Jako dziecko nosiłem aparat ortodontyczny, taki wkładany, nie stały. A że dzieckiem byłem raczej leniwym i nie przykładałem się do wielu czynności, w tym kwestii higienicznych, w związku z tym aparat zakładałem, jak mi się o nim przypomniało.
Pewnych wakacji pojechałem na kolonię. Tamże, pochłonięty wszystkim tylko nie właściwą higieną, zakładałem aparat np. nie myjąc uprzednio zębów czy także nie czyszcząc samego aparatu.
Po kilku dniach, kiedy przypomniało mi się, że wypadałoby skorzystać z dobrodziejstwa ortodoncji, otworzyłem pudełeczko, w którym trzymałem aparat, który okazał się siedliskiem larw. Małe, białe, pełzające dookoła. Do dziś nie mam pojęcia, jak one się tam zalęgły. Wtedy spanikowałem i schowałem go od razu głęboko do szafy, nie użyłem go już do końca wyjazdu.
Jednak dzień po moim powrocie miałem wizytę kontrolną u ortodonty. Oczywiście o aparacie totalnie zapomniałem, toteż kiedy przyszedł dzień porannej wizyty, złapałem tylko pudełeczko, w którym był i pojechałem na wizytę.
Dopiero w poczekalni dotarło do mnie o czym zapomniałem, ale zamiast pójść do łazienki choćby opłukać ten sprzęt, po kryjomu otrzepałem aparat, wsadziłem go do buzi i cóż, coś rozgryzłem.
Ale kontrola przebiegła pomyślnie, po powrocie wreszcie wyczyściłem (i wyparzyłem) mój aparat.
Zacznę od tego, że pochodzę z małej miejscowości.
Z tego czy innego powodu w podstawówce byłem gnębiony, jak i w gimnazjum (małe miasteczko, jedna szkoła). Szczególnie uprzykrzał mi życie jeden bananowy koleś wraz ze swoimi dwoma przydupasami. Nie, to nie jest historia o tym, jak założyłem firmę i ich nie zatrudniłem czy coś. Szczególnie, że ten bananowy chłoptaś został wspólnikiem swojego ojczulka w rodzinnej firmie (największej w okolicy zresztą, ale ja nie o tym).
Ważne jest to, że niszczyli mi przez lata życie i to systematycznie. Co rok od pierwszej klasy podstawówki aż do czasów szkoły średniej. Jedna wielka udręka popychanek i wyzwisk...
W szkole średniej, w dużym mieście, sytuacja się zmieniła, poznałem nowych znajomych - ot, start z białą kartą. Tam był też w mojej nowej klasie, uczył się ze mną, jak się okazało, przyszły lekarz. To on namawiał mnie na zostanie dawcą szpiku i przy okazji zakończenia studiów faktycznie się zapisałem jako potencjalny dawca.
Co istotne, gdy przyjeżdżałem w odwiedziny do domu, gdy na ulicy mijałem dawnych oprawców, ci radośnie wyzywali mnie, gdy mnie zobaczyli w sklepie czy na ulicy. Część z niech miała dziewczyny czy tam narzeczone, a zachowywali się jak bydło, którym zresztą byli. Nie dali zapomnieć.
Lata bycia kozłem ofiarnym odcisnęły na mnie piętno i już w trakcie studiów chodziłem do psychologa w celu przepracowania traum z dzieciństwa (nie wiem, czy to istotne dla wyznania, ale uznałem, że warto o tym wspomnieć).
Zaraz po 30 urodzinach dostałem telefon. Jest tam jakiś mój genetyczny bliźniak, który potrzebuje szpiku. Bez wahania się zgodziłem, przeszedłem badania, wszystko w porządku. Pobrali mi szpik, ten trafił do pacjenta i "niech zdrowieje".
Po dwóch latach od tego zdarzenia nastała możliwość spotkania się między mną a tym, komu uratowałem życie. W sumie byłem ciekaw, oni też chcieli poznać swojego wybawiciela, więc doszło do wymiany danych. I tutaj zbaraniałem i przecierałem oczy ze zdumienia.
Ten, komu uratowałem życie okazał się być obecnie siedmioletnim dzieciakiem, synem jednego z tych przydupasów od bananowego chłopaka. Tego samego, który był przyczyną całego mojego przykrego życia w szkole. Ten sam, który chętnie mnie trzymał z drugim przydupasem, gdy bananowy chłoptaś mnie okładał.
Wspomnienia wróciły. Nie wiem, czy chcę się z nim spotkać, nie wiem, czy chcę oglądać tego "człowieka". Ani jego potomstwa.
Co w tym najbardziej anonimowego? Odkąd pamiętam swoim oprawcom życzyłem, aby ich dzieci cierpiały. Nie oni, bo to byłoby zbyt proste - chciałem, żeby cierpiały ich dzieci, tak jak ja cierpiałem, żeby oni wyli z bezsilności, tak jak ja wyłem. Żeby nie mogli nic zrobić. Gdybym wiedział komu ratuję życie, nigdy bym tego cholernego szpiku nie przekazał...
Moje życie to jeden wielki j****y żart...
To co opiszę przydarzyło mi się, jak chodziłam do zerówki, miałam ok. 5-6 lat. Spędzałam czas w bloku u babci. Za blokiem były inne bloki, a wokół pola i oddalone domy plus lasek. Ja byłam włóczykijem, uwielbiałam się szwendać. Nudziło mi się koło bloku, a że był ze mną mój pies i biegał samopas, postanowiłam za nim iść. Poszliśmy aż za bloki, daleko. W każdym razie blok było widać z odległości. Tam mój pies zadusił kurę. Próbowałam go powstrzymać, ale nie słuchał. Z pobliskiego domu wyszła jakaś stara baba i zaczęła wrzeszczeć, ja spanikowana zaczęłam uciekać. Wysłała za mną swojego syna, który mnie dogonił, złapał pod pachę i zabrał do ich domu.
To było straszne. Nigdy w życiu się tak nie bałam. Kobieta kazała posadzić mnie w salonie na krześle, płakałam i bardzo się ich bałam. Przywiązała mi ręce do krzesła. Mówiła, że teraz nie wypuści mnie, dopóki moja mama nie zapłaci za kurę. Płakałam i tłumaczyłam, że mama się martwi, że nie wie, że tu jestem, że zapłaci, ja jej powiem, niech tylko wypuści mnie do domu. Ona nie słuchała, nie i już, mama ma przyjść i zapłacić, wtedy wypuści. Płakałam, wyłam normalnie. Byłam mała, a wiedziałam, że mama nie przyjdzie, bo niby jak ma mnie znaleźć? Błagałam ją, prosiłam. Prosiłam Pana Boga, żeby mi pomógł, obiecywałam mu, że będę grzeczna i już nie będę się włóczyć.
Siedziałam tak nie wiem jak długo, ale zaczęłam być głodna. Baba miała wszystko gdzieś. Nagle podjechał samochód. Przyjechała jej córka z chłopakiem, weszła do salonu i jak mnie zobaczyła, zamurowało ją. Ja na jej widok zaczęłam wyć wniebogłosy i błagać ją, żeby mi pomogła, dziewczyna podbiegła od razu i mnie rozwiązała. Pamiętam, że wyzywała na matkę, co ona odwaliła. Matka się tłumaczyła, że kura, ale córka zaraz ją zgasiła i strasznie zwyzywała. Przytuliła mnie, wycałowała i kazała wracać do domu. Wybiegłam jak szalona!
Pognałam szybko do bloku babci. Już słońce zachodziło, przed blokiem stała babcia i mama, szukały mnie. Gdzie ja się włóczyłam tyle? - padło pytanie, przerażona opowiedziałam wszystko, myślałam, że pójdziemy tam i one ukarzą tę babę! I wiecie co? Mama i babcia mi nie uwierzyły! Tak! Uznały, że to zmyśliłam!
Uwierzyły dopiero po latach, jak wspominałam tę historię, Wyrzygałam im to, że mi wtedy nie uwierzyły. Tłumaczyły to tym, że byłam straszną bajkopisarką, jak byłam mała. Dowiedziałam się od babci, że wie, co to za baba i że była ona chora psychicznie. Summa summarum dobrze, że choć teraz mi wierzą.
PS Nie mam żadnej traumy, powiem wręcz, że to przeżycie mnie zahartowało i wzmocniło moją psychikę.
Dziś podczas uroczystego spotkania rodzinnego z okazji urodzin dziadka, nastał moment, w którym padło na mnie, abym opowiedziała co u mnie. Przyznam, że z dumą oznajmiłam, że udało mi się zrobić wymarzony doktorat z fizyki i mam propozycję pracy w Anglii. Podkreśliłam jak bardzo pracowite lata mam za sobą i naprawdę dużo mnie to wszystko kosztowało. Dodałam na koniec, że najzwyczajniej w świecie jestem z siebie dumna. Ktoś przy stole rzucił tylko "gratulacje!", bo nagle wtrąciła się kuzynka, mówiąc, że ona urodziła dziecko i nie wie czemu ja się tak obnoszę ze swoim wątpliwym "sukcesem", bo to żadne osiągniecie w porównaniu do macierzyństwa.
Cóż, można uznać, że ludzie mają różne priorytety, jednak nie sądziłam, że rodzina tak radośnie przyklaśnie i podsumuje chamskim "hehe, na tych studiach to może i liczyć cię nauczyli, ale robić dzieci to już nie, hehe". Przykro mi się zrobiło...
Na moim osiedlu mieszka chłopak, którego znam od dziecka. Kiedyś nasza różnica wieku była bardzo zauważalna, bo kiedy ja jeszcze stawiałam babki w piaskownicy, on już pił piwo z kolegami na ławce.
Ostatnimi czasy jestem zmuszona dojeżdżać do pracy okejkami i zawsze o godzinie 12:00 widuję go czekającego na pociąg. Patrzy na mnie, uśmiecha się...
Wczoraj wyszło tak, że nawet do mnie zagadał. Nie powiem, przystojny facet, w moim typie. Trochę się speszyłam. Po kilku chwilach rozmowy powiedział "Dobra, miło było pogadać, ale muszę lecieć. Oby dzieciak miał po tobie urodę" i wskazał na mój brzuch. Odszedł z uśmiechem na ustach, a ja stałam wryta w ziemię z miną mówiącą "Co jest do ch...", bo wcale nie jestem w ciąży...
Choć doszukując się na siłę komplementów, powiedział mi w sumie, że jestem ładna ;)
6 lat temu zmarła moja mama (rodzice nie są już ze sobą ponad 20 lat, nie utrzymywali ze sobą kontaktu. Ja mam teraz 26). Pomimo tego, że kocham mojego tatę, nie mogę zapomnieć momentu, jak go o tym poinformowałem. Zadzwonił do swojej kobiety i z uśmiechem na twarzy poinformował ją o tym, że moja mama nie żyje i mogą już wziąć ślub. Stałem dosłownie dwa kroki od niego.
Dziś jakaś kobieta w autobusie uderzyła mnie w liścia z twarz, bo chciałem palić w autobusie i przy tym truć jej dziecko dymem. Tym elektronicznym papierosem, którego rzekomo chciałem użyć, był inhalator. Mam astmę.
PS Nie, nie było jej głupio, ani nie przeprosiła.
Pochodzę z domu, w którym nikt mnie nie przytulał. Czasem byłam brana na kolana przez mamę, ale rodzice nie czytali mi bajek na dobranoc, nie nakrywali kołderką i nie dawali buziaczków w czoło. Ogólnie miałam mało czułości, a zapewnień o miłości było tyle, że na palcach jednej ręki mogę policzyć (a jestem dorosłą kobietą). Raz mama nie chciała mnie wziąć na kolana, więc zmusiła mojego niechętnego ojca, żeby on mnie wziął. Gdy siedziałam mu na kolanach, to były najbardziej niezręczne i drętwe minuty mojego życia.
Od bardzo wczesnego dzieciństwa przed zaśnięciem marzyłam o tym, że mam fajnego tatę, który mnie przytula, wyznaje mi miłość. Albo że ktoś mnie porywa, żeby mnie wychować jak swoje dziecko w domu pełnym miłości, troski i opieki. W okresie dojrzewania uganiałam się za mężczyznami w wieku mojego ojca lub starszymi, zwłaszcza za takimi, którzy byli podobni do taty. Nie marzyłam o związku, ale na przykład o całowaniu przez mojego nauczyciela, gdy sama chodzę do gimnazjum. Takie marzenia, że mam 14 lat i jakiś facet się mną interesuje zostały mi do dziś.
Aktualnie jestem od wielu lat w związku z moim rówieśnikiem. Mój partner zna moje potrzeby i spełnia dla mnie rolę taty. Często siedząc na łóżku przytula mnie tak, jakbym była niemowlakiem. Wiadomo, że cała się na jego rękach nie mieszczę, ale tułów i głowę podtrzymuje mi rękami i daje buziaczki w czoło. Kiedy wychodzi do pracy, nakrywa mnie kołdrą, kładzie się przy mnie na kilka minut i przytula jak tata, głaszcze po głowie, co jakiś czas dając buziaki w czoło, a dopiero potem idzie do pracy. Żeby zdążyć zrobić tę ceremonię, specjalnie wstaje pół godziny wcześniej. Czasami, gdy nie mogę zasnąć, owija mnie kołdrą i buja mną na boki, tak jak to robiła moja siostra swojemu dziecku, kiedy miało kilka miesięcy.
Chciałam się po prostu wygadać i poprosić wszystkich tatusiów, żeby przytulali swoje dzieci.
Pracuję w małym biurze. Tylko ja i szef. Często nie ma go całymi dniami, a ja nudzę się, bo nie ma żadnych klientów i nie mam co robić.
Z tych nudów zaczęłam szukać erotycznych opowieści w internecie. Czytałam, nakręcałam się, to mnie jarało. Czasem potrafiłam pójść do łazienki i zrobić wiadomo co. Potem zaczęłam szukać czegoś mocniejszego. Jakieś lekkie filmiki, aż w końcu typowe filmiki dla dorosłych. Dodam, że wszystko to oglądałam na komputerze firmowym. Zawsze, ale to zawsze usuwałam historię.
Pewnego dnia, gdy tak sobie coś oglądałam, do biura wszedł szef. Szybko wyłączyłam przeglądarkę. Wtedy powiedział do mnie, że nie ma czasu i chce żebym mu szybko sprawdziła w internecie ''porównanie czegoś tam'', przy czym stał już mi nad głową i patrzył w ekran. Oczywiście przy wpisywaniu POR... od razu wyskoczyły stronki dla dorosłych. Szybko wpisałam do końca hasło udając, że nic się nie stało i nic nie widziałam. Szef w żaden sposób tego nie skomentował, więc uznałam, że nawet nie zdążył zobaczyć.
Jakież było moje zaskoczenie, gdy po paru dniach znów miałam ochotę pooglądać fajne filmiki i wyskoczyła mi ochrona rodzicielska.
Aktualnie siedzę, płaczę i zastanawiam się, co mam zrobić w mojej sytuacji.
Zacznijmy od tego, że moja pierwsza ciąża i poród były okropne. Dziewięć miesięcy koszmaru, a później niemal dwa dni męki porodu zakończonego powikłaniami, z którymi męczę się po dziś dzień. Kocham moje dziecko, ale z własnej woli drugi raz nie zdecydowałabym się na coś takiego.
Mój mąż wręcz przeciwnie. Trzy miesiące temu zaczął napominać o kolejnym dziecku, co skwitowałam zdecydowaną odmową - minął dopiero rok, ja pod niektórymi względami (głównie psychicznie) wciąż nie doszłam do stanu przed ciążą i zwyczajnie nie dałabym rady. Myślałam, że zrozumiał...
Wczoraj zrobiłam test ciążowy - dwie kreski. Podparty do muru przyznał się, że podmieniał moje tabletki antykoncepcyjne, bo wiedział, że po dobroci namówić się nie dam.
Mój świat się zawalił, rodzina jest całym moim światem, ale nie jestem w stanie patrzeć na niego bez obrzydzenia. Rozważam nawet rozstanie się z życiem, ale nie chcę tego zrobić mojemu dziecku i tej małej istotce. Jestem totalnie nieprzygotowana i załamana tym, co zrobiła najbliższa mojemu sercu osoba...
Dodaj anonimowe wyznanie