#CLFDG

Lata 90. XX wieku.
Miałem 12-13 lat, mieszkałem w bloku czteropiętrowym. Miałem sąsiadkę w moim wieku, z którą bawiłem się po lekcjach.
Pewnego dnia przybiega do mnie Ania z płaczem, że leci jej krew z dołu.
Nasi rodzice byli pewnie w pracy, więc ja po namyśle zaciągnąłem Anię do przychodni, która znajdowała się bardzo blisko.

Pamiętam, jak wpadliśmy do przychodni z płaczem, że Ania umiera.
Pan doktor wyszedł z gabinetu po usłyszeniu naszego krzyku.
Jego mina, jak zaczął nam tłumaczyć co to okres... :)

#E4vsr

Znacie pastę "mój stary jest fanatykiem wędkarstwa"? No, to mój stary jest fanatykiem Biedronki...

Zaczęło się niewinnie, około 4 lata temu naprzeciwko bloków, w których mieszkają rodzice, powstała Biedronka. Początkowo tata nie był przekonany do zakupów, do czasu aż w jego ręce wpadła gazetka z promocjami. Od tamtego czasu zakupy robi tylko w Biedronce i tylko w promocji. Jak są w promocji parówki, to potrafi kupić 6 kilogramowych paczek (a mieszka tylko z mamą) i potem żre te parówki cały tydzień albo i dwa, chyba że ucieka data, to każe matce zrobić fasolkę albo bigos, żeby je wykorzystać. Inne produkty tak samo: nie ma promocji na makaron, to z bólem serca kupi paczkę, a potem jak w końcu jest w ofercie parę groszy taniej, to robi zapasy jak dla pułku wojska. Pół zamrażalnika matka ma zawalone różnymi schabami, łopatkami i filetami, bo promocja była i grzech nie kupić. Latem był hałas, bo ojciec dostał info, że z jakiejś tam okazji (chyba Dzień Dziecka) jest promocja na lody, to poszedł i kupił 20 sztuk, a potem nie miał gdzie tego przechować, bo zamrażarka pełna.
Jakiś czas temu matka dzwoniła gdzieś z jego telefonu i zdziwiło ją, że często wydzwania do jakiejś Tereni. Okazało się, że pani Terenia to znajoma starego, pracuje w Biedronce i ojciec jak chce coś z gazetki, to dzwoni i prosi, żeby mu odłożyła to czy tamto, bo raz czy dwa tata się na jakąś promocję nie załapał, więc teraz dzwoni i rezerwuje na przykład 12 kostek masła.
W tym roku ojciec dał wszystkim swoim wnukom po 70 złotych na Gwiazdkę z zastrzeżeniem, że pojadą z nim po świętach do Biedronki i wybiorą sobie zabawki, bo na pewno będą wyprzedaże. A parę dni temu zadzwonił do mnie pochwalić się, że kupił 48 paczek chipsów, bo były "za darmo". Matka zła, bo całą spiżarka w chipsach. Pytam ojca co ma zamiar zrobić z taką ilością chipsów, to jeszcze z mordą na mnie wyleciał, że jak jest okazja, to się wykorzystuje, „synek zobaczysz, jeszcze przyjedziesz do mnie na te czypsy”.
Tak samo było z karpiem za darmo, bananami, jabłkami, maskotkami z różnorakich gangów – rozdają, to się bierze, a potem myśli na ch#$ to komu.

#M9xAj

Zawsze, kiedy szłam do miejscowego kościółka, przechodziłam koło pewnego bloku. Na parterze mieszkała pewna babcia. Wiecie, taka +75 i w dodatku osiedlowy monitoring. Wychylała się z okna, więc ja idąc na mszę nie wiedzieć czemu powiedziałam jej "Dzień dobry", uśmiechnęłam się i poszłam dalej. Potem zastanawiałam się, po co to zrobiłam.
Później sytuacja się powtarzała. Ja idę, witam się i uśmiecham, a babcia odpowiada i też się uśmiecha. Raz mnie zatrzymała i spytała, dokąd ja tak chodzę. Gdy powiedziałam, że do kościoła, zamyśliła się na chwilę i potem spytała o powód moich uśmiechów i przywitań w jej kierunku. Nie wiedziałam co powiedzieć, więc stwierdziłam, że robię to z grzeczności.
Okazało się, że dla tej pani to było coś więcej niż dla mnie. Dla niej to była radość na cały tydzień. Zrobiło mi się cieplej na sercu.

Ot, zwykła historia o tym, że warto być miłym.

#UlCw0

Moja siostra, nazwijmy ją Ania, chodzi do podstawówki. Często mi opowiada co u niej w szkole, ale ostatnia historia całkowicie mnie rozwaliła...

Na religii siostra zakonna opowiadała im, że bycie homoseksualistą to choroba, którą się powinno leczyć, bo to jest niedopuszczalne, żeby tacy ludzie żyli. Na tej samej lekcji kolega Ani patrzył się z zafascynowaniem na innego kolegę, który robił jakieś samolociki z papieru, a gdy siostra to zobaczyła powiedziała głośno, że ma przestać się na niego patrzeć, bo zachoruje i będzie gejem... Przez to dzieci się teraz z niego śmieją i wytykają go palcem mówiąc, że jest chory.

Wiem, że kościół katolicki nie akceptuje homoseksualistów, ale żeby takie bzdury mówić dzieciom w podstawówce?? I potem nadchodzi pokolenie, które stwarza piekło na Ziemi takim osobom...

#iS38l

Od zawsze nie czułam się ze sobą dobrze. Nadwaga, brzydka cera, można byłoby wymieniać godzinami. Kompleksy przytłaczały i będą przytłaczać, ale ostatnio zdarzyło się coś małego, a niesamowitego.

Zazwyczaj wracam do domu tramwajem, tym razem jednak linia została zamknięta, więc zmuszona byłam przesiąść się na autobus. Oczywiście na twarzy miałam gbura, bo padał deszcz, dłuższa droga do domu wcale mnie nie pocieszyła. Wsiadłam do pojazdu i usiadłam sobie, odetchnęłam. Kawałek dalej spoglądał na mnie chłopak na wózku inwalidzkim i nagle szeroko się uśmiechnął, byłam zaskoczona, ale odwzajemniłam to. Przejechaliśmy dwa przystanki uśmiechając się do siebie, gdy wyjął z plecaka zawieszonego na oparciu zeszyt i coś starannie napisał, mimo mało sprawnych rąk. Podniósł to, napisane było "masz śliczny uśmiech". Ten, który mu wtedy posłałam, był jednym z najszczerszych w moim życiu.
Nie zapomnę tego, od tamtego czasu czuję się piękna. W serduchu.

#diIIs

Mieszkam na osiedlu, gdzie koło marketów przesiaduje grupa tzw "żulków", wielu ludziom to przeszkadza, ale nie mi. A dlaczego? Bo kulturą przewyższają niejednego "biznesmena w garniaku". Zawsze ładnie "dzień dobry", zawsze "miłego dnia", a po pytaniu "dzień dobry, piękna pani, czy czasem nie miałaby pani może poczęstować papieroskiem?" zawsze jest serdeczne "dziękuję i życzę zdrowia". Nigdy nie są nachalni, nie ma, że chodzą za kimś i błagają, ktoś mówi "nie", to po prostu odchodzą. A teraz o tym, jak "zaprzyjaźniłam" się z nimi.

Pierwsza okazja pojawiła się, jak uciekł mi pies, szukałam go dobrą godzinę, aż ktoś zadzwonił z marketu i powiedział, że pies czeka pod sklepem (nie wiem dlaczego, nawet w sklepie nie byłam). Okazało się, że jeden z panów rozpoznał mojego psa, przytrzymał go i poszedł do sklepu, żeby do mnie zadzwonili (miał numer na obroży). Oczywiście podziękowałam panu i dałam 20 zł na jego ulubiony trunek czy fajki. Później codziennie pytał, jak tam pies i czy nie ucieka :)
Kolejna sytuacja: chciałam iść do sklepu, ale miałam rower, a na nim ciężką i dużą paczkę, wejść z rowerem nie chciałam, a paczki też nie zostawię. Patrzę – moi "koledzy" stoją. Popilnowali roweru i paczki bez problemu i podziękowali za drobne, które im dałam.
Wiele razy odprowadzali mi wózek sklepowy, i nawet wtedy, gdy w środku nic nie było, to i tak serdecznie dziękowali.
Kiedyś też zgubiłam klucze do auta z brelokiem z moim imieniem, jeden z panów skojarzył moje imię i markę auta i szukał ludzi, którzy wiedzą gdzie mieszkam. Przyniósł mi klucze do domu.
Zaczął się nowy rok, wyszłam rano z psami na spacer i pierwszą osobą, która złożyła mi życzenia noworoczne (nie licząc rodziny) był jeden z panów "żulków". Jak zwykle ukłon "dzień dobry pani, wszystkiego najlepszego w nowym roku, żeby zdrowie pani dopisało i by pani kasy miała". Niby proste, ale nikt ze znajomych czy sąsiadów nie powiedział nic w stylu "wszystkiego dobrego w nowym roku".

Tak więc mam na osiedlu przydatnych panów żulków, którzy nieraz też i pomogą ciężkie rzeczy wynieść do śmietnika. To nie jest tak, że zawsze im coś daje, bo czasem po prostu nie mam, ale oni zawsze pomogą, jeśli ich poproszę, nawet bezinteresownie.

Takie moje wyznanie, że nie każdy pan lubiący tanie trunki jest zły :)

#vReD4

Kilka lat temu otworzyłam lumpik w małym miasteczku, w którym mieszkam. Interes rozwijał się coraz lepiej, myślałam nawet o utworzeniu "filii" w miasteczku niedaleko, jednak okazało się, że jestem w ciąży i zwyczajnie nie dam sobie rady z prowadzeniem sklepów, póki kaszojad nie pójdzie chociaż do żłobka. Nie chciałam likwidować sklepu, żal mi było wyrobionej renomy i zdobytych klientek - możecie się śmiać z "renomy" używanych szmatek, ale miałam naprawdę świetne ciuchy i często panie ubierały u mnie całą swoją rodzinę. Jak długo mogłam, pracowałam, bo jak wiadomo, "pańskie oko konia tuczy", ale z początkiem trzeciego trymestru postanowiłam skorzystać z pomocy Marlenki, córki znajomej mojej mamy. Marlenka jako znawczyni mody i znanych marek roztoczyła przede mną wizję wielkiego rozwoju sklepu, klientki miały walić do nas drzwiami i oknami. Ale gdyby tak było, nie pisałabym teraz tej historii...

Marlenka notorycznie na zmianę to otwierała sklep godzinę później, to zamykała godzinę czy nawet dwie wcześniej. Bez żadnej informacji dla klientek, choćby karteczki w drzwiach. Tu dentysta, tu umówiła się z narzeczonym, tu nagle rozbolała ją głowa. Ja wszystko rozumiem, ale wystarczyło dać mi znać, że potrzebuje wyjść, i ja lub mama bez problemu byśmy ją zastąpiły na tę godzinę czy dwie. Doszło do tego, że znajome wypytywały mnie, czy zwinęłam interes, bo kiedy by nie zajrzały było zamknięte.

Obrotna Marlenka postanowiła wymienić swoją garderobę moim kosztem - nagminnie przynosiła swoje prywatne rzeczy do sklepu, w zamian wybierała rzeczy z wieszaków. Była na tyle bezczelna, że pewnego razu na wieszaku znalazłam kurtkę, w której Marlenka przechodziła pół zimy - z uśmiechem stwierdziła, że trochę jej się przytyło, więc wzięła sobie większą, a swoją starą ot tak po prostu powiesiła w jej miejscu...

Ostateczną kwestią były obroty - parę miesięcy po pojawieniu się Marlenki spadły strasznie, owszem, było mnie stać na czynsz i jej wypłatę, ale jeśli dla mnie zostało 1000 zł w miesiącu, to było święto. Okazało się, że Marlenka nie dba o klientów, całe dnie spędza z łokciami wprost przyklejonymi do biurka i na każde zadane przez klientki pytanie o kolor, rozmiar czy dostępność ciuchów odpowiada znudzonym NIE WIEM, nic więc dziwnego, że w końcu mało kto zaglądał do sklepu.

Kiedy wreszcie miałam dość i wygarnęłam jej to i owo, stwierdziła, że inaczej sobie tę pracę wyobrażała i w takim razie ona podziękuje za współpracę. Cóż było robić, dzieć w trybie przyspieszonym został zapisany do żłobka, a ja wróciłam ratować podupadający interes. Znalazłam odpowiedzialną dziewczynę, pojawiły się transmisje na fb, ogółem nie spodziewałam się takiego rozwoju.

Szkoda tylko, że znajoma mamy opowiada wszem i wobec, jak to jej córeczka rozwinęła mój biznes, a ja kopnęłam ją za to w tyłek.

#Q4PSv

Zadzwonił brat cioteczny, że zmarł nasz dziadek. Powiedziałem, żeby zadzwonił po pogotowie, a ja przyjadę i ogarniemy zakład pogrzebowy. Przyjechałem do babci i razem czekaliśmy na zabranie ciała. Babcia, 94-letnia kobieta, wiadomo, przybita. Ciało zabrane, wracam do domu.
Jestem trzy kilometry przed domem, dzwoni znów roztrzęsiony brat, mówi, że muszę szybko wracać. Pytam, co się stało. Mówi, że dzwonili właśnie ze szpitala, w którym od kilku dni była jego matka, że zmarła w trakcie operacji.
Wróciłem. Musiałem powiedzieć babci, że dziś straciła nie tylko męża, ale i córkę. Zabierałem się do tego godzinę...
Powiedziałem... Cały czas mi się kraje serce. Babcia płakała jak mała dziewczynka. Stara kobieta, skurczona wiekiem i ciężarem doświadczeń, a ja zobaczyłem w niej bezbronną, małą dziewczynkę.

Musiałem to komuś powiedzieć, wybaczcie, że padło na was...

#cQAq1

Moim największym i właściwie jedynym kompleksem jest krzywy zgryz (zęby). Deformuje to kształt mojej twarzy, wygląda nieestetycznie, uśmiech jest brzydki. Bardzo pragnę to zmienić, ale moich rodziców nie stać na leczenie ortodontyczne. Dorabiam sobie po szkole, niestety z tego nie jestem w stanie opłacić nawet łuku aparatu. Planuję iść na studia, ale zamierzam odłożyć je na kolejny rok, ponieważ przez rok chciałabym zarobić na całe leczenie. Obawiam się, że po rocznej przerwie nie będę wstanie pójść na studia, ponieważ to jest jednak długa przerwa.

Myślę o tym codziennie, to mnie powoli wykańcza psychicznie. Odczuwam tego skutki również w życiu społecznym, ponieważ po prostu wstydzę się mojej wady, która jest bardzo widoczna.
Nie wiem co w tej chwili mogę z tym zrobić, boli mnie moja bezradność, a moja samoocena spadła do samego dna.

#e9hZA

Historia, którą tu opiszę zdarzyła się dosyć dawno. Jako mała dziewczynka brałam udział w wielu konkursach wokalnych i co za tym idzie bardzo chciałam grać na jakimkolwiek instrumencie. Moi rodziciele byli codziennie nękani milionem próśb o zapisanie mnie do szkoły muzycznej. Po osiągnięciu przeze mnie wieku szkolnego wreszcie zgodzili się na to, bym próbowała zdawać egzaminy wstępne do szkoły. Moja mama, chcąc aby jej dziecko spełniło swoje marzenie, przeprowadzała ze mną symulacje egzaminów w domu. Pokazała mi jak takie przesłuchanie wygląda, ustalała ze mną co mogę zaśpiewać komisji, o co mogą mnie zapytać i jak powinnam się zachować.

Wreszcie naszedł dzień przesłuchania, niestety mama była w pracy, więc na egzamin poszłam z tatą. Wiedziałam jak to będzie wyglądać i byłam bardzo rozluźniona.
Po wejściu na salę zobaczyłam komisję złożoną z pedagogów, którzy wyglądali bardzo ponuro i posępnie. Po chwili poprosili mnie, abym zaśpiewała jakąś piosenkę.
W związku z tym, że atmosfera jak na stypie, stwierdziłam, że rozruszam nieco towarzystwo i zarapowałam czołówkę z serialu dla dzieci "Ach ten, Andy". Komisja w szoku, tata w rogu sali czerwony jak burak. Lekko zdezorientowana pani zapytała, czy mam jakąś inną piosenkę w swoim repertuarze i wtedy zaśpiewałam "Świniorza" (piosenka z wiejską gwarą o chłopcu kochającym dziewczynę jak swoje świnie). Ludzie, którzy mnie egzaminowali, aż otworzyli usta (chyba ze zdumienia nad rozpiętością mojego repertuaru), a tata w rogu sali zapadał się pod ziemię. Oczywiście nie rozumiałam o co chodzi, ale rodzice do dziś wspominają ten egzamin.

P.S. Dostałam się do szkoły muzycznej na skrzypce :)
Dodaj anonimowe wyznanie