#I1gD5
Tamtego lata chciałam nauczyć się skakać. Początkowo wszystko szło dobrze, ale ja nie lubiłam, jak chłopcy mnie pchali i popychali w kolejce do skoku. Ktoś pokazał mi, jak się skacze na główkę. Pomyślałam sobie, że co będę skakać tam, gdzie wszyscy, skoczę sobie w innym miejscu. Wzięłam rozbieg i już chciałam skoczyć na główkę, gdy tuż przed wpadnięciem do wody usłyszałam takie męskie: „Stój!!!”. Przestraszyłam się, bo nie wiedziałam, do kogo to było skierowane. Wygięłam się, spadając, i zamiast na główkę, spadłam na brzuch, na „dechę”. Poczułam bardzo silne uderzenie w mostek. Wypuściłam całe powietrze z płuc, potem już tylko opadałam. Ból był tak wielki, że nie byłam w stanie oddychać, a nawet się ruszyć. Powoli opadałam na dno, czując przerażający lęk i pewność, że umrę. Woda była ciemna, wszędzie były wodorosty. Albo straciłam przytomność, albo byłam tak odrętwiała, że nic dalej nie pamiętam. Kolejne, co pamiętam, to jak leżałam na pomoście i ludzie pytali mnie, czy wszystko dobrze, a ja kaszlałam wodą i z każdym oddechem bardzo bolały mnie płuca i mostek. Miałam na klatce (byłam wtedy jeszcze płaska jak decha) takie białe miejsce wielkości 5x5 cm, w którym była zdarta skóra.
Z wody wyciągnął mnie jakiś mężczyzna, który pływał po drugiej stronie pomostu i zauważył, że skoczyłam, ale nie wypłynęłam. To było jeszcze w latach 90. XX wieku. Komórki nie były powszechne. Obcy ludzie zawinęli mnie w koc i mówili, że zawiozą do szpitala, ale ani ja, ani mój brat nie chcieliśmy jechać, bojąc się reakcji rodziców. Siedzieliśmy na plaży tak długo, aż doszłam do siebie. W kolejnych dniach na klatce piersiowej zrobił mi się olbrzymi krwiak, który bolał kilka tygodni. Nie mogłam mocniej oddychać, unosić rąk, kilka miesięcy miałam problem, by np. zrobić pompkę. A jakiś czas potem okazało się, że podniesiony poziom wody uniósł do góry molo i stare belki odłączyły się od konstrukcji. Kilka tygodni potem molo zamknięto. A ja nigdy więcej nie odważyłam się skakać do wody.
Nie wiem, kto wtedy krzyczał. Lubię myśleć, że tamtego dnia krzyknął mój „anioł stróż” – może był nim ktoś przypadkowy, kto krzyczał coś do swojego dziecka? Ważne, że na mnie podziałało. Myślę sobie czasem, że gdyby nie ten czyjś krzyk, nadziałabym się głową o belkę i złamała kręgosłup szyjny.
Wyznanie piszę, bo kilka dni temu miałam stłuczkę w aucie i zrobili mi RTG klatki, by sprawdzić, czy nie mam pękniętych żeber. Okazało się, że na mostku mam starą bliznę. Ortopeda pytał, kiedy było pęknięcie.
Przeraża mnie to, że ty i twój brat nie chcieliście jechać do szpitala (a mogłaś mieć poważny uraz, szczęście w nieszczęściu wyszło że tylko pęknięcie bez przemieszczenia, bo to by było zagrożenie dla twojego życia), bo baliście się reakcji rodziców. Jak oni was traktowali, że kiedy doznałaś urazu baliście się udać do szpitala ze strachu przed ich reakcją? Normalni rodzice nie doprowadzają dzieci do takiego stanu, tylko sprawiają że dzieci mają świadomość, że najważniejsze dla rodziców będzie czy nic poważnego się nie stało, że nie muszą się bać ich reakcji jak coś się stanie.