W podstawówce byłam gnębiona przez rówieśników. Do tej pory nie wiem dlaczego – zawsze byłam skromna, nieśmiała i dobrze się uczyłam. Krótko mówiąc, nie wyróżniałam się szczególnie.
Zaczęło się od jakichś śmiechów czy plotek. Nie zwracałam na to szczególnie uwagi. Ale potem było jedynie gorzej. Gdzieś tak od drugiej klasy zaczęła się zabawa w „zakażenie”. Polegała ona na tym, że jeśli nielubiana (czyli zakażona) osoba czegoś lub kogoś dotknie, to nie można tego dotknąć, bo choroba przejdzie na ciebie. A jak się tego pozbywano? Po prostu wystarczyło otrzeć się o inną osobę. Z początku nawet mnie to bawiło, ale po pewnym czasie zauważyłam, że coś jest nie tak, bo „zakażałam” tylko ja. Później zaczęło się jawne wyśmiewanie mnie – cokolwiek bym nie zrobiła, to było to dziwne. Obrażanie również było na porządku dziennym. Tak samo jak dobrze zapamiętane przeze mnie „Nie masz prawa głosu!”.
Co teraz mam?
Traumę, lęk przed odrzuceniem, fobię społeczną i prawdopodobnie depresję. Boję się nawet podejść do kasjerki w sklepie. Jedynie moja przyjaciółka, która oddalona jest ode mnie o kilkaset kilometrów, pomaga mi się ośmielić i przestać bać ludzi.
Naprawdę niewiele trzeba, by zniszczyć komuś życie.
Jestem rozsądnym człowiekiem. Tym bardziej nie rozumiem, jak mogła tak zamieszać mi w uczuciach kobieta, z którą spędziłem dwa wieczory. Ma męża, a ja mam żonę, a jednak obserwując ją, jej delikatne ruchy, słysząc jej głos, słuchając jej miłych wypowiedzi, chyba się zadurzyłem. Serio, nie wierzyłem już, że spotkam kiedykolwiek kogoś, kto będzie wydawał się tak piękny. Idealna. Teraz muszę gdzieś zgubić te emocje, ale po prostu nie chcę, szukam jej w internecie, ale jej nie ma, to koniec, nie spotkam jej już nigdy. A chciałbym choć zdjęcie, żeby odświeżać w myślach ten zachwyt, kiedy była blisko. Chore, to jest chore, jestem chory, ale ona była taka cudowna... Myślałem, że jestem gościem, który nie przejmuje się już kobietami i realizuje się bez zakłóceń płci przeciwnej, a tu taki psikus. Jestem rozjebany emocjonalnie i szukam powrotu do szarej rzeczywistości.
W dzieciństwie byłam molestowana. Pedofil był członkiem dalszej rodziny, pech chciał jednak, że u tej rodziny właśnie spędzałam za dzieciaka większość ferii i wakacji. Sprawa ciągnęła się więc parę lat. Nie mówiłam nikomu, nie próbowałam tego przerwać. Czemu? Przez wiele lat powtarzałam sobie słowa tego faceta, że sama tego chciałam. Teraz doszłam do wniosku, że zwyczajnie nie znałam niczego innego. Poza tym działała na mnie siła autorytetu. A że dzieckiem byłam grzecznym, starszych słuchałam. Jak się okazało, na własną zgubę.
Teraz, jako osoba dorosła, funkcjonuję całkowicie normalnie. Wyjechałam z kraju, założyłam rodzinę. I od dłuższego już czasu miewam napady lękowe. Szok, trauma? Nie. Dręczy mnie poczucie winy. Czy ten człowiek jeszcze żyje? Czy jest w stanie zrobić komuś krzywdę?
Z jednej strony czuję, że póki nie poznam odpowiedzi na te pytania, jestem winna wszystkim potencjalnym krzywdom, które ten zwyrol może spowodować, z drugiej czuję, że wgłębiając się w mroczne części swojego dzieciństwa, rozwalę doszczętnie cały mur obojętności, który latami wokół siebie budowałam.
W ten właśnie sposób stałam się we własnych oczach oprawcą, a nie ofiarą.
Znacie to uczucie, gdy rano zrywacie się z łóżka, bo wiecie, że rodziców nie ma w domu?
Nie, nie robicie od rana imprezy. Sprzątacie cały dom na błysk, żeby rodzice ten jedyny raz byli zadowoleni. Po kilku godzinach sprzątania postanawiacie sobie usiąść na chwilę i wypić herbatę czy kawę, bo w sumie to czemu nie. Nagle wracają rodzice i robią wam awanturę o to, że nie pozmywaliście naczyń...
Cała sterta wyprasowanych, wypranych ciuchów, poodkurzane i pozmywane podłogi nie mają znaczenia...
Znacie to uczucie?
Ja tak.
Rodzice nigdy nie będą ze mnie zadowoleni. Zawsze zostaje coś, czego nie zrobiłam.
Uwielbiam chorować. Jest to dla mnie czas odpoczynku.
Jestem na wychowawczym. Moje dziecko jest wyjątkowo wymagające, pierwszego roku nie chcę pamiętać, tak dało mi w kość. Teraz jest lepiej, ale nadal czuję koszmarne zmęczenie. Do żłobka nie dało się go zaciągnąć, a dwie próbne nianie nie wytrzymały z nim (jakby ktoś się martwił, to przebadaliśmy go, włącznie z autyzmem).
Gdy zachoruję, mąż bierze wolne w pracy albo ściąga teściową. Wieczorami bierze małego gdzieś na wycieczkę „żeby mama miała spokój”. To jest wspaniały czas bez wrzasków, leżę po prostu w ciszy. Przedłużam tę chorobę jak najdłużej, czasem specjalnie leków nie biorę, żeby jeszcze tej ciszy zaznać.
Mój mąż jest wspaniały, pomógłby mi nawet gdybym powiedziała, że jestem zmęczona, ale mi jest głupio, że on tyle pracuje. Przeważnie wolny czas spędzamy razem w trojkę, żadne nie chce zostawiać tego z drugiego samego na polu bitwy. Choroba to super wymówka.
Jestem biedna jak mysz kościelna i mam tego serdecznie dość...
Wychowuję się w ubogiej rodzinie w zapyziałym miasteczku. Moi rodzice przez problemy zdrowotne siedzą na rencie. W dodatku są nieporadni życiowo. Nie mam im nic do zarzucenia, bo głodna nie chodzę, ale no kurcze, po prostu brakuje kasy... Mamy wystarczająco pieniędzy, aby przeżyć, ale nic ponad to. Nigdy nie byłam na wakacjach. Wraz z rodziną spędzamy je przy zbiorach owoców, abyśmy mieli na opał i przybory szkolne. Ubieram się w lumpeksie, bo mnie po prostu nie stać na zakupy w galerii. Nie chodzimy do kina, restauracji. W szkole dostaję paczki żywnościowe z Caritasu. Mam dziadowski telefon i laptop, który muszę dzielić z młodszą siostrą. Ludzie w liceum wyśmiewają się ze mnie. Chciałabym się urodzić w klasie średniej. Chodzić na paznokcie, kupować sobie modne ciuchy. Mieć pieniądze na to, co dla innych jest codziennością. Nawet na głupią pizzę z pizzerii. Często płaczę z tego powodu. Dręczą mnie myśli samobójcze, a nie mam nawet pieniędzy na psychologa. Pedagog w szkole powiedziała mi, abym się nie przejmowała i poszła na spacer do lasu...
Zanim ktoś powie mi, abym poszła do pracy, to już odpowiadam: pracuję. Udzielam korepetycji. Ale te pieniądze w większości idą na bieżące wydatki: kosmetyki, drugie śniadania, doładowania telefonu... Ciężko mi cokolwiek odłożyć, bo po prostu nie mam z czego. A o kieszonkowym mogę sobie pomarzyć. Pewnie będziecie pisać, że mogę się wykształcić i będę miała kasę. Ja to wiem. Ale zanim się wykształcę, powegetuję sobie przez kilka lat na studiach, w wolnym czasie zapierdzielając jak wół, aby mieć co włożyć do gara. Nie chcę takiego życia...
Ostatnio zmarł mój ukochany wuja. Na stypie nie dość, że człowiekowi było przykro, to jeszcze podeszła do mnie siostra mojej babci, która koniecznie musiała mi wyznać, że ale jestem tęga i żebym mniej jadła.
To się nazywa mieć wyczucie...
Halloween mnie ani mierzi, ani grzeje. Jak ktoś chce, to niech się bawi. Akurat wyjeżdżałam z domu w tym czasie, ale wiedząc, że dzieciaki przychodzą po cukierki, wystawiłam koszyk ze słodyczami. To co się wydarzyło w trakcie mojej nieobecności znam z mojego monitoringu sprzed drzwi.
Pięć kilogramów cukierków zostało rozkradzione przez dwie grupy dzieci – po 10 minutach kosz stał pusty. Większość dzieci, które przyszły potem, było tym faktem niepocieszonych, więc dobijały się do moich drzwi bardzo nachalnie, tłukąc w drzwi i męcząc dzwonek, niektóre kopały albo swoją złość okazywały pobliskiej choince. Jedna dziewczynka podniosła żwir z rabatki i rzuciła w okno.
Wszystko przebili jednak dwaj chłopcy na oko 10-12 lat, którzy nie mogąc się dobić, wyciągnęli czerwony spray i na drzwiach i chodniku powypisywali wulgaryzmy.
Dodam, że nie mieszkam w podejrzanej dzielnicy, nie słyszałam o poważniejszych wykroczeniach w okolicy. Ale może to pokolenie patologiczne dopiero wyrasta z pieluch...?
Jechałam ostatnio autobusem. Naprzeciwko mnie siedziały dwie starsze panie ok. 70.
W pewnym momencie jedna z nich powiedziała do drugiej: „Wie pani, ja to właśnie do tatuażysty jadę, od zawsze chciałam sobie tatuażyk zrobić”.
Wzrok drugiej babci bezcenny, a ja humor poprawiony miałam na cały dzień ;)
Jestem trochę aspołeczna, przez co średnio się dogaduję z ludźmi ze studiów – pogadamy, pośmieszkujemy, ale z nikim jakoś nie mogę nawiązać głębszej przyjaźni. Oni chodzą razem na piwo i imprezy, a ja czuję się ignorowana – rzadko rozmawiamy, więc mnie nigdzie nie zapraszają.
Niedawno w ramach zajęć byliśmy na dłuższych zajęciach terenowych i nocowaliśmy w paru ośrodkach. Wiadomo, jak to studenci – wieczorem do monopolowego po alkohol i balują do rana. Dodam, że bardzo lubię pić w dobrym towarzystwie, więc całkiem fajnie nam się integrowało.
Przyszedł mój ulubiony moment imprezy – gdzie większość pijanych już śpi, zostają ci najtwardsi i dyskutują na przeróżne tematy, gadka się klei, otwieramy przed sobą serca. Gdy zostały już tak ze cztery osoby, zaczęło się dziać coś dla mnie dziwnego. Padły teksty, że Olka się szmaci, Adam jest totalnym idiotą, Kaśka jest głupia, a Marek zrobił to i tamto... W jednej chwili prysło wrażenie dobrze zgranych ludzi, pojawił się obraz obgadujących się za plecami fałszywców.
Chyba jednak pozostawię nasze relacje takie, jakie były do tej pory...
Dodaj anonimowe wyznanie