#kuuND

Janusz biznesu.

Jeden ze znajomych pochwalił się, że kupił dwa flakoniki perfum, bo drugi był za 1 grosz. Takie jedne perfumy wystarczają na długo, to on już przez bardzo długi czas nie będzie musiał tego kupować. Zapach, jak sam przyznał, taki sobie, "może być", ale w końcu zadowolony, bo zaoszczędził. Koszt tych "perfum" to około 30 zł, więc chodził zadowolony.

Po kilku miesiącach przychodził do pracy coraz bardziej wypsikany. Do tego stopnia, że aż było to odczuwalne z daleka. Zapytany czemu tak mocno czuć powiedział, że pryska jak najwięcej, żeby szybciej się skończyły, bo już mu się zapach znudził.

Przynajmniej zaoszczędził :D

#QWHcO

Miałem ciocię Marysię, którą bardzo lubiłem. Często zabierała mnie do kina, zabierała mnie na różne wycieczki, no taka ciocia, która rozpieszcza. Kiedy miałem sześć lat, kupiła mi kubek. Kubek ten miał animowaną powierzchnię z Kubusiem Puchatkiem (mówiąc "animowaną" mam na myśli to, że obracając kubek można było zobaczyć, że pada śnieg, a Kubuś macha łapką). Byłem przeszczęśliwy, uznałem, że to jest najlepsza rzecz, jaką kiedykolwiek widziałem. Zdaję sobie sprawę z tego, że taki kubeczek to może inwestycja dosłownie kilku złotych, ale dla mnie było to coś tak wartościowego, że wszystko z niego piłem. Kubek ten poprawiał mi dzień, bo widziałem, że Kubuś Puchatek tu jest (była to moja ulubiona bajka w dzieciństwie). Tak nakreśliłem sytuację, żebyście wiedzieli, jak bardzo dla mnie ważnym był ten kubek.

W zerówce można było przynosić jedzenie i picie na lekcje śniadaniowe. Byłem bardzo dumny z tego, że będę mógł przynieść swój ulubiony kubek i pokazać go innym dzieciom, bo był taki ładny i magiczny, bo obrazek na nim naprawdę się ruszał. Był taki jeden chłopczyk, któremu mój kubek bardzo się spodobał, wielokrotnie widziałem, jak próbuje go ukraść. Za każdym razem zgłaszałem to nauczycielce i płakałem przy tym, bo wizja tego, że mogę stracić swój ukochany kubek sprawiała mi ogromną przykrość. W końcu po którymś zgłoszeniu kradzieży pani miała dość i powiedziała mi, że jak temu chłopczykowi mój kubek się podoba, to że mam mu pozwolić wziąć go do ręki, pooglądać i nie robić niepotrzebnego zamieszania. Jak powiedziała, tak zrobiłem, chłopczyk co jakiś czas podchodził do mnie, oglądał kubek i szedł z powrotem do swojego stolika. Nie przeszkadzało mi to i byłem w sumie dumny, że mój kubek jest taki ładny, że inne dzieci też chcą go mieć.

Jednego dnia lekcja śniadaniowa była akurat pod koniec zajęć. Rodzice dzieci powoli zjawiali się w sali i czekali, aż ich pociechy skończą jeść, w tym moja mama. Kiedy sobie jadłem, nagle do mnie podbiegł ten chłopczyk, by pooglądać kubek. Po oględzinach zostawił go i już zaczął zmierzać do swojego stolika, ale...
- Ej ej ej, chłopczyku, podoba ci się ten kubek?- zaczepiła go moja mama. - To poczekaj.

Wzięła mój kubek i poszła z nim do łazienki. Tam wylała mój niedopity napój, umyła naczynie i wręczyła je chłopcu mówiąc, że teraz jest już jego. Wpadłem w histerię, krzyczałem, płakałem, ale mama mnie tylko uciszała. Wyobraźcie sobie ten szok, smutek, rozdarcie i złość, jakie wtedy przeżyłem...

Później nie było lepiej, kiedy widziałem, jak ten dzieciak bawił się moim kubkiem w piasku. Widziałem, jak animowany nadruk niszczeje, a kiedy dzieciak specjalnie go zdarł, prawie go pobiłem...

#zgoXN

Mam w pracy takiego irytującego typa spod znaku "prawdziwy facet", który krytykuje każdy przejaw "niemęskości". Nie pasują mu fryzury, zarost (albo jego brak), kolor koszuli, krój spodni, a raz doczepił się nawet kolorowych sznurowadeł (nie mamy dress-codu). Również nie można przy nim wspomnieć, że np. ma się gorszy dzień albo złe samopoczucie, bo rzuca hasłami typu "zmężniej", "kiedyś to wojsko robiło z chłopa mężczyznę, a teraz to...". Większość ludzi go unika jak może albo ignoruje. Do mnie się przyczepił do tego stopnia, że musiałem interweniować u kierownika. Poszło o to, że podsłuchał, jak mówiłem znajomemu o wizycie u terapeuty. Od tamtej pory nie zwracał się do mnie inaczej jak "tylko się nie popłacz", "uważaj, bo twoja delikatna psychika tego nie zniesie" itd.
Wkurzyłem się, poprosiłem kierownika o interwencję i teraz typ mnie nienawidzi :) Tzn. nienawidził aż do zeszłego miesiąca.

Wypadła mi wtedy kolejna wizyta u terapeuty. Wszedłem do przychodni i kogo tam widzę? Kolega z pracy :D Minę miał bezcenną, jak mnie zobaczył, zwłaszcza że przychodnia jest stricte psychiatryczna i raczej nie zajrzał tam z powodu bolących nerek. Ponieważ jestem miłym człowiekiem, przysiadłem się, porozmawiałem z nim chwilę, zignorowałem fakt, że pocił się jak mysz i życzyłem powodzenia, kiedy wchodził do gabinetu.

Od tamtego czasu udaje, że nie istnieję, w pracy na mnie nie patrzy, jeżeli coś ode mnie potrzebuje, załatwia to przez służbowego maila. Życie stało się odrobinę lepsze :)

#mGLxV

W ostatniej klasie podstawówki szkoła organizowała dla dziewczyn z mojej klasy spotkanie z edukatorką na temat miesiączki. Poprowadziła je miła kobieta, która w przystępny, ale fachowy sposób wytłumaczyła nam czym jest okres, jak sobie radzić z jego objawami, jak dbać w tym czasie o higienę itp. Na koniec spotkania każda z nas dostała prezent - była to paczka, na którą składały się m.in. kalendarzyk, książeczka z najważniejszymi pojęciami i próbki artykułów higienicznych - kilka podpasek i tampony. 

Na spotkaniu dowiedziałam się, że dla osób uprawiających sport najpewniejszym zabezpieczeniem w czasie okresu są tampony i że mogą z nich korzystać także dziewice. Cieszyłam się z tego, bo tańczyłam w zespole, a nie chciałam wpadki z brudnymi ubraniami podczas treningów. Swoją pierwszą miesiączkę dostałam kilka miesięcy później... i się zaczęło. 

Kiedy zaczęłam miesiączkować, ten otrzymany zestaw zaniosłam do łazienki. Kiedy mój tata zobaczył leżące na mojej półce tampony wpadł w szał. Wszystkie otworzył i wrzucił do toalety, wrzeszczał, że jestem puszczalska i zaraz pewnie okaże się, że jestem w ciąży. Dlaczego? Bo jego zdaniem skoro używam tamponów, nie jestem dziewicą. Na nic zdały się moje argumenty (używałam tych co pani na spotkaniu, czyli tłumaczyłam im anatomię). 

Próbowałam rozmawiać z mamą, ale ona podzielała opinię taty. Skoro byłam skazana na podpaski, poprosiłam mamę, żeby dla mnie kupowała inne - te cienkie, osobno pakowane, ze skrzydełkami. Mama używała tylko takich bardzo grubych, z którymi ja kiepsko się czułam (miałam wrażenie, że podpaskę widać przez spodnie). Mama uznała, że wymyślam i mam korzystać z tych co ona (dodam, że jesteśmy dosyć zamożni, więc nie chodziło o to, że inne mogą być za drogie).

Od tego czasu zaczęłam oszczędzać. Już jako około 13-latka otrzymane pieniądze (a dostawałam około 5-10 zł kieszonkowego na miesiąc) odkładałam, żeby móc kupić podstawowe środki higieniczne. Znałam ich ceny w sklepach, miałam wyliczone na ile mniej więcej starcza jedna paczka tamponów/podpasek i zawsze odkładałam sobie odpowiednią sumę. Zakupiony "sprzęt" chowałam przed rodzicami. W domu bałam się używać tamponów, więc aplikowałam je dopiero w toalecie w szkole. 

Jeśli zapomniałam wyciągnąć tampon w szkole, to w już w domu zawijałam go w papier toaletowy i kartkę, chowałam w pokoju i wyrzucałam poza domem. Raz, gdy się zapomniałam i wyrzuciłam tampon w domu, mama zauważyła charakterystyczny pakunek w śmieciach. Zrobili mi z tatą awanturę i przeszukali pokój. Podpasek mamy używałam na noc, żeby widziała, że ich ubywa.

I tak żyłam do pójścia na studia, kiedy to wyjechałam do innego miasta. Jestem teraz na 2 roku, i nie muszę się na co dzień kryć, ale nadal chowam tampony przed każdym przyjazdem rodziców, bo chcę oszczędzić sobie awantury i wstydu.

#Pn0uz

Miałam przyjaciółkę. Poznałyśmy się jeszcze na studiach i była dla mnie jak siostra. Serio, nigdy z nikim nie złapałam takiej więzi jak z nią. I było pięknie i cudnie. Do czasu, aż L. zobaczyła dwie kreski na teście ciążowym. Nigdy nie chciała mieć dzieci. Łzy, płacz, dramat. Chciała usunąć, ale została zawrzeszczana przez swoją rodzinę i męża. Zdecydowali za nią, a kilka miesięcy później urodziła córkę. Już w trakcie jej ciąży proponowałam psychologa - odmawiała, ale widząc co się z nią dzieje po porodzie wiedziałam, że L. potrzebuje fachowej pomocy. Widziałam, jak cierpi, jaki ból sprawiała jej opieka nad dzieckiem, jak bardzo nienawidzi wszystkiego, co ją otacza. Nie dbała o siebie, o dom, o dziecko, tylko tyle, ile naprawdę musiała. Początkowo próbowałam rozmawiać z jej mężem i rodzicami, ale usłyszałam jedynie teksty typu: "Jest matką, niech sobie radzi", "Depresja? I co jeszcze?! To wymysł, nie choroba". Później do niej przyjeżdżałam dzień w dzień tłumacząc jej, że powinna udać się do lekarza i pomagając w domu i przy małej. Odmawiała.

Pewnego dnia stwierdziłam, że dosyć tego. Biorę ją za fraki, wsadzam do samochodu i jedziemy do psychiatry. Wchodząc do jej mieszkania wiedziałam, że się spóźniłam.
L. powiesiła się.

Jej rodzina do tej pory obwinia mnie o jej śmierć, twierdząc, że wmówiłam jej depresję. Myślę, że tak naprawdę wszyscy ją po trochu zabiliśmy.

#o0rxO

Mój chłopak ma ten przywilej, że dwa dni w tygodniu pracuje zdalnie. Ostatnio miałam akurat wolne, gdy przypadł zdalny dzień w jego grafiku i zobaczyłam, jak to wygląda w praktyce.

Wstał o 6.00, by ustawić na najwyższą głośność powiadomienia w laptopie, po czym poszedł spać do południa. Po wstaniu otworzył piwo i oglądał seriale. Gdy nadszedł czas „spotkania biznesowego” na Skype, ubrał koszulę, piwa nalał do filiżanki i rozmawiał z klientem w samych gaciach, udając, że pije espresso.

A ja haruję po 9 godzin pięć dni w tygodniu i zarabiam połowę jego pensji.

#ap9Cr

Niedawno jedna z moich koleżanek kończyła 20 lat. Ja i kilka innych dziewczyn postanowiłyśmy to uczcić. Dałyśmy solenizantce prezent i poszły potańczyć w klubie. Już po kilkunastu minutach zauważyłyśmy, że uważnie przygląda się nam dwójka facetów. Mieli głodne spojrzenia, a na twarzach wypisane "ale bym je wyr...". 
Początkowo próbowałyśmy po prostu na nich nie patrzeć. Ale z każdą chwilą typki zbliżały się do nas. W końcu stało się jasne, że będą próbowali tak długo, aż się poddamy. Ocierali się na nasze biodra, chwytali za ręce. Pytali nas, czy fajnie się bawimy, czy mamy ochotę się czegoś napić. 

Zbiłyśmy się w grupkę i zaczęłyśmy rozważać wyjście po angielsku, najlepiej wtedy, gdy ci kolesie się odwrócą (mogli za nami przecież wyjść i coś nam zrobić). I kiedy już kończyłyśmy omawiać nasz plan, większy facet złapał jedną z koleżanek w pasie i docisnął do siebie. Pisnęła spanikowana, resztę dziewczyn jakby zamurowało, a ja zrobiłam jedyne, co przyszło mi do głowy. 
Skoczyłam na niego i wrzasnęłam po niemiecku:
- Wesołych świąt dla ciebie i całej twojej rodziny!

Nie mam pojęcia dlaczego to powiedziałam, ale efekt był natychmiastowy. Faceci zrobili wielkie oczy, a my z prędkością dźwięku zwiałyśmy w stronę wyjścia.
To był ten jeden raz, kiedy język niemiecki na coś mi się przydał.

#vH76W

Jestem... a raczej byłam uzależniona od Nutelli. Jadłam ją łyżeczkami, kilka rano i kilka wieczorem, nadwaga jakieś 10 kg. Nie tak źle, ale chciałam wziąć się za siebie.

Karnet na siłownię, na basen, grałam w ping ponga. Zaczęłam trochę zdrowiej się odżywiać i co zjechałam 2 kg w dół, to znowu nadrabiałam tą pyszną czekoladą i różnymi słodkościami. Nigdy nie miałam kompleksu z dodatkowych kilogramów, ale jednak zdrowie cierpiało...

Wpadłam na ten genialny (jak mi się wtedy wydawało) pomysł. Postanowiłam przeżreć się, dosłownie, Nutellą. Z samego rana na pusty żołądek, ciach - kilka łyżeczek. Po dwóch godzinach znowu kilka łyżeczek. Na efekty nie trzeba było długo czekać, większość dnia spędziłam w toalecie, bo leciało górą i dołem. Dzień wyjęty z życia, samopoczucie samo dno i myśli po co tak się skatowałam.
Ale wiecie co... POMOGŁO :D

Na Nutellę nie mogę nawet patrzeć, bo wszystko mi się podnosi. Teraz zaczynam od nowa, bez słodkiego nawyku!

#AIgik

Właśnie gdzieś w sieci czytałam artykuł, w którym jakaś kobieta lamentowała, że majętna rodzina dała mało do koperty na ślubie. Normalnie bym temu przytaknęła, ale po ostatnim weselu, na którym byłam gościem, moje zdanie jest inne.

Ja również jestem majętną osobą.
Jechaliśmy z mężem z daleka wiele godzin, nasz przyjazd był dogadany już miesiąc wcześniej. Ktoś miał być w domu i na nas czekać.W dniu przyjazdu dzwonię, że za kilka godzin będziemy zgodnie z planem i słyszę, że będziemy musieli sobie sami poczekać cały dzień gdzieś w obcym mieście, bo ona (panna młoda) zapomniała zostawić nam klucze i załatwić, aby ktoś tam jednak był i to nasz problem, bo ona ma dużo na głowie. OK, rozumiem, wesele to stres, a zostało tydzień do wielkiego dnia. Tyle że można by jakoś powiedzieć to grzecznie, a nie z gębą, albo chociaż jakoś przekazać klucze. Przez dzień przestoju nie udało nam się załatwić ważnych urzędowych spraw, o których ona wiedziała.

Byłam świadkową na tym ślubie, więc i podobno najlepszą przyjaciółką. Nikt tak okropnie nas nie traktował od lat. Nikt nawet się z nami nie przywitał po przyjeździe. Przy drzwiach już były pretensje, że my się uważamy za lepszych, bo dużo podróżujemy i zarabiamy dużo, a przecież ona ma magistra i klepie biedę, to niesprawiedliwe. WTF ? Nigdy niczym się nie przechwalałam ani nie dawałam do zrozumienia, że niby jestem lepsza.

Potem było tylko gorzej, za wszystko obrywałam. Była wściekła, a ja do tej pory nie wiem, co ją ugryzło. Wszystkich tak traktowała. Współczuje jej mężowi, bo tak go poniżała, że aż przykro było patrzeć. Rozumiem, że jedynaczki tak miewają, ale takiej królowej dramy dawno nawet w TV nie widziałam. Nie poznawałam swojej już byłej przyjaciółki.

Wcześniej miałam zamiar dać jej duży prezent, ale kilka godzin przed weselem zmniejszyłam prezent do minimum. Mam gdzieś, że cała rodzina nabrała kredytów, aby to opłacić. Nikt im nie kazał robić tak drogiego wesela ani się zapożyczać. Mimo że nas stać, nasze wesele było 4 razy tańsze i wszyscy się mega bawili. Nam zwróciły się wszystkie koszty.

Ja pomagałam jej cały tydzień wszystko ogarnąć, a że jestem kosmetyczką, to robiłam jej i jej mamie makijaż i paznokcie. Oczywiście za darmo. Nawet nie usłyszałam dziękuję, były tylko znów pretensje, że za mało tapety itd. Cały ślub i wesele ganiałam za nią, aby jak najlepiej wywiązać się ze swoich obowiązków, a ona przy wszystkich tylko warczała na mnie. Żałuję, że nie było kamerzysty, bo miałaby piękną pamiątkę, jak się zachowywała. Nie wiem, co zrobiła drugiej druhnie, bo tamta całe wesele płakała. Goście się średnio bawili, oprócz tych, co sporo wypili. Pewnie teraz mnie nie cierpi jeszcze bardziej, ale nawet się z tego cieszę, bo toksyczna osoba sama się usunęła z mojego życia. A ja mam czyste sumienie.

#VVPT7

Mam 14 lat i chcę podzielić się z wami moją historią :) Uwaga, będzie obrzydliwa!

Mam w domu bardzo dużo zestawów do Slime i pokaźną kolekcję glutków i innych lepkich rzeczy do zabawy. Cała rodzina wie o moich zainteresowaniach, wiedzą, że lubię się bawić takimi rzeczami i że je kolekcjonuję. Jednak nikt nie wie, jak to się zaczęło  ;)
Gdy miałam 7 lat, baaardzo prosiłam rodziców o pieska. Po wielu wykładach na temat "pies to nie zabawka", "zwierzę to wielka odpowiedzialność" w końcu zgodzili się na kundelka.
Szczeniaczek pojawił się w naszym domu i był moim oczkiem w głowie.

Zanim go nauczyliśmy robić dwójeczkę na podwórku, robił ją nieraz w domu i ja to musiałam sprzątać. Gdy brałam małą, ciepłą kupkę do rąk (najpierw przez papier), czułam satysfakcję. Nie wywalałam jej do kosza, tylko zanosiłam ją do piaskownicy za domem i lepiłam różne rzeczy, po zabawie wywalałam kupę (a raczej to co z niej zostało) i myłam ręce.
Do dziś nie wiem jak to się stało, że rodzice tego nie widzieli.

Dziś jak o tym pomyślę, to wymiotować mi się chce, i jest mi strasznie wstyd.
Dodaj anonimowe wyznanie