Naprawdę zastanawiam się w jakim kraju żyję. Dopiero co ludzie oklaskiwali pracowników służby zdrowia, uważali ich za bohaterów, dlatego że walczą z tym wirusem. Teraz czytam, jak Polacy niszczą im auta, nie wpuszczają do autobusów, jak są wyzywani przez sąsiadów.
Powiedzcie mi kim trzeba być, by tak traktować ludzi, którzy pracują ciężko, aby ratować cudze życie?
W Chorwacji po trzęsieniu ziemi kibole tamtejszych klubów się zrzeszyli i pomagali szpitalom. A tutaj niestety, jak w lesie. Ba, nawet gorzej, bo jak takie zwierzę zostanie uratowane, to w większości przypadków nie zaatakuje swojego bohatera, a tutaj chyba już jak w chlewie.
Było tu kilka wyznań o dzieciach, które mówiąc coś, co niekonieczne do końca rozumiały, wywołały huragan śmiechu albo naraziły rodziców na kompromitację.
Ale tego to już chyba nikt nie przebije.
Sklep bieliźniarski w jednej z galerii. Wchodzi mamusia, typowa Karyna beneficjentka 500 plusa, z kilkuletnim synkiem. Chłopiec najwyraźniej nudził się w sklepie, ale nagle jego zainteresowanie wzbudziły koronkowe majtki, na które, poza sznurkiem, raczej nie zużyto zbyt wiele materiału.
- Mamusiu, a co to jest?
- To są takie koronkowe majteczki.
I wtedy dzieciak na cały głos:
- Ale to będzie pi@&ę widać...
Wszyscy klienci dosłownie zamarli. Mama w jednej chwili poczerwieniała, złapała dziecko za rękę i pobiegła do wyjścia. Rekordy świata w różnych biegach sprinterskich były mocno zagrożone. I tak miała szczęście, że nie zdążyła nic wybrać, bo by jeszcze dodatkowo miała spotkanie z ochroną...
Mój brat to życiowy nieudacznik, aż wstyd się przyznać. Od zawsze były z nim problemy. Nie chodził do szkoły, kradł rodzicom pieniądze. Tu nawet nie chodziło o "złe towarzystwo", bo nie miał żadnych kumpli, a jak już jakiś się pojawiał, to na chwilę.
Rodzice starali się go jakoś ujarzmić, tak żeby chociaż dokończył gimnazjum - nic z tego. Edukację zakończył równo ze swoimi 18 urodzinami i jedyne, co potem robił, to siedział w domu. Po pół roku rodzice zagrozili eksmisją, jeśli nie weźmie się do roboty. Po miesiącu jakimś cudem przekonał rodziców, by dali mu pieniądze na wyjazd do Niemiec. Potrzebował na transport, jakąś kwaterę i życie, dopóki nie zarobi na miejscu. Ponoć kumpel miał mu pomóc z pracą. Rodzice, zadowoleni, że się go pozbędą, dali mu 5 tys. złotych i życzyli powodzenia.
Po roku wrócił i wydało się, że kasę przehulał, do Niemiec nie pojechał i mieszkał u jakiegoś małżeństwa przez rok. To małżeństwo wydzwaniało potem do mojej mamy, żeby oddała za syna pieniądze, jakie napożyczał od ludzi. Ostatecznie, po bodajże pół roku żerowania na rodzicach, przyszła policja i siedział za długi.
Gdy wyszedł z więzienia po dwóch latach, rodzice nie chcieli już go wpuścić pod swój dach. Do mnie też przyszedł, ale odmówiłam. Nie chciałam mieć problemu na głowie, tym bardziej że rok wcześniej urodziłam córkę. Nawet nie chciał jej zobaczyć.
Poszedł do siostry mojej mamy, starej panny. Tak ją omamił, że dała mu 10 tysięcy ze sprzedaży auta. I był spokój. On mieszkał sobie z ciocią i chyba im się układało. Kilka razy nawet poszłam go odwiedzić i wydawał się taki miły, taki inny. Aż żałowałam, że nie wypuściłam go wtedy pod swój dach.
Nie minęło pół roku, a on zaczął się ogłaszać na Fb, że wydaje książkę. Byłam bardzo ciekawa. Podpytywałam go o tematykę, ale nie chciał powiedzieć. Jako że amatorsko zajmuję się fotografią, zrobiłam mu kilka zdjęć na okładkę.
Po jakimś czasie wyszła książka. Pochodzimy z małego miasteczka (ok. 6 tys. mieszkańców) i każdy każdego zna, więc wiadomo, że wszyscy ją chcieli przeczytać. Dostałam od niego egzemplarz, przeczytałam od deski do deski... i nie mogę do teraz uwierzyć.
Oczernił rodziców, mnie, mojego męża, a nawet ciotkę, która mu pomogła. Wyzywał nas od złodziei, że to niby my kradliśmy pieniądze i on ZA NAS siedział w kiciu. Rodziców nazwał alkoholikami i opisywał wyssane z palca awantury w domu. Wszystkie swoje niepowodzenia zwalił na nas, na rzekomą patologię w domu. Mnie i mojego męża oskarżył w książce o to, że wybudowaliśmy dom z kradzionych materiałów od klientów (mąż ma małą firmę budowlaną). Pozmieniał imiona i nazwiska, ale firmuje książkę swoim nazwiskiem, a opisuje dzieje rodziny, więc każdy, kto zna nas choć trochę, wie o kogo chodzi.
Jestem po prostu wściekła.
Dawno, dawno temu, w krainie oscypkiem i cebulą pachnącej, zdarzyła się historia.
Miała matka syna, syna jedynego. Nic więc w tym dziwnego, że zachciało się drugiego.
Brzmi jak bajka?
No niekoniecznie.
Bo bajka się skończyła po pierwszym USG. Płód owszem, był, i sobie wesoło rósł, ale dzieckiem nigdy nie był i nigdy stać się nie miał. Matka w płacz, cała rodzina smutna. I wszyscy tacy uczynni. Tak dobrze doradzali: Nie usuwaj! Do piekła pójdziesz. Jakoś to będzie.
Tak więc matka urodziła. Mąż jak pierwszy raz zobaczył, to się popłakał. Tak matka przyniosła do domu tobołek, z czymś przypominającym zbitą kupę mięsa i kości, którą ktoś niedokładnie przepuścił przez maszynkę.
Karolowi, bo tak dali mu na imię, nogi mogłyby z uszu powyrastać i nikt by nie zauważył. Głowę i twarz miał jak kot perski, który trafił w mur na trzecim biegu. Wyraźnie mniejsza z jednej strony, z której najlepiej widocznym elementem było oko.
Tak to matka syna miała i się nim opiekowała. A ludzie ręce składali, ale jakoś coraz rzadziej odwiedzali.
Rok minął, potem i cztery, rozkoszny, śliniący się berbeć, z tym milionem rurek do jedzenia i oddychania, naprawdę cieszył się życiem!
A matce coraz bardziej sznur konopny się marzył.
Po czterech latach berbeć rozkoszny w końcu zrobił to, co kiedyś wszyscy zrobimy i przestał oddychać.
Oddychła także i matka, chociaż we wsi ludzie gadali, że pewnie toto sama zadusiła.
Przez lat tych cztery nikt rodzinie nie pomógł, nikt nie ulżył, nikt nie przyszedł, by chociaż ze starszym lekcje odrobić. Ale tak wspaniale jej doradzali!
Matka owa jest moją teściową. Ma przecudnego syna, z którym spodziewamy się dziecka.
Historię tę w pełnej wersji poznałam od niej, gdy poszłam na pierwsze USG. Dzieciuch silny i zdrowy jak koń. Uf!
Razem z teściową pozdrawiamy wszystkich "PROlajfow", ryczących w mass mediach o świętości życia. Tak, tak, wy wiecie najlepiej.
Inteligencja niektórych kierowców mnie zadziwia. Najpierw facet trąbi, bo zatrzymałam się na stopie, a kilkadziesiąt metrów dalej wjeżdża mi w tył, po czym sam dzwoni na policję wmawiając mi, że to moja wina.
Jak głupim trzeba być, żeby się tak pogrążyć?
Niestety, jestem brzydka. Obojętnie co zrobię, jakkolwiek o siebie zadbam, cokolwiek ubiorę, nie zmieni to faktu, że mam brzydką twarz. Nieproporcjonalną, niesymetryczną.
Od dziecka borykam się z tym problemem, ale dopiero w wieku nastoletnim dotarło do mnie, że nikt nie będzie chciał być w związku z taką dziewczyną jak ja. Jestem miła, towarzyska, zabawna, mam wielu przyjaciół, ale nikt nigdy nie pomyślał o mnie jak o partnerce.
Na studiach wynajmowałam mieszkanie razem z bardzo przebojowymi dziewczynami, często robiłyśmy imprezy. Było fajnie, gry towarzyskie, alkohol, tańce, ale oczywiście nikt się mną nie interesował. Raz, po mocno zakrapianej imprezie u nas na chacie, poszłam się położyć do swojego pokoju. Kilka osób miało u nas nocować. Jeden chłopak wszedł do mnie do pokoju, mówił, że też chce się już położyć i zapytał, czy może spać na podłodze. Zgodziłam się, mimo iż faceci mieli spać u koleżanki, a ona u mnie. Po jakiejś pół godzinie gość wgramolił mi się do łóżka. Oczywiście zapytał, czy chcę się zabawić, ale myślał, że jestem pijana. Nie byłam bardzo wstawiona i zgodziłam się. Sam fakt, że ktoś się do mnie przytula był nowy i niesamowicie przyjemny. Mogłam go obejmować, być z nim, w głowie udawałam, że jesteśmy parą. I wiedziałam, że to może być jedyny raz, jedyna szansa na zbliżenie z facetem, więc wykorzystałam ją.
Od tamtej pory minęło 6 lat, a ja ciągle jestem sama. To był jedyny raz, jedyna przygoda, jaką miałam z mężczyzną.
Oczywiście mogłabym łazić po klubach i wierzę, że udałoby się kogoś złapać, ale mi nie o to chodzi. Cierpię z powodu tej samotności, tego braku przytulania, bliskości. Miałam tylko namiastkę tego i cieszę się, że chociaż tyle, ale tęsknię za tym...
W zeszłym roku miałam operacje uszu i nosa, robiłam nadgodziny w pracy, wieczorami korki dla studentów - długo na nie oszczędzałam, ale to nie załatwia sprawy. Jest trochę lepiej, ale natury nie oszukasz... Po konsultacji w klinice zaczęłam oszczędzać na kolejne operacje. Może przed 40 uda mi się wyglądać ładnie. Rodzice też do pięknych nie należą i wyśmiewają moje decyzje. Krytykują na każdym kroku.
Ładnym ludziom jest w życiu łatwiej. Chciałabym, żeby ktoś zwrócił na mnie uwagę, pokochał mnie. Chciałabym kochać.
Wkurzają mnie te wszystkie filmy, gdzie mówi się o samoakceptacji, pogodzeniu się z losem, własnym ciałem. Ja mogę siebie polubić, co nie zmieni faktu, że nikt inny nie zacznie postrzegać mnie jako osobę ładną.
Ludzie z pracy, przyjaciele znają mnie jako osobę towarzyską, zabawną. W towarzystwie dobrze się bawię, ale wystarczy, że popatrzę w lustro i nienawidzę siebie jeszcze bardziej, że zobaczę parę w parku i strasznie cierpię z tej samotności.
Od najmłodszych lat byłam wyśmiewana z powodu swojej otyłości. Całą podstawówkę, gimnazjum i pierwszy rok liceum moi rówieśnicy nie mieli dla mnie litości. Wyzywali od najgorszych, a ja niestety nic z tym nie robiłam, biorąc na klatę ich docinki i udając, że wcale się nimi nie przejmuję, choć w rzeczywistości było zupełnie inaczej. Popadłam w depresję.
Zawsze marzyłam jakie wspaniałe byłoby moje życie, gdybym była szczupła. Myślałam, że wszystko byłoby inaczej. Myślałam, że miałabym masę przyjaciół, cudownego chłopaka i ludzie w końcu daliby mi upragniony spokój.
Pewnego dnia wzięłam się za siebie. Kosztowało mnie to masę pracy i mnóstwa wyrzeczeń, ale udało się. Zrzuciłam zbędne kilogramy i z rozmiaru "XL" przeszłam na "S". Nic to jednak nie zmieniło w moim kontakcie z rówieśnikami, dalej byłam ośmieszana i poniżana. Moje wyobrażenie przyszłości legło w gruzach. Byłam załamana.
Nie rozumiem do tej pory, jak ludzie mogą być aż tak podli. W pewnym sensie to im zawdzięczam swoją szczupłą sylwetkę, ale co z tego, jeśli pozostawili po sobie wiele przykrych wspomnień, a samoocena sięga dna. Staram się o tym nie myśleć i czasem naprawdę się udaje. Mimo wszystko, gdy staję przed lustrem, łzy same płyną mi z oczu, bo jak bumerang wracają te wszystkie wspomnienia - to, co mi robili i słowa, którymi mnie obrzucano.
Historia dzieje się na przestrzeni ostatnich 30 lat. Dokładnych ram czasowych nie podam ze względu na anonimowość.
Mieszkałem w małym mieście, gdzie każdy znał każdego. Miałem wtedy 18 lat i miałem w tamtym roku pisać maturę. Pochodziłem z rodziny rolniczej, ale szanowanej w mieście. Uczyłem się bardzo dobrze i byłem bardzo lubiany. Trzymałem się z dziećmi z bogatszych rodzin, w tym z córką burmistrza. Chcieliśmy przed maturami jeszcze ostatni raz się razem napić i pobawić. Impreza była udana aż do następnego dnia. Zgarnęła mnie policja. Oskarżenia o gwałt na córce burmistrza podczas tej właśnie imprezy. Tylko że ja nigdy nie uprawiałem seksu, na dodatek piłem bardzo mało i wszystko doskonale pamiętam. Przed sądem próbowałem się bronić, ale wszyscy znajomi z imprezy zeznali przeciw mnie. Postępowanie szybko się skończyło, a ja trafiłem do więzienia. Z tego co wiem, to aby zatuszować sprawę w mieście to burmistrz i moi rodzice rozsiali mnóstwo wykluczających się plotek.
Matury nie napisałem, a w więzieniu pierwsze lata pobytu były piekłem. Dopiero po kilku latach udało mi się wkupić w łaski jednego z osadzonych - starszego człowieka, który kierował bardzo dużą mafią w moim województwie. Byłem jego chłopcem na posyłki i od brudnej roboty. Polubiliśmy się, bo w przeciwieństwie do innych osadzonych ja miałem ambicje - przynajmniej on tak twierdził.
W końcu mogłem opuścić więzienie jeszcze przed zakończeniem wyroku. Czekali na mnie rodzice, aby powiedzieć mi, że mam ich nie odwiedzać i nie kontaktować się z nimi na wolności, ani z nikim z rodziny. Podczas pobytu w więzieniu jedynie babcia do mnie pisała, ale rodzina skutecznie odwiodła ją od tego. Zostałem sam na wolności, jednak dzięki znajomościom z więzienia udało mi się szybko dostać legalną pracę, mieszkanie i pieniądze (oczywiście wszystko jako mafijna przysługa).
Po jakimś miesiącu odezwał się stary znajomy z tamtej paczki szkolnej. Chciał pogadać. Nauczony doświadczeniem i uzbrojony w dobre rady postanowiłem nagrać naszą rozmowę, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Okazało się, że córka burmistrza na tamtej imprezie przekonała wszystkich do zeznawania przeciw mnie, bo bała się, że zdam maturę lepiej od niej, a ona MUSI być najlepsza. Rozmowa się nagrała. Zaszantażowałem znajomego do wyciągnięcia zeznań od córki burmistrza. Zeznania też dostałem. Znajomości i pieniądze pozwoliły mi na zatrudnienie najlepszego prawnika i pozwanie wszystkich znajomych z paczki szkolnej. Wszyscy poszli siedzieć za poświadczenie nieprawdy i kilka innych rzeczy. Mnie uniewinniono, dostałem odszkodowanie, a były burmistrz i kilka innych osób również otrzymało wyroki za nadużycie swojej władzy.
Rodzina chciała się pojednać, ale nie pozwoliłem na to. Teraz mam firmę, rodzinę i studia. O szczegóły pytajcie w komentarzach - limit znaków.
Mam nietypowego kolegę, powiedzmy Kamila, który nigdy nie odpuszcza i nie daje sobie w kaszę dmuchać. Akcja działa się w Szczecinie przy Manhattanie, dawno temu, kiedy telefonowanie do kogoś było drogie - to ważne.
Zaczepił go młody chłopak na ulicy, prosząc o pieniądze. Mój kolega spytał czemu nie pójdzie do pracy. Koleś powiedział, że zbiera pieniądze na odzież ochronną, bo chce pracować w warsztacie samochodowym, a na rodziców nie ma co liczyć - alkoholicy. Mój kolega pokazał mu, gdzie facet najmuje ludzi do pracy z ulicy przy przeprowadzkach - noszenie mebli itp. Kamil postanowił pomóc młodemu chłopakowi i przyjęli się razem na jeden dzień do pracy, a szefo potwierdził "nie będziecie stratni" i zapewnił, że wypłata będzie wystarczająca na ubranie robocze, buty ze stalowymi noskami i rękawice.
Pracowali 8 godzin - dwie osoby. Noszenie mebli w ciasnych blokach bez windy. Kamil - kulturysta - był odpompowany. Kiedy przyszło do wypłaty, dostali 20 zł. Kamil spokojnie wytłumaczył, że nie taka była umowa. Szefo zaczął straszyć policją, bo pracowali na czarno. Wtedy Kamil wyjaśnił mu, że z policją to on może mieć problem, że zatrudniał na czarno. Szefo tylko powiedział, aby nie był taki cwany, po czym wsiadł do auta i uciekł.
Kamil postanowił się zemścić. A skoro zemsta smakuje najlepiej na zimno, odczekał miesiąc, wszystko planując.
Po miesiącu kupił kartę telefoniczną Tak Tak (nierejestrowaną) i zadzwonił do szefa prosząc o dużą przeprowadzkę 80 km od Szczecina (dwa auta ciężarowe - 6 osób). Szefo nie poznał głosu Kamila i bardzo się zapalił, bo Kamil zgodził się na wysoką opłatę - bo mu się spieszy, bo mu zależy. Szefo był cwany, poprosił o telefon z numeru stacjonarnego, ale Kamil się wykręcił mówiąc, że telekomunikacja już mu odłączyła telefon. Prosił grzecznie, zgadzał się na wszystko. Szefo widać już liczył pieniądze przed oczami - zgodził się.
Następnego dnia auta ruszyły ze Szczecina i kiedy dojeżdżały na umówiony adres, Kamil zadzwonił do dowodzącego kierowcy (szefo został w firmie), że pomyłkowo podał zły adres przeprowadzki. Ten nowszy był ponad 40 km dalej - czyli razem 120 km od Szczecina. Kierowca pojechał i jak się domyślacie, nikogo tam nie zastał. Kamil wyłączył telefon.
Włączył go następnego dnia. Połączeń nieodebranych - dziesiątki.
Szefo w końcu się dodzwonił - Kamil odebrał i odkrył wszystkie karty. Przypomniał historię sprzed miesiąca, przez którą szefo teraz musi zapłacić 6 osobom za cały dzień i za benzynę dwóch aut ciężarowych, które pokonały 240 km każda - łącznie 480 km. Szefo wyzywał Kamila przez telefon od najgorszych, straszył, że go znajdzie i odzyska kasę. Kamil spokojnie z uśmiechem mu wyjaśnił, że dodzwonił się na Tak Taka i że kartę zaraz wyrzuci, a w ogóle to nadal traci pieniądze, bo... dzwoni do niego. Szefo się rozłączył.
Kamil, pozdrawiam Cię. GT
Kilka miesięcy temu kupiłem papugę i regularnie ją tresuję.
Co w tym anonimowego? Uczę papugę używać wulgaryzmów i obraźliwych słów, żeby mogła je mówić innym, bo ja jestem zbyt miły dla otoczenia i każdy to wykorzystuje.
Umie już mówić "Ty ch**u" na zawołanie. Często poprawia mi humor.
Dodaj anonimowe wyznanie