#GUz5z

Matylda jest moim pierwszym dzieckiem. Urodziła się 12 lat temu, a zajście w ciążę nie stanowiło problemu i nie trwało długo. Od zawsze marzyłam o dwójce dzieci, więc po 2 latach zaczęliśmy z mężem starania o drugie dziecko. Niestety trwało to o wiele dłużej niż w przypadku Matyldy, a ani ja, ani mój mąż nie wiedzieliśmy co jest grane. Poszłam więc do lekarza, który to oznajmił, że przy pierwszej ciąży były pewne komplikacje, o których nawet nie wiedziałam, które nie stanowiły zagrożenia dla pierwszej ciąży, ale uniemożliwiają zajście w kolejne. Moje serce pękło na 1000 kawałków. Byłam bardzo zrozpaczona. Po kilku miesiącach doszliśmy z mężem do wniosku, że zaadoptujemy dziecko. Zdecydowaliśmy się na to dopiero wtedy, gdy oboje byliśmy w 100% pewni, że tego chcemy. 
Krzyś ma obecnie 10 lat. Jest niesamowicie kulturalnym, ambitnym i skromnym chłopcem. No lubię dzieciaka. Problem w tym, że nie potrafię go kochać… Po prostu nie umiem kochać zaadoptowanego dziecka. Staram się tego nie pokazywać (i póki co mi się to udaje), ale w głębi duszy nie umiem go kochać. Uwielbiam dzieciaka, nie wyobrażam sobie bez niego życia, jesteśmy bardzo zżyci i uwielbiamy spędzać ze sobą czas. Ja po prostu nie potrafię go kochać. Nie czuję do niego tej samej miłości co do Matyldy, pomimo tego, że traktuję ich równo. Nie umiem.

#w1UaS

W czasach ginących w pomroce dziejów zdarzyło mi się studiować kierunek, na którym panował obowiązek częściowego skoszarowania. Czysto męski akademik z zakazem wizyt po godz. 22:00. Zakaz zakazem, a dziewczyny i tak się szmuglowało.
Raz na semestr kolega pochodzący z jakiejś dziury w Bieszczadach przywoził ze sobą dwie kuzynki. Dziewczyny dość przeciętnej urody, ciche i spokojne. Były traktowane jak księżniczki, życzenia odczytywano im z wyrazu twarzy i atencja ogólna do nich ledwo się mieściła w korytarzu. Dziewczyny odwdzięczały chętnie te uprzejmości, spędzając noce w łóżkach wybranych przez siebie aplikantów.
Pewnego razu jedna z nich zawitała i do mojego pokoju. Byłem w siódmym niebie, wizja pierwszego razu była w zasięgu ręki. W trakcie rozbierania się zauważyłem na jej ramieniu dużego siniaka. Zaniepokoiło mnie to i obejrzałem dokładnie jej całe ciało. Znalazłem wiele innych śladów fizycznej przemocy. Zacząłem wyciągać z niej przyczyny tego stanu rzeczy, zastanawiając się jednocześnie, czy powiedzieć o tym innym chłopakom, czy samodzielnie zmasakrować odpowiedzialnego za to gnojka.
Po dłuższym drążeniu tematu przyznała, że to z domu. Bije ojciec, bije wujek, bije matka, jest traktowana jak szmata i wół roboczy. Taka normalka na jej wsi, nic szczególnego. Są dziewczynami, więc niejako ludźmi drugiej kategorii. Tutaj z kolei wchodzą w świat jak z bajki, żyją jak w filmie, a że w zamian trzeba dupy dać, to i tak niska cena (jej słowa).
Wstrząsnęło to mną na tyle mocno, że jakoś nie bardzo miałem sumienia, aby przyjąć zwyczajową zapłatę za nocleg. Powiedziałem, aby poszła spać do łóżka, a ja przekimam na krześle. Rano spytała, czy może u mnie spać również następną noc, a jeśli możliwe, to jej siostra również. Zgodziłem się oczywiście. Dupa bolała od niewygodnego krzesła, ale opad szczęk kumpli, którzy usłyszeli, że chce spędzić u mnie kolejną noc, i to tym razem we dwie, wynagrodził mi to z nawiązką.
Parę dni później pojechały do domu, robiąc mi na odchodnym miły prezent. Żegnając się, na oczach kumpli, przytuliły się do mnie obie, całując namiętnie i dziękując za cudownie spędzony czas.
Moja fama jako guru seksu była wręcz namacalna. Otrzymałem nową ksywkę – Amor. Teksty typu „ucz mnie, mistrzu” były wręcz na poważnie. Przeczytawszy nieco literatury fachowej, udzielałem wielu rad, które często sprawdzały się w praktyce. 
Nikt z zachwyconych poprawą własnych umiejętności łóżkowych chłopaków nawet nie przypuszczał, że pomaga im w tym prawiczek mający wiedzę czysto teoretyczną.

#1Poqz

O wizycie u dentysty.

Gdy miałem jakieś 20-21 lat, mama uznała, że to już ten moment, kiedy sam się umówię do dentysty i sam do niego pojadę. W dniu wizyty, gdy już miałem wychodzić z domu, mama mi powiedziała, że pewnie dentystka albo ktoś z recepcji będzie mi chciał wcisnąć jakieś produkty albo namawiać do kupienia czegoś dodatkowego i że mam nic nie kupować, a jedynie zęba wyleczyć. Ja jej odpowiedziałem coś w stylu: „Mamo, błagam cię, jestem już dorosły, nie musisz mi takich rzeczy mówić”.

Wyszedłem od dentysty z nie tylko wyleczonym zębem, ale i siatką z zagraniczną pastą do zębów, specjalną nitką dentystyczną, super płynem do płukania ust i szczoteczką do zębów. I na te badziewia wydałem jakieś dodatkowe 100 zł.

#WJE08

Nie potrafię się upominać o swoje. Chodzi mi chociażby o sytuacje, gdy pożyczam komuś pieniądze czy jakiś przedmiot i przez dłuższy czas on mi tego nie oddaje. Wiem, że powinnam truć dupę tej osobie, dopóki nie odzyskam swoich rzeczy i mam do tego całkowite prawo, ale cóż, nie potrafię, w dodatku ta moja niemoc wpędza mnie w poczucie porażki.

#OS7gg

Siódma rano. Zaspana jadę zapchanym autobusem do pracy i tępo gapię się przez okno, a tam spaceruje gołąb tym swoim śmiesznym, gołębim krokiem. Zamyśliłam się nad jego losem, celowością istnienia, marnością ludzkiej i gołębiej egzystencji, aż nagle w mojej głowie rozlega się pytanie: „Dokąd idziesz, gołębiu?”.
Ups... Pytanie nie zostało w mojej głowie, a poleciało gołębim tempem w autobusową przestrzeń.
Gołąb nie odpowiedział. Pewnie nie usłyszał. Za to rozbawione spojrzenia współpasażerów musiałam znosić jeszcze kilkanaście minut.
Chyba muszę odpocząć.

#ovqSQ

To trudna historia o mojej rodzinie. Ojciec alkoholik, tyran, „wychowujący” za pomocą kabla i głodówki. Ale poza domem był inteligentnym gościem z wyższym wykształceniem, na wysokim stanowisku, którego nikt by o takie rzeczy nie podejrzewał. Mimo wysokiej pensji wszystko przepijał, a nawet narobił długów na ogromne kwoty. Moja mama, skromna kobieta, zasuwała na dwie, trzy zmiany, żebyśmy nie odczuwały nędzy, w jakiej byłyśmy. W końcu powiedziała dość i kazała ojcu wybierać: albo terapia, albo rozwód. Wybrał rozwód.
Wylądowałyśmy z mamą i młodszą siostrą w małym mieszkanku na końcu świata. Mała nie rozumiała, czemu zostawiliśmy nasz dom z pięknym sadem i kochanymi zwierzętami. Mama wyszła na prostą, wyleczyła się z ojca, ma narzeczonego, dobrą pracę, młoda niedługo kończy szkołę. Ojciec nie odzywał się od rozwodu. Do wczoraj, bo dowiedział się, że wychodzę za mąż. Chce się spotkać, pogadać, przeprosić. Cała moja rodzina i bliscy, nawet moja mama, uważa, że powinnam się z nim spotkać, rozliczyć się z tym, zamknąć rozdział. Wszyscy mnie namawiają, a ja czuję, że ziemia wali mi się pod stopami. Ojciec mnie molestował. Wyprowadzka z tego domu to była moja ostatnia szansa, jestem pewna, że gdybym była tam dłużej, to skończyłoby się to... wiadomo jak. Nikt nie wie. Ale rozmawiałam z nim przez telefon, powiedziałam mu wszystko, jak bardzo nas krzywdził i w jaki sposób. Nawet zasugerowałam, że krzywdził mnie w „ten” sposób (dla niego to były „wygłupy”), ale on uważa, że nie robił nic złego! W ogóle nie rozumie, czemu robię z „tego” problem. I był w prawdziwym szoku, kiedy nazwałam go alkoholikiem. I nie umiem określić, jak się z tym czuję. Mieszanka zabijającej bezsilności z nienawiścią... On zrujnował mi dzieciństwo, wpędził w kompleksy, nerwicę. A teraz mówi, że tamto to nic takiego. Kiedy zniknął z mojego życia, ja zaczęłam żyć normalnie, a teraz znowu chce w nim namieszać. Zawsze czułam się wobec niego bezsilna, on mógł wszystko, a ja nic. I kiedy dzwoni, mówi takim spokojnym głosem, śmiejącym się... ale w środku nadal siedzi bestia. Bestia, której nikt nie poznał.

#QGZvU

Gdy moja babcia miała 14 lat, mieszkała akurat w Warszawie. Był rok 1944. Wybuchło Powstanie Warszawskie. W czasie wojny moja babcia nie tylko chodziła do szkoły, ale też pracowała w fabryce cukierków i zarabiała przy tym lepiej niż swoja nauczycielka. :) Był to kolejny dzień, kiedy wracała z pracy z koleżanką. Nie zapowiadało się, że będzie inny. Szły spokojnym krokiem, rozmawiając i śmiejąc się. W pewnym momencie koleżanka babci osunęła się na ziemię. Zastrzelił ją niemiecki żołnierz. Babcia niewiele myśląc również padła i bez ruchu leżała z twarzą skierowaną w ziemię.
Powiedziała mi, że ta chwila wtedy trwała dla niej wieczność.
W końcu podszedł do niej wyżej wspomniany gestapowiec. Lekko kopnął babcię i wydał po niemiecku komendę, by wstała. Wstała. Dodał: „Idź do domu. Ale jak pobiegniesz, to też zginiesz”. I babcia poszła. Spokojnym krokiem, takim samym, jakim szła z koleżanką jeszcze parę chwil wcześniej.

#h7un5

Była sobie babka, która hodowała psy. Czy z własnej głupoty, czy też świadomie – były to psy pseudorasowe, z „rodowodem” jakiegoś stowarzyszenia miłośników burków czy innego wymysłu do omijania przepisów. Stowarzyszenie opylało „hodoffcom” chipy (nie wiem po ile) i kasowało za rejestrację + wystawianie „rodowodów” 180 zł (normalny koszt chipowania to jakieś 75 zł za zachipowanie i rejestrację w popularnej bazie danych). Rejestracja chipa odbywała się na jakiejś ichniejszej stronie – czyli o kant tyłka potłuc, bo nawet Google nie widziało tego jako bazy danych, ale kij z tym... Nie ma to jak oszczędność – zapłacić za chip, za chipowanie, wprowadzenie (które swoją drogą często się nawet nie odbywało) chipa do bazy danych, a potem płacenie za ponowne wprowadzenie xd. 
Do rzeczy: baba opyliła psa jako rasowego do Niemiec – i tu zaczyna się piękna akcja. Ktoś chciał sobie sprowadzić świeże geny do hodowli, a dostał po prostu burka ze świstkiem o wartości srajtaśmy. A że chodziło o Niemca – poleciał piękny pozew. Rasowy jest tylko i wyłącznie pies, który (w Polsce) ma rodowód wystawiony przez związek kynologiczny albo polską księgę rodowodową – tylko i wyłącznie te dwie organizacje są zatwierdzone przez ogólnoświatową organizację (FCI), czyli mówiąc wprost, babka sprzedała kundla jako rasowego w cenie rasowego. Cały proces był krótki, a efekt przepiękny – babsko straciło kilkanaście tysięcy zł (zwrot wszelkich kosztów związanych z psem + wszelkie koszty dotyczące zakupu faktycznie rasowego psa + odszkodowanie za szkody moralne) i do tego gratis zawiasy za oszustwo.

Piękne xd Oby więcej pseudohodowców się tak przejechało^^

#yRPih

Moja dziewczyna zarabiała najniższą krajową, a ja 4-5 razy więcej (pracując przez internet z domu), więc płaciłem za wszystkie zakupy, rachunki itd. Po naszym rozstaniu dowiedziałem się, że wszyscy są na mnie źli, bo – uwaga – przez moje życiowe nieudacznictwo ona ciągle musiała pożyczać pieniądze od rodziny i znajomych, żeby mnie utrzymywać, a ja w ogóle nie pracowałem, tylko brałem od niej pieniądze i w końcu byłem tak niewdzięczny, że ją zostawiłem.

Wśród naszych wspólnych znajomych jestem skończony, bo przecież wszyscy trzymają stronę „biednej, niewinnej, skrzywdzonej kobiety”. Najlepsze jest to, że sama uwierzyła w to całe kłamstwo tylko dlatego, że nie wychodziłem do „normalnej pracy” jak „normalni ludzie” i nie mieściło jej się to w głowie. Nie mam pojęcia co robiła ze swoimi pieniędzmi, ale ponieważ lubiła życie na niemałym poziomie, to teraz trochę się zdziwi, jak przyjdzie jej zapłacić pierwsze rachunki.
Dodaj anonimowe wyznanie