#5VdxF
W podstawówce zawsze byłem zdolnym uczniem, właściwie nie musiałem nad niczym ślęczeć. Tata kilkakrotnie stwierdzał: „Teraz było ci łatwo, ale zobaczysz za rok...”. Może miało mnie to do czegoś zmotywować, ale było odwrotnie – podświadomie poczułem, że moje sukcesy się nie liczą, bo przychodzą mi bez wysiłku. Do dzisiaj nie doceniam tego, co mi łatwo przyszło; uznaję to za coś normalnego, niewartego pochwalenia.
Ja też nie doceniam czegoś, co przychodzi mi bez wysiłku. Jestem dobra w obliczeniach matematycznych, fizycznych i chemicznych. Przychodzi mi to łatwo, a bardzo trudno mi zrozumieć, że to ma znaczenie. W pracy czułam się jak oszustka, bo przecież skoro nie sprawia mi to kłopotu, to znaczy, że nie jest warte uwagi (mimo, że było ważne dla firmy). Właśnie przez takie mające mnie zmotywować komentarze rodziców. Złapałam się na tym, że nie robiłam czegoś, co lubię, bo przecież "to nie jest warte zachodu". Żałuję tego ogromnie, bo teraz bardzo ciężko mi będzie do tego wrócić nie zmuszając rodziny do przeprowadzki, o ile w ogóle będzie to możliwe.
Też byłam super zdolną uczennicą. W podstawówce prawie się nie uczyłam a nauczyciele stawiali mi 6, bo z innym przedmiotów zdawałam olimpiady. W szkole średniej byłam dobra, ale nie super dobra, bo nie umiałam się uczyć. Na studiach ledwo zaliczałam. Nie umiem się mobilizować, pracować nad sobą, bo nikt tego ode mnie nie wymagał.
I może powiesz, że to wina wszystkich wokół, że nie umiesz się uczyć.
Wygląda jakbyś się żalił, że jesteś ambitny.
Wyglada jakbyś zazdrościł
Ale to on dzwoni :)
Siedzą od małego z nochalem w smartfonie albo tablecie, i dlatego nie ogarniają rzeczywistości. Reagują histerią dużo dłużej niż my za dzieciaka, bo okazuje się że realny świat nie jest taki jak ten na ekranie, jest trudniej i trzeba sobie jakos poradzić. To są efekty bezstresowego wychowania, ale zaraz mnie tu zjadą jak burą sukę.