Jako nastolatka dość często kłóciłam się z moją mamą. Wkurzało mnie, że nie pozwala mi zostać do późna u koleżanki, każe sprzątać, poucza mnie, a przecież byłam już prawie dorosła i wszystko wiedziałam najlepiej.... Podczas jednej z kłótni mama powiedziała, że kiedyś będę chciała słuchać jej rad, ale już będzie za późno.
Kilka tygodni po tej kłótni (miałam wtedy 17 lat) dowiedziałam się, że mama jest chora na raka. Moje życie wtedy się zmieniło. Zaczęłyśmy więcej czasu spędzać razem, rozmawiać o życiu, mojej przyszłości. Zaczęłyśmy się naprawdę rozumieć. Cały czas mocno wierzyłam, że po zabiegach chemioterapii moja mama wyzdrowieje. Tak jednak się nie stało. Mama zmarła po kilku miesiącach, trzymając mnie za rękę. Na szczęście zdążyłam jej powiedzieć, jak bardzo ją kocham.
Teraz, gdy od śmierci mamy minęło ponad 5 lat, dostrzegam, że zawsze chciała tylko mojego dobra. Teraz chciałabym, żeby mi doradziła, przytuliła, gdy jest mi smutno, ale już za późno. Żałuję każdej nawet najmniejszej kłótni, każdego przykrego słowa. Dziękuję jednak Bogu, że mimo coraz większego osłabienia mamy i postępującej choroby mogłyśmy w pełni wykorzystać jej ostatnie chwile. Kocham Cię, mamo :(
Historia miała miejsce we wczesnych latach podstawówki. Byłam osóbką z wyobraźnią, pełną najróżniejszych pomysłów. Pewnego razu dostałam za zadanie jako pracę domową z religii kreatywne ukazanie na obrazku, jak różaniec może pomóc w walce z szatanem i złem.
Nie pamiętam dokładnie polecenia, ale o to mniej więcej chodziło. Eureka! W mojej małej główce zrodził się pomysł narysowania różańca, którego kontury tworzyłyby miecz.
Tak też zrobiłam, skrupulatnie naszkicowałam rękojeść i ostrze miecza, jednak przez "kuleczki" różańca i moje plastyczne zdolności całość wyszła dość szeroka i nieco się "zaokrągliła".
Tak oto w wieku 8 lat narysowałam kutasa w zeszycie od religii.
Dostałam 5. I pochwałę za kreatywność.
Dzisiaj przeglądałam biblioteczkę mojej babci. W jednej z książek znalazłam garść zasuszonych kwiatów, więc poprosiłam babcię, żeby opowiedziała mi co to za kwiaty i czy zachowała je z jakichś specjalnych powodów.
Ona w jednej chwili posmutniała i z powagą w głosie powiedziała: „Wiesz, kochanie, te kwiatki dostałam od mojej pierwszej miłości. Później on zmienił szkołę i nasz kontakt się urwał. Potem to już poznałam twojego dziadka, ale nigdy nie zapomnę, jak bardzo kochałam Kazika...”.
Wzruszyłam się i kiedy chciałam się odezwać, babcia nagle uśmiechnęła się szeroko od ucha do ucha i dodała: „Żartowałam, malutka. Te kwiatki kiedyś ukradłyśmy razem z koleżankami z cmentarza”.
Jestem lekarzem weterynarii, pracuję głównie z bydłem mlecznym i co ważne, jestem młodą kobietą.
Jakiś czas temu w pewnym gospodarstwie inseminowałam krowę. W trakcie „zabiegu” młody rolnik zaprasza mnie na wesele jako osobę towarzyszącą.
Tak że ja tu grzebię w krowie, a on do mnie: „Może pójdzie pani ze mną na wesele?”.
Kumpel pracuje w aptece. Któregoś dnia wpadłem do niego do pracy na chwilę, bo miałem ważną sprawę. Rozmowę przerwała nam pewna dziewczyna. Weszła do apteki, wiek tak na oko 16-17 lat i szeptem zwróciła się do kolegi:
Dziewczyna: Poproszę pre....ze..rwa....wyyy...
Kumpel: Słucham?
Dz: Prezerwat...y (nadal szepcząc pod nosem)
K: Proszę powtórzyć, co podać?
Dz: Prezerwatywy! (teraz już nie było wątpliwości)
K: Dobrze, a jakie?
Dz: Jakieś tanie.
K: Proszę, 3,50 zł.
Zapłaciła i wyszła. Po chwili jednak wróciła i mówi:
- Ale ja chciałam dla chłopaka, a tu na zdjęciu jest dziewczyna...
Ślub, wesele i moja noc poślubna.
Oboje z mężem, na lekkim rauszu, postanowiliśmy zaliczyć nasz pierwszy legalny raz. Pokój hotelowy piękny, a naprzeciwko naszego łóżka wielkie lustro, co dodawało pikanterii. Oczywiście ustawiłam się tak, żeby nas oboje było ładnie widać, z rękoma na brzegu łóżka... I to był błąd. Mój kochany mąż tak bardzo nakręcił się widokiem, że w pewnym momencie pchnął za mocno, ręce mi zjechały z krawędzi łóżka, a ja twarzą wylądowałam w szafkach pod lustrem, twarzą... Ogromna śliwa na czole, podbite oko i zdarty policzek na ostrej wykładzinie.
Na poprawiny już nie zeszłam.
To się nazywa niezapomniana noc poślubna :)))
Gdy miałam 13 lat, mój dziadek zachorował na raka trzustki. Strasznie cierpiał. Lekarze odprawili go ze szpitala mówiąc, że nie zaczną chemioterapii, bo jest już za stary (82 lata). Dlatego dziadka zabraliśmy do siebie. Nie przelewało nam się, mieszkaliśmy w 6 osób w czterech pokoikach, często lodówka była pusta.
Raz, gdy byłam sama w domu z dziadkiem, dopadł mnie straszny głód. Od rana nic nie jadłam. Mama miała dopiero po pracy zrobić zakupy. Jedynym posiłkiem, który był wtedy w domu, był chudy rosół z tartymi kluskami specjalnie dla dziadka. Zbliżała się pora jego jedzenia, dlatego nalałam mu go do talerza. Wystarczy tylko dla jednej osoby, pomyślałam ze ściśniętym z głodu żołądkiem, ale podałam dziadkowi. Ten, widząc mój wzrok, przyniósł drugą łyżkę i podzielił się ze mną zupą.
Jeszcze nigdy rosół nie smakował mi lepiej.
Od jakiegoś czasu mieszkam w USA. Powoli przyzwyczajam się do wielu rzeczy, które są dla mnie nowością. Nadal mam problem z miarami czy temperaturą, nie potrafię się przestawić na ich śmieszny system.
Ostatnio zrobiłam większe zakupy, nie wszystko się zmieściło do lodówki, stwierdziłam więc, że to idealny moment, żeby ją wyczyścić i pozbyć się zalegających produktów. Okazało się, że ponad połowa rzeczy była przeterminowana, niektóre nawet pół roku, więc zaczęłam wszystko wyrzucać. Byłam strasznie zła, bo wiele z tych sosów wiem, że dopiero co kupiłam i sprzedano mi stary towar.
Gdy już prawie skończyłam, mąż zaczął oglądać sosy, które rzuciłam do kosza i pyta się, czemu wyrzucam dobre rzeczy. Okazało się, że patrzyłam na daty „po polsku”, czyli dzień/miesiąc/rok, podczas gdy tu piszą miesiąc/dzień/rok... Wszystko nadal było dobre...
Na pewno kojarzycie roszczeniowe madki „dej, bo mam chorom curke” i tak dalej.
Otóż jedna z nich jest moją siostrą.
Zacznijmy od tego, że moja siostrzyczka uważa, iż wszyscy dookoła powinni zajmować się jej dzieckiem, kupować mu prezenty, i to nie byle jakie. Zwykle kupowałam małej jakieś drobiazgi, książeczkę, misia czy inne takie.
Kupowałam do momentu, gdy moja siostra wypomniała mi, że... kupuję rzeczy Z PROMOCJI, a jej dziecko zasługuje na pełną cenę.
Cóż, teraz nie kupuję nic.
Ślub mojej koleżanki miał odbyć się 2 września. Na początku sierpnia postanowiłam zadzwonić do fryzjera, żeby się zapisać. Dzwonię, mówię datę, godz. 9:00, usłyszałam: "OK, jest wolny termin, zapisuję panią".
2 września, 8:55 wchodzę do salonu, idę korytarzem i słyszę, że w fotelu siedzi już jakaś klientka i taką oto prowadzi rozmowę z fryzjerką: „Nie sądziłam, że jak zadzwonię wczoraj, to na dziś znajdziesz miejsce”. Fryzjerka jej odpowiedziała: „Kochana, ciebie miałabym nie wcisnąć? Ta z 9:00 najwyżej poczeka, szybko ci te końcówki podetnę”. Lekko zdziwiona powiedziałam „dzień dobry”, panie dopiero mnie zauważyły, fryzjerka powiedziała do mnie „słucham?”, mówię, że byłam zapisana na czesanie na 9:00... a ta z takim udawanym zdziwieniem: „Tak? Jak się pani zapisywała? Bo ja nikogo dziś na 9 nie mam, może inna data?”. Ja oczywiście wkurzona, bo ewidentnie robi ze mnie wariatkę, a ta bezczelnie stwierdza jeszcze, że może mi tę fryzurę ostatecznie zrobić, ale muszę poczekać 30 minut, aż skończy obcinać panią na fotelu. Zagotowałam się i oczywiście czekać nie miałam zamiaru. Powiedziałam jej, że jeżeli szuka idiotki, to niech w lustro spojrzy, bo słyszałam jej rozmowę z koleżanką, trzasnęłam drzwiami i wyszłam. Nie miałam wyjścia, w domu wyprostowałam włosy i tak poszłam na to wesele, ale chęć zemsty nie dawała mi spokoju.
Myślałam, myślałam i wymyśliłam. Jakieś 3 tygodnie później zadzwoniła do niej moja koleżanka. Zapisała się na najdroższy zabieg u tej fryzjerki, dzień później druga moja koleżanka umówiła się na farbowanie, trzecia ścięcie włosów, i koleżanka koleżanki, i jeszcze jakaś znajoma znajomej i mój chłopak, łącznie 7 osób... I żadne na umówioną wizytę nie przyszło... Widziałam później post na fb jej salonu, że klienci umawiają się i nie przychodzą i cały wylew o jej cennym czasie i szacunku do drugiego człowieka i jego ciężkiej pracy.
Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz... Nie żałuję.
Dodaj anonimowe wyznanie