. Przyczepią się jak nic i będzie kazanie. Więc z racji, że byłem sam w domu, opiekująca się mną babcia, kuzynka i siostra były w ogrodzie, to po cichu wziąłem zmiotkę i wiaderko z piwnicy i wyzbierałem wszystko do czysta. Przejechałem jeszcze ręcznikiem papierowym i skarpetkami, by wyczuć, czy nie ma nic. Zbiegłem z wiaderkiem do piwnicy i rozdrobniłem resztki miski na pył (tłukąc je młotkiem w wiaderku) tak, żeby nikt nie zauważył, że w ogrodzie walają się resztki miski... Po wszystkim wyczyściłem wiaderko i zmiotkę z pyłu i resztek, a pył rozsypałem w kilku miejscach w ogrodzie (kopać nie mogłem, bo wiadomo, były tam trzy osoby i widziałyby, gdybym brał z garażu łopatę).
Jak chciałem iść na wagary, to znaczy zostać cały dzień w domu, wystarczyło, że rano nie poszedłem do szkoły (rodzice i siostra wychodzili wcześniej). Siedziałem więc w domu, zabierając na górę klucze i swoje buty. Pomoc domowa w ciągu dnia przychodziła ok. 11 i gotowała obiad, sprzątała na dole, co zajmowało jej ok. godziny; gdyby mnie zobaczyła, to by rodzicom doniosła, a wtedy wiadomo, afera murowana. Ale mnie formalnie nie było. Kiedy wychodziła, to odstawiałem buty na dół i jak była zima, to robiłem od bramki ślady w śniegu, a jak padał deszcz, to oblewałem buty i kurtkę wodą. Przewidywałem wszystko.
Cierpię na bezsenność. I słowo "cierpię" wcale nie jest przesadą. Mam problemy ze snem od początku swojego życia, bo nawet jako dziecko spałam bardzo mało. O tym, że leżenie w łóżku i patrzenie w sufit minimum godzinę nie jest normalne dowiedziałam się dosłownie kilka lat temu, bo przedtem myślałam, że to jest zupełnie normalne i każdy tak ma. No więc w czym tkwi problem? Ano w tym, że moi rodzice po prostu mi nigdy nie wierzyli, że kładąc się spać o 22, żeby następnego dnia wstać rano o 7, zasypiałam około 3 w nocy. Tak, to jest 5 godzin leżenia i patrzenia w sufit, po czym zasypianie po prostu z wyczerpania, a właściwie to nawet omdlenie. Udowodniłam to dopiero śpiąc z mamą i budząc jej co około godzinę.
Moi rodzice pomimo błagania nigdy nie chcieli iść ze mną do lekarza, bo przecież nic mi się aż takiego nie dzieje. Wizytę wywalczyłam codziennym budzeniem ich w nocy. Poszliśmy do lekarza, przepisał badania, a potem leki. Ale co z tego, skoro nie działają, sprawiają tylko, że rano mam duży problem ze wstaniem, a zasnąć i tak nie mogę. Zwiększenie dawki? Rano się nie obudziłam i spałam do 13. Na ten moment pukam w dno od spodu. Bardziej przydałaby mi się pomóc psychiatry, bo panicznie boję się tego, że mam położyć się do łóżka i znowu leżeć godzinami i płakać. Często też mam halucynacje lub też lunatykuję. Przemilczę też koszmary o mocnej tematyce gore, kanibalizmu lub innych obrzydliwych rzeczy, bo się przyzwyczaiłam. Ale najbardziej boli mnie fakt, jak bardzo moi rodzice to olewają. Po prostu to ignorują, tak samo mój szloch w nocy i tłuczenie się po domu. Oni się przyzwyczaili, to i ja mogę. Szkoda tylko, że nie biorę pod uwagę, iż w przypływie nocnej agresji zrobię sobie coś więcej niż wydrapanie skóry, pogryzienie rąk lub coś autodestrukcyjnego. Wiele razy marzyłam, żeby ktoś mnie teraz dobił, to się przynajmniej wyśpię. A że do kogoś oprócz nich też nie mam jak się zwrócić, więc czeka mnie ta wegetacja do czasu pełnoletności lub śmierć z wykończenia.
Jaki morał? Szlag mnie trafia, kiedy słyszę tekst "Jak nie możesz spać? Po prostu się połóż i zamknij oczy, to od razu zaśniesz". Tylko dla mnie jest to tak samo idiotyczne, jak mówienie osobie bez nóg, żeby je sobie wyobraziła i zaczęła w końcu chodzić, a nie ciągle na tym wózku jeździ.
Dziękuję za uwagę, chciałam to po prostu powiedzieć, bo to za duży ciężar dusić to w sobie.
Stało się to dość dawno temu, ale w dalszym ciągu nie umiem tego w żaden sposób wyjaśnić.
Byłam zakochana w pewnym chłopaku. Lubił poruszać chore tematy. Mówił dużo o wychodzenia z ciała, tajemnych księgach, nawet o satanizmie. Rysował sobie pentagramy/gwiazdy dawidowe na nadgarstkach I przypisywał temu szczególne znaczenie. Pamiętam, jak kiedyś zauważyłam taką gwiazdę z jakimiś dziwnymi słowami i znakami na jego nadgarstku, powiedział, że to czar i że będę go kochać już zawsze dzięki temu.
Ale to tylko takie wprowadzenie...
To co nie daje mi spokoju, to że gdy brałam kiedyś kąpiel, to podczas niej w pewnym momencie poczułam niewyobrażalną, ogromną, straszną nienawiść do swojego ciała. Czułam się jak najgorsze paskudztwo na ziemi. Wraz z tym przytłaczającym uczuciem zobaczyłam w miejscu moich ud jego uda, widziałam jego ciało. Ten widok mnie przeraził do tego stopnia, że wpadłam w panikę i wyszłam z wanny, żeby zobaczyć odbicie w lustrze. W lustrze na szczęście było moje odbicie i powoli zszedł ze mnie ten ciężar, uspokoiłam się. Nie to jest jednak najgorsze... Przeraziłam się, gdy zaświecił się mój telefon. Tam wiadomość od niego: "Przepraszam, przesadziłem, nie powinienem tego robić. Chciałem tylko, żebyś przez chwilę poczuła to co ja". Po przeczytaniu tego zamarłam.
Ta sytuacja miała na mnie koszmarny wpływ. Nie mogłam od tamtej pory spać, jeść, trzeźwo myśleć. Byłam załamana nerwowo. Do dziś nie umiem pojąć tej sytuacji, zrozumieć jej... Zracjonalizować.
W okresie dojrzewania nastolatkowie często zaczynają się sami zaspokajać. Tak było też ze mną, lecz gdy ja zaczynałem to robić, nie miałem internetu ani telefonu. Myślałem, w jaki sposób mogę się nakręcić. Wpadłem więc na genialny pomysł.
W słowniku (jeszcze papierowym) wyszukiwałem takie hasła, jak żeński układ rozrodczy itp. Definicje podniecały mnie jak nic wcześniej.
Potem dorastałem i chciałem czegoś nowego. Chciałem więcej... Zadałem sobie więc pytanie - Co przypomina damskie części ciała? Nadmuchany rękawek pływacki... (taki co dzieci mają na rękach, gdy uczą się pływać). No więc moim "towarzyszem zabaw" został nadmuchany rękawek pływacki...
Jak widać, w mojej młodości byłem żądny przygód :D Jeśli można tak to nazwać.
Zabrałem swoich kuzynów ze wsi do dużego miasta niedaleko miejsca mojego zamieszkania. Pomyślałem: "a niech zobaczą trochę cywilizacji, a nie tylko pola i lasy". Liczyłem, że pokażę miasto jak od najlepszej strony.
Na powitanie w samym centrum miasta jakiś bezdomny usiadł na ławce, wyciągnął przy wszystkich swój sprzęt i oddał mocz pod siebie. A potem tak usnął ze wszystkim na wierzchu...
Wybrałam się do galerii, żeby w gorączce przedświątecznych zakupów dokupić ostatnie prezenty. Wszystko, czego mi trzeba znalezione, kilka minut w kolejce odstane, jestem przy kasie, płatność kartą. Transakcja zbliżeniowa została odrzucona, kasjerka wpięła moją kartę do terminalu i prosi mnie o PIN. I co ja na to? Zaczęłam jej podawać swój PIN...
Podziwiam jej opanowanie, że nie parsknęła mi śmiechem w twarz, kiedy prosiła mnie o wpisanie go na terminalu.
Dzisiaj o adopcji kota ze schroniska słów kilka.
Sytuacja miała miejsce jakieś 3 lata temu. Rodzice zdecydowali się na przygarnięcie zwierzęcia - kota. Przejrzeliśmy stronę lokalnego schroniska, zobaczyliśmy tam znajdę, którą moglibyśmy się zaopiekować. Pojechaliśmy do schroniska i tu zdarzyło się coś, co spowodowało, że zupełnie przestały mnie dziwić "przepełnione biednymi zwierzętami, których nikt nie chce" schroniska.
Pani, z którą rozmawialiśmy ewidentnie była studentką. Zaraz po przekroczeniu progu pomieszczenia zaczęła nas moralizować. Okazuje się, że kota nie dostaniemy. A dlaczego?
1. Mieszkamy na pierwszym piętrze w bloku - gdyby był to parter, wówczas może byśmy kota dostali, ale na pierwszym piętrze to nie, bo na pewno wypadnie przez okno, które otwiera się u nas tylko uchylnie.
2. Nie mamy i nie chcemy mieć siatki, którą mielibyśmy otoczyć cały balkon - nasz balkon jest bardzo duży, a otoczenie go siatką jest po prostu niemożliwe, ze względu na to jak jest zaprojektowany.
3. Nie mamy odpowiedniego doświadczenia - u nas w domu były tylko trzy koty, ale mniej więcej 10 lat wcześniej, więc brak nam obycia w stosunku do tych zwierząt.
4. Karma. Moi rodzice nigdy nie byli zwolennikami gotowych puszek, kupowali mięso, gotowali je z i podawali zwierzętom z różnymi dodatkami. Pani uważała, że jeśli deklarujemy się, że nie będziemy kupować karm znanych marek, to na pewno będziemy karmić zwierzęta najtańszą karmą, bo kto to widział żeby specjalnie dla zwierząt kupować mięso.
Ręce nam opadły, ze schroniska wyszliśmy bez kota, kilka tygodni później wzięliśmy psa z certyfikowanej hodowli. Mimo szczerej chęci, nie mogliśmy adoptować zwierzęcia.
Mam 15 lat i nie dostałem prezentu na święta.
Pomyślicie - niewdzięczny, zazdrosny, myśli, że jest pępkiem świata.
Nie zrozumcie mnie źle, bo ja w Mikołaja już dawno przestałem wierzyć i to, że tak staremu koniowi prezentów się już na święta nie daje, doskonale rozumiem. Ale mnie to jednak najbardziej wkurza to, że górę prezentów dostał mój dziesięcioletni braciszek.
Zazdrość, pomyślicie, ale normalnie to cieszyłbym się jego szczęściem. Nawet zbytnio by mnie to nie dotknęło, bo normalne rodzeństwo to się ze sobą dzieli.
Tylko że braciszek dostał lawinę słodyczy, wodospad zabawek i kilka gier na Xboxa w nagrodę za to, że w zeszłym tygodniu nazwał naszą mamę dz**ką, bo dowiedział się, że nie dostanie pod choinkę Playstation. Rodzice są wzywani do szkoły regularnie, bo ten mały debil zadaje się ze szkolnymi cwaniaczkami. Przed przerwą świąteczną zniszczyli sedes w męskiej toalecie, a na co dzień męczą dzieciaki z młodszych klas, prowokując je do płaczu. Były też numery z odpalaniem petard na lekcjach. Wszystko w ciągu jednego semestru, choć młody nigdy nie przykładał się jakoś szczególnie do nauki... ale żeby mieć zagrożenie w podstawówce? Po szkole cały boży dzień przesiedzi przy CS albo Fortnite i z jego pokoju słychać tylko piskliwe obelgi i opowieści o kopulowaniu z matkami jego przeciwników. Braciszek mój potrafi bez skrępowania wyrzucić do śmieci zawartość talerza obiadowego i rozkazać mi i rodzicom zamówić pizzę (w tym roku było tak z trzy razy). Komentarze, kary nie skutkują. Rodzice nawet wybrali się z nim do jakiegoś psychologa, ale w końcu nic z tego nie wynikło. To, że po mnie jedzie jak po psie, no to do tego już zdążyłem się przyzwyczaić, bo czasami rodzeństwo okazuje tak swoją miłość, ale żarty się kończą, kiedy twój młodszy braciszek podkrada ci pieniądze albo grozi rozwaleniem laptopa.
Wracając do tematu świąt, nie o to mi chodzi, żeby te prezenty dawać mi, mi i tylko mi, bo tylko ja liczę się na tym świecie. Zresztą ja sam nie jestem aniołkiem, bo czasami ciężko ruszyć mi tyłek i pomóc rodzicom czy dziadkom i zdaję sobie sprawę, że czasem coś odpyskuję i w szkole mógłbym radzić sobie lepiej, choć zaraz od razu przepraszam za swoje winy, W PRZECIWIEŃSTWIE do mojego jakże kochanego braciszka. Ale według mnie gnojek powinien dostać rózgę, bądź rózgą. Po tyłku.
Z perspektywy osoby, która od zawsze miała łatkę „bananowego dziecka”.
Od zawsze w moim życiu było mnóstwo miłości, szczęścia i wspaniałych chwil. Można powiedzieć, że po prostu wygrałam na loterii. Mam małą, ale cudowną rodzinę. Tata od zawsze miał pomysł na siebie, wiec zakładając firmę już w wieku 21 lat miał bardzo dużo pieniędzy i jeździł najnowszymi samochodami, a wtedy w ogóle mało ich było na drogach. Poderwał moja mamę, która nie miała w ogóle świadomości ile on tak naprawdę zarabia i wyszła za niego za mąż.
Parę lat później urodziłam się ja i mój brat. Byliśmy wychowywani w ogromnej miłości, nikomu w życiu nie zawdzięczam tyle ile swoim rodzicom. Jednak oczywiście z racji posiadanych pieniędzy, mieliśmy piękny dom, drogie samochody, markowe ubrania, wyjazd na różne kontynenty. Jednak jakoś nigdy nie myślałam, że jestem od kogokolwiek lepsza. Rodzice zawsze mu powtarzali, że ważne nie to co masz, a to jakim jesteś człowiekiem. Nie przywiązywałam nawet wagi do tego jak ktoś ma w życiu, spotykałam się z ludźmi bogatszymi, jak i tymi, którzy w domu cierpieli z powodu alkoholizmu rodziców lub innych patologii. Zawsze starałam się pomóc. Kolegi rodzice zostali wyrzuceni z domu? Załatwię transport jego mebli do firmy mojego taty i mogą tam być, dopóki nie znajdą nowego! Kolega miał wypadek, koniec końców uderzył w barierki. Jak wysłał zdjęcie, sama poprosiłam pracownika taty o podjechanie lawetą. W podstawówce były biedne dzieci, których nie stać na wigilię w klasie? Mama podrzuca do szkoły małe paczki dla biedniejszych dzieci z mojej klasy, o których jej powiedziałam. Poprosiła o pełną anonimowość. Tata zawsze anonimowo wspierał różne działalności charytatywne.
Nie zrozumcie mnie źle. Ja nigdy nie chciałam się niczym chwalić, a zapraszałam do domu tylko osoby, które lepiej poznałam. Nie opowiadałam biedniejszym znajomym o pobycie w Australii, nie śmiałam się z koleżanki, kiedy przyjechała mocno starszym autem. Takie normalne zachowania, nie? Przecież wy też tak nie robicie. Tylko ja od zawsze miałam łatkę banana. Oczywiście, miałam znajomych, ale cała szkoła plotkowała. Bo jakaś Pani Kowalska zna moja mamę i Agatka z podstawówki nie pójdzie do takich snobów.
Dwa lata temu, będąc w odwiedzinach u babci na oddziale onkologii, poznałem dziewczynę, do której z wyjątkiem mamy nikt nie przychodził. Coraz częściej rozmawialiśmy i wyszło, że znajomi przestali utrzymywać z nią kontakt niedługo gdy dowiedzieli się o chorobie. Babcia niestety po jakimś czasie przegrała walkę, jednak ja wciąż tam przychodziłem, teraz jednak dla tej dziewczyny.
Wspierałem ją, pocieszałem w gorszych chwilach, a ona zaczęła coraz częściej się uśmiechać.
Czas mijał, zbliżyliśmy się do siebie i w końcu zostaliśmy parą.
Stan jej zdrowia uległ znacznej poprawie, a walkę z rakiem wygrała.
Rok czasu byłem przy niej dzień w dzień. Na początku w szpitalu, później, gdy u mnie zamieszkała. Wszystko skończyło się, gdy starzy znajomi się dowiedzieli. Z dnia na dzień zostawiła mnie, mówiąc, że już jej nie jestem potrzebny.
Przez niespełna rok próbowałem się po tym pozbierać.
Niedługo później napisała mi SMS-a, że mnie potrzebuje. Szybki wywiad i informacja, że ma jakiś przerzut. Zignorowałem, a na mnie wylało się wiadro pomyj, że nie mam serca i zostawiam biedną dziewczynę w chorobie.
Serio?
Około pół roku temu poznałem następną dziewczynę. Ogólnie w domu nieciekawa sytuacja z rodzicami, awantury i przemoc. Chciała się jak najszybciej wynieść, jednak miałaby problem nawet z wynajęciem pokoju (studia i praca dorywcza). Odziedziczyłem dom po babci, więc zaproponowałem, że może nieodpłatnie zająć któryś z pokoi.
Mieszkała tak u mnie kilka miesięcy, do wczoraj.
Jej brak, jej rzeczy brak, mojego sprzętu (laptopy, telewizory, złoto po babci itd.) brak, telefon wyłączony.
Oczywiście sprawa zgłoszona na policję.
Wiem dwie rzeczy.
1. Jak mieć pecha, to po całości.
2. Nie warto pomagać.
Dodaj anonimowe wyznanie