Jak los potrafi wskazać męża i najbardziej zaufaną przyjaciółkę.
Na początku XXI wieku, będąc na ostatnim roku studiów, całą specjalizacją i kołem naukowym pojechaliśmy do ośrodka uczelni na seminarium w Konopnicy. Cztery dni, właściwie ostatni taki wyjazd na studiach.
Po pierwszym wieczornym ognisku, następnego dnia podczas prysznica poczułam coś niepokojącego w okolicach krocza, a mianowicie kleszcza. Lekka panika i szybkie obejrzenie ciała i okazało się, że to nie jedyny gość na mojej skórze - wyczułam i wypatrzyłam jeszcze 5 osobników w okolicy intymnej oraz na piersiach i nogach (ostatecznie było ich 9).
Co tu zrobić? Przychodnia lekarska jest kilka kilometrów dalej, a po telefonie tam kazali jechać do lekarza do okolicznego miasta tego lub tego (20 do 40 km). Oczywiście samochodu nikt nie miał, bo przyjazd był autokarem. No i wtedy przypomniałam sobie, że kolega ze specjalizacji mówił kiedyś, że po powrocie z grilla wyjął sobie z nogi kilka kleszczy.
Poszłam i spytałam, czy może mi pomóc. OK, nie ma sprawy, poszedł szybko do apteki po jakiś środek do odkażania i zabrał się do oglądania i wyciągania. Nie ukrywam, trochę wstyd mi było, bo byłam naga, a jeszcze bardziej, że kilka tych pasożytów wbiło się w okolicach pochwy i odbytu (nie oszukiwał, pokazał mi wszystkie wyciągnięte).
I teraz wyobraźcie sobie taką sytuację: ja leżę naga na łóżku w pozycji na czworaka, tyłek wysoko i szeroki rozkrok, a kolega grzebie mi tam pęsetą. Nagle słyszymy ruch klucza i wchodzi koleżanka współlokatorka. Wyszła po chwili, ale jej mina...
Potem wyjaśniłam jej co jest grane i nieźle się z tego uśmiała. Ale zachowała naszą małą tajemnicę.
A z kolegą... hmm... Umówiłam się z nim w podzięce na piwo i w żartach zapytał, czy nie mam znowu jakiegoś kleszcza.
Jesteśmy już 5 lat po ślubie. A koleżanka, która nas nakryła, jest moją najlepszą przyjaciółką i jednocześnie świadkową. A w żartach stwierdziła, że mój mąż zrobił ze mną jak z samochodem i dokładnie przejrzał zawieszenie przed zakupem.
Pewnie przez większość zostanę zlinczowany, ale mam już dość obecnej sytuacji, w której to państwo rozdaje na prawo i lewo. Pełno programów "+", zasiłków itp. Mam 30 lat, nie mam dzieci, jestem niepełnosprawny, ale pracuję, nie pobieram renty ani żadnego zasiłku. Cholera mnie bierze, kiedy jadę rano do pracy i widzę zdrowych, silnych chłopów, którzy mogliby iść do pracy, a oni piją piwo pod sklepem i żyją na koszt państwa. Tacy ludzie myślą, że im się należy, a od siebie coś dać to już ciężko.
Jako dziecko miałam zabieg, który dożywotnio zmniejsza moje szanse na zajście w ciążę o połowę. Siłą rzeczy zaczęłam dosyć szybko rozmyślać o tym, czy chcę mieć w przyszłości dzieci. Mimo że dzieci nie lubiłam, chciałam kiedyś zostać mamą, przecież swoje to co innego... No właśnie, kiedyś.
Mój partner dosyć szybko, bo po roku związku zaczął mnie namawiać na odstawienie tabletek. Chciał się ustatkować, założyć rodzinę, a do tego w jego rodzinie częsta jest bezpłodność i miał obawy, że jego to też dotyczy.
Namawiał mnie tak usilnie, że raz prawie wyrzucił przez okno moje tabletki antykoncepcyjne. Po dłuższym czasie sama zdecydowałam, że możemy zacząć. I tak minęły sobie dwa lata, miałam akurat świeżo podpisaną umowę o pracę, kiedy pojawiły się dwie kreski na teście.
On skakał pod sufit z radości, a mi się wszystkiego odechciało. Z automatu L4 (charakter pracy potencjalnie szkodliwy dla płodu, a ze względu na dawne problemy mogłam mieć problem z utrzymaniem ciąży). Nie cieszyłam się, żałowałam swojej decyzji, a że sama się o to prosiłam i dziecko niczemu niewinne, czułam się paskudnie. Polepszyło mi się, jak młody zaczął kopać, a brzuch ładnie się zaokrąglił.
Byłam jedyną kobietą na oddziale położniczym, która nie chciała spać z dzieckiem. Nawet kiedy bardzo płakał i przychodziły położone, nie ugięłam się. Dałam jeść, poczekałam aż zaśnie i odkładałam. A że się budził...
Robiłam przy nim wszystko. Dosłownie, bo mój już wtedy mąż nagle przestał być gotowy na dziecko. Nocne wstawanie? Przecież idę do pracy, muszę się wyspać. Przebieranie? Tobie to wychodzi lepiej. Przewijanie? Jak zrobił kupę, to się prędzej zrzygam. Karmienie? Ty mu daj butelkę, ciebie kojarzy z jedzeniem. Jak to nie pomagam? Przecież robię zakupy, biorę małego na spacer i zmywam naczynia. I w ogóle strasznie się zmieniłaś od porodu. Taka jesteś oziębła...
Może dlatego, że przez trzy miesiące nie przespałam ciągiem pięciu godzin, bo ciężko mu było dupę ruszyć... Ale nie, on zaczął zapijać problemy, zamiast rozwiązywać. Mimo wielu rozmów z miesiąca na miesiąc było coraz gorzej. Aż schlał się, będąc z małym na spacerze. Cud, że nikt na policję nie zadzwonił. Wyprowadziłam się.
Teraz oddałabym za małego życie, choć kiedyś go nie chciałam, a tatuś przyjeżdża raz w tygodniu na trzy godziny... Mam poczucie, że skrzywdziłam swoje dziecko, wybierając mu takiego ojca. Że powinna mi się lampka zapalić wcześniej, a tak mały będzie kiedyś cierpiał...
Gdy byłem mały, ówczesne „madki” miały w zwyczaju straszyć swe pociechy hasłami w stylu: „Bądź grzeczny, bo przyjdzie pan i cię zabierze!”.
Dziś, stojąc w kolejce przy kasie supermarketu, usłyszałem, jak jakaś Karyna strofuje swego małoletniego Kuentina takimi słowami: „Uspokój się, parchaczu jeden, bo zachorujesz na koronę i się ku#wa skończy!”.
To było jakieś 5 lat temu.
Znajomy z gimnazjum zaprosił mnie na domówkę z okazji swoich urodzin. Większości ludzi nie znałem, w ogóle byłem wtedy typem odludka, miałem tylko paru kolegów do spotykania się od czasu do czasu, więc stwierdziłem, że przyjdę, a może będzie fajnie. Na początku było spoko, poznawałem nowe osoby, piliśmy, bawiliśmy się, śmialiśmy. Do czasu aż nie wypiłem za dużo i zaliczyłem zgona.
Kiedy jeszcze w miarę kontaktowałem, zachciało mi się siku, więc poszedłem do toalety. Po zrobieniu tego co miałem zrobić tak mnie ścięło, że postanowiłem, że położę się spać do wanny. Drzwi zostawiłem otwarte, więc każdy mógł wejść. Z tego co się później stało pamiętam niewiele, jedynie urywki i to co widziałem na filmiku. Jakiś koleś postanowił zabawić się moim kosztem i nasikał na mnie. Parę razy. Oddawał ma mnie mocz za każdym razem, kiedy zachciało mu się sikać.
Wszyscy wiedzieli co się ze mną dzieje i nikt nie zareagował, jedynie próbowali mnie ogarnąć. Jakoś im się to udało i wróciłem do domu, nawet nie pamiętam jak.
Na drugi dzień wstałem i pamiętałem wszystko jak przez mgłę. Umyłem się, a potem zajrzałem na twarzoksiążkę. Znajomy wysłał mi filmik, na którym ten koleś mnie upokarza. Wszystko mi się przypomniało. Serce podskoczyło mi do gardła, kiedy zobaczyłem co ze mną robi. Na dodatek wszyscy sobie ten filmik wysyłali na fejsie, więc każdy znajomy tamtych ludzi z domówki wiedział, co się stało, no i jakoś przez wspólnych znajomych filmik dotarł do moich kolegów. Stałem się pośmiewiskiem. Czułem się jak najgorsze gówno, ciąłem się, raz nawet chciałem się powiesić, ale nie dałem jednak rady.
Planowałem zemstę. Chciałem obić gębę gościowi tak, żeby mnie zapamiętał na zawsze. Dowiedziałem się gdzie mieszka i czatowałem na niego przed jego klatką. Kiedy w końcu go zauważyłem, podbiegłem do niego i zaatakowałem, zaczęliśmy się bić, lecz niestety był ode mnie silniejszy i nie dałem rady go pokonać.
Postanowiłem, że pójdę na terapię. Trochę mi pomogła. Jako że minęło trochę czasu, wszyscy w miarę o tym wydarzeniu zapominali.
W międzyczasie poznałem nowe, lepsze towarzystwo. O wszystkim wie tylko mój przyjaciel, reszcie boję się powiedzieć. Więc wydaje się, że wszystko jest OK. Ale nie jest. Czasami mam nawroty wspomnień, które powodują, że czuję się jak śmieć, jak gówno. W takich stanach wyobrażam sobie, że spotykam mojego prześladowcę i robię mu krzywdę. Nie miałem też od tego czasu dziewczyny, bo bałem się, że się o wszystkim od kogoś dowie i mnie zostawi, bo nie będzie chciała być z "oszczańcem", jak mnie wtedy nazywano.
Planuję znowu iść na terapię. Mam nadzieję, że tym razem pomoże.
Wszystkim znajomym oraz osobom w pracy, gdy pytają o rodziców mówię, że nie żyją. Jedynie moja przyjaciółka oraz najbliższa rodzina wie, że mój tata nie żyje, a mama wyrzuciła mnie z domu po jego śmierci. Miałam wtedy 18 lat i gdy się sprzeciwiłam jej roszczeniom (finansowym) kazała się wyprowadzić do końca dnia.
Nie miałam z nią kontaktu przez 10 lat i nagle chce poznać wnuki, pożyczać kasę i decydować o moim życiu. Anonimowe jest to, że gdy kiedyś pojawiła się u mnie w pracy i powiedziała, że jestem jej córką, to patrząc jej w oczy powiedziałam, że moja mama nie żyje i to jakaś wariatka. Nie potrafię jej wybaczyć tego co zrobiła i że tyle lat miała mnie gdzieś.
Siostra mojego męża mnie nienawidzi.
Jesteśmy po ślubie 11 lat i od samego początku pokazuje mi, że nie zasługuję na jej brata. Dobrze, że facet jest dorosły i ma swój rozum.
Mamy dwoje dzieci, 10 i 3 lata (ona też - 4 i 1). Wszystko co robię przy dzieciach jest złe. Źle ubieram, źle karmię, źle wychowuję. Bo jak jej córka była w tym wieku, to już umiała korzystać z toalety, ubrać się sama itp., a mój syn jest głupi bo na noc zakładam mu pieluszkę i czasem pomogę mu zjeść. Serio?...
Parę lat temu, po kłótni, mąż pojechał do siostry po prostu pogadać. Jak jej powiedział o co chodzi, to na siłę chciała go zeswatać ze swoją szwagierką. Nie wiem co jej naopowiadała, ale dziewczyna pisała do niego dobre pół roku, że go kocha, że muszą być razem, a do mnie, że mam zniknąć z jego życia, bo to ona go kocha itp. Dopiero groźba o zgłoszeniu nękania na policję podziałała, ale wiem, że nadal na coś liczy.
Jednak największym szczytem był wybór jej daty ślubu. Oczywiście taka sama jak nasza. I tak, zamiast świętować naszą 6. rocznicę ślubu, siedzieliśmy na ślubnym obiedzie u niej. W każdą rocznicę ślubu zaprasza mojego męża do siebie na kawę. On nie wyobraża sobie jechać do niej sam, więc siłą rzeczy jedziemy wszyscy. A ona zawsze ze sztucznym uśmiechem pyta co u mnie, by potem mnie obgadywać z teściową. Wiem, bo słyszałam nie raz.
W tym roku postanowiłam, że koniec, nie będę z nimi siedziała i udawała zadowolonej, że kolejną rocznicę zamiast świętować we dwoje spędzamy u niej. Jednak jeśli mój mąż powie, że chce jechać nawet beze mnie, to niech se jedzie. Mam dość przepychanek z jego siostrunią, nawet jeśli on zazwyczaj staje po mojej stronie.
Parę dni temu po raz pierwszy zaprosiłam do siebie na obiad Kamila - chłopaka, z którym od niedawna się spotykam. Jeszcze kończył drugie danie, kiedy poszłam do kuchni, aby przygotować deser. Jako że mam wyjątkowo dobry słuch, zarejestrowałam, jak Kamil szepcze do mojego psa: „Masz, zjedz to szybko. Jeśli mamy trafić do szpitala, to wszyscy!”.
Mieszkam w cudzie zwanym starym budownictwem, jeszcze częściowo do remontu.
Przyszła kolej na łazienkę. Jak wygląda sytuacja - na wierzchu odpływ od WC żeliwny, klejony żywicą, malowany 800 razy, estetyki zero. Przy remoncie wypadałoby taką rurę wymienić już na PVC. Majster robić tego nie mógł, więc poszedłem do spółdzielni. Przyszedł hydraulik, patrzy i mówi: Panie, ale z tej rury nic nie leci, póki dobra, to nikt tu nic nie wymieni.
Mówię, że coś musi się dać zrobić, toż nie będę remontu odwlekać przez takie coś, a zabudować tego też strach. No więc wziął hydraulik żabę, puknął w dwóch miejscach, że odpadła farba, wody z kranu wziął i psiknął w świeży wyrąb, lekki zaciek się zrobił i zabarwił na brązowo. Zrobił dwa zdjęcia, a do karty zgłoszenia wpisał, że uszkodzony pion.
Swój chłop :D
Jestem nauczycielką. Lubię swoją pracę i swoich uczniów - nawet tych najtrudniejszych. W pracę wkładam dużo serca. W ubiegłym roku dostała mi się bardzo ciężka klasa - dzieci z trudnościami edukacyjnymi, społecznymi i emocjonalnymi stanowiło prawie połowę klasy. Bałam się jak nie wiem podjąć tego zadania, ale pomimo ogromnego nakładu pracy udało mi się wyprowadzać te dzieciaki na prostą. Godziny rozmów wychowawczych, rozwiązywanie kilkunastu konfliktów tygodniowo. Kilkanaście spotkań z rodzicami, setki minut wygadanych przez telefon z informacjami o sposobach pracy z uczniami. Ogólnie rzecz biorąc mnóstwo pracy wychowawczej, żeby dzieci nauczyły się ze sobą rozmawiać i wypracowywać kompromisy. Żeby szanowały jeden drugiego, nie wyśmiewały się wzajemnie i nie mściły za urojone krzywdy.
Co w tym anonimowego?
Najbardziej miałam dość nie tych dzieci, ale ich matek. Dziewczyny wykształcone, zadbane, pozornie matki roku - a w rzeczywistości złośliwe hetery. Każda uwaga o niewłaściwym zachowaniu dziecka kwitowana była w domu "pierdołami mi głowę zawraca", "jak se nie radzi, to do biedronki na kasę, a nie dzieci uczyć"... a dziecko słucha i przetwarza. I cała moja praca z uczniem w p*zdu.
Ja wiem, że matka zawsze będzie bronić dziecka, ale czasami miałam ochotę nagrywać swoje lekcje i przerwy, żeby im później pokazać, jak to ich aniołki się zachowują w szkole. Potrafiły mi nawet zarzucić kłamstwo i przeinaczanie faktów, ponieważ wyjaśniłam, że przebieg opisanego przez ich dziecko wydarzenia jest inny, niż ono przedstawiło w domu. Konfrontacja oczywiście nie wchodziła w grę, bo dziecko "nie pamięta, bo to już dawno było" albo mówi coś innego niż podczas rozmowy zaraz po zaistniałym fakcie.
Albo wieczne pretensje. Najlepsze były matki, które pisały do mnie wieczorem, że w szkole ich dziecko zostało szturchnięte/popchnięte/niedopuszczone do zabawy przez kolegów i że powinnam tę sprawę załatwić. A gdy pytam, czy dziecko zwróciło koledze uwagę, że jego zachowanie sprawia mu przykrość - słyszę: "Nie, bo on nie umie takich spraw załatwiać" (w domyśle - pani mi załatwi...). Gdy tłumaczę, że w szkole tego się uczymy i powinna go do tego zachęcać, to obraza, że mi się nie chce pracować. Co nie jest prawdą, bo po każdym zgłoszeniu szczególnie zwracam uwagę na takie sytuacje, żeby wychwycić je i popracować z dzieckiem na bieżąco, a nie po fakcie.
A szacunek do innych? Od jednej matki usłyszałam wprost - że chyba jestem jakaś nienormalna, że każę dzieciom rozmawiać ze sobą, kiedy się pobiją. Ona uczy, że jak ktoś go bije, to ma oddać, a nie pitu pitu o emocjach rozmawiać.
I dziwić się, że rosną młodzi, które nie potrafią mieć swojego zdania, a zamiast rozmowy stosują przemoc słowną lub fizyczną.
Chyba jednak skorzystam z rady i przebranżowię się na ekspedientkę w Biedrze...
Dodaj anonimowe wyznanie