#aXP83
Każdy z rodziców przychodził już od 3 XII żeby przynieść dla swojej pociechy prezent. Moich rodziców nie widziałem, moja mama robiła ze mnie głupiego i 6 grudnia, że to niby ma sprawę w szkole i idzie mnie odprowadzić. Zaczęła się lekcja z wychowawca wór (od Świętego Mikołaja) i losowanie. Każdy ma wielkie prezenty każdy się cieszy rozpakowanymi niespodziankami, a ja czekam… No i na sam koniec wychowawca czyta mnie i mówi, że to najmniejszy prezent, a moja matka mnie olała i zapakowała zwykłą czekoladę Wedla. Nagle zrobiłem się pośmiewiskiem w klasie. Dziś mam ponad 30 lat jestem strażakiem i nie umiem patrzyć na smutne dzieci. Co rok podczas zbliżającej się gwiazdki historia wraca jak bumerang.
Czy rada rodziców ustaliła jaki to ma być prezent, jakiś przedział kwotowy, coś wypasionego czy drobiazg? Czy w ogóle ktoś brał pod uwagę, że np. któraś rodzina jest biedniejsza i nie stać ich na danie dziecku drogiego prezentu na mikołajki, zwłaszcza gdy ma dostać kolejny prezent pod choinkę?
A ogólnie publiczne rozdawanie prezentów dzieciom nie jest dobrym pomysłem, zwłaszcza w sytuacji gdy jedno dziecko może dostać jakiś super prezent, a inne jakiś drobiazg, albo nic.
Dokładnie. Lepiej, jak wszyscy dostają to samo, jeśli prezenty są rozdawane publicznie.
Co za nieodpowiedzialni nauczyciele. Rozumiem, że chcieli zrobić Mikołajki, ale to trzeba było albo ustalić budżet, żeby wszystkie dzieciaki dostały coś o podobnej wartości albo nie robić wcale.
Przykro mi, że matka tak cię potraktowała. Niektórzy nie powinni mieć dzieci.