Spotykałam się z pewnym rozwiedzionym facetem. Było krótko, ale bardzo intensywnie.
Do tej pory za nim tęsknię. I stalkuję.
To już inny poziom stalkowania, bo odwiedzam jego profil na Spotify i sprawdzam ostatnio odtwarzane kawałki. Po co? Żeby wiedzieć, czy jest aktualnie z córką czy sam. A jeśli sam, to czy jest smutny czy nie.
Powinnam się leczyć.
Przeczytałam już całkiem sporo dziwnych, przykrych historii o rodzicach, którzy nie nadają się do opieki nad dziećmi i pomyślałam, że podzielę się z wami jedną z moich.
Kiedy zmarł mój dziadek, a było to 1,5 roku temu, wszystko kręciło się w domu wokół pogrzebu i spadku, pewnie wiecie jak to jest, płacz całej rodziny, głównie wnuków. Kiedy cała rodzina zebrała się nad grobem (pogrzeb odbywał się w środku wakacji, więc było gorąco), nagle poczułam się strasznie słabo. Byliśmy ubrani na czarno i staliśmy w pełnym słońcu, więc byłoby to normalne, ale tym razem było znacznie gorzej, czułam, że tracę przytomność i nie mogłam utrzymać się na nogach. Postanowiłam więc, że powiem mojej mamie, że coś jest nie tak i zapytam, czy jest tu gdzieś odrobina cienia lub miejsce, w którym mogłabym usiąść. Niestety te zostały już zajęte przez księdza i wszystkie ciotki, których nie znam i właściwie pierwszy raz widziałam na oczy, nikt nie chciał oddać mi swojego miejsca, więc kucnęłam sobie gdzieś z boku, co spotkało się ze złością mojej matki. Kiedy obraz mi się rozmywał, a ja sama z pozycji kucnięcia musiałam przejść do siadu, usłyszałam tylko ze strony mojej matki, jak wielki wstyd przynoszę rodzinie, udając gwiazdę w takiej poważnej sytuacji, że „w domu czekają mnie konsekwencje” i że mam natychmiast wstać (jakby to w ogóle było możliwe). Odmówiła mi pomocy, sądząc, że robię to wszystko dla „show”.
Jak się pewnie domyślacie, dostałam udaru słonecznego. Nigdy nie będę w stanie tego zapomnieć ani tym bardziej jej wybaczyć.
Gdy miałam 8 lat, brałam udział w konkursie pianistycznym, w którym zdobyłam pierwsze miejsce, a w ramach nagrody otrzymałam nuty od pewnego kompozytora, który był obecny na tym konkursie. Po wręczeniu nagród razem z moją panią od fortepianu poprosiłyśmy o zdjęcie z nim. Moi rodzice wpadli na genialny pomysł, aby dwa zdjęcia, które wtedy zrobili, wywołać w formie małego kalendarza i przekazać mojej nauczycielce. Kiedy już je odebraliśmy od fotografa, moja mama stwierdziła: „Wiesz co, ale ta twoja nauczycielka to tak niezbyt korzystnie wyszła...”.
Następnego dnia, bardzo zadowolona, poszłam na lekcję muzyki i przekazałam pani upominek, po czym ona skomentowała go takimi słowami: „O jeny, ale ja strasznie wyszłam na tym zdjęciu!”, a ja jako rezolutna dziewczynka odpowiedziałam: „Moja mamusia też tak stwierdziła”...
Czasami rodzice bardzo naciskają na dzieci, żeby przynosiły ze szkoły dobre oceny. Moim zdaniem to błąd.
Mój syn chodzi do technikum i ma sporo nauki, plus przedmioty zawodowe. A ja nie cisnę. Sam uznał, że najważniejsze są przedmioty zawodowe (informatyka i pokrewne), matematyka i język obcy. Na tym się skupia. Resztę oby zdał.
Dlaczego mam takie podejście? Sama w liceum sporo wagarowałam, miałam kiepskie oceny, nauczyciele nie wróżyli mi nic dobrego. Ale maturę zdałam. A na uczelni nikogo nie obchodzą oceny, tylko matura. Jestem po studiach, mam pracę biurową w administracji publicznej, pensję na czas, wczasy pod gruszą, urlop kiedy to mi pasuje, trzynastą pensję, dodatki świąteczne, premie kwartalne. Siedzę w pokoju z dziewczyną, która dużo się uczyła i miała same piątki. Jak się zejdzie coś o szkole i ona mówi, że rodzice teraz nie gonią dzieci do nauki (a powinni jej zdaniem), to jej przypominam, że miałam dwóje i wagarowałam, a siedzimy razem w pokoju. Bardzo się lubimy, po prostu w tej sprawie mamy inne zdanie. Moja kierowniczka też wie, jaką byłam uczennicą. Ma to gdzieś. Liczy się, że dobrze wykonuję swoją pracę i nie zawalam terminów.
Warto pamiętać, że szkoła to tylko kilka lat, a potem jest cała reszta życia. Powtarzam to swojemu synowi. I dużo ważniejszy w tym życiu jest stan naszej psychiki. Oceny to tylko oceny. Niech skupia się na tym, z czego zdaje maturę. Bo przecież o maturę tu chodzi. I żeby mieć zdrowe podejście do nauki.
Oto krótka opowieść o desperacji na poziomie bardzo mocno zaawansowanym. Do dziś czuję wstyd nawet gdy o tym piszę...
Byłam wyjątkowo brzydką i głupią nastolatką. Nie umiałam nawiązać z nikim kontaktu, więc doskwierała mi również samotność, kompleksy i wszystko co najgorsze. Efektem bycia wyrzutkiem była ogromna kochliwość i silna potrzeba bycia dla kogoś. Obcy chłopak spojrzał na mnie albo przepuścił mnie w drzwiach? Rety! Byłam cała w skowronkach! W mig dorabiałam sobie niestworzone historie („Patrzył na mnie przez 3 sekundy! Nikt bez powodu nie patrzyłby na mnie tak długo! Zwrócił na mnie uwagę! Może mu się podobam?”). Tak było wiele razy.
Pewnego dnia klasowy przystojniak poprosił mnie dla żartu o numer telefonu (miał zakład z kolegami). Wmawiałam sobie, że naprawdę mu się spodobałam i myślałam, że odfrunę ze szczęścia. W pośredni sposób cisnął ze mnie bekę, ale ja do końca roku szkolnego wyobrażałam sobie życie z nim aż do grobowej deski.
Kolejny chłopak uczepił się mnie i każdego dnia zagadywał, nazywając mnie przy wszystkich wiejską królewną i ironicznie chwaląc mój złoty warkocz. Chyba nie załapałam jego ironii i byłam dumna ze swego warkocza oraz na tyle zdesperowana, że zakochałam się w nim. Tłumaczyłam sobie, że nazywanie mnie w ten sposób jest komplementem i formą podrywu.
Zakochałam się również w koledze, który uważał, że mam mordę jak buldog.
Gdy pewien chłopak powiedział do mnie, że wyglądam jak róża po burzy, uznawałam to za komplement i myślałam o nim przez najbliższy miesiąc (w końcu po burzy zwykłe kwiaty są w złym stanie, a róże symbolizują piękno!).
Każde zwrócenie na mnie uwagi traktowałam jak wielkie wyróżnienie.
Gdy dorosłam wypiękniałam, ale nadal wyglądam jak zwyczajna dziewczyna, bez szału. Kiedyś poznałam przez internet trzech mężczyzn. Żaden nie chciał się spotkać drugi raz, a ja usilnie pisałam do nich SMS-y o tym, kiedy następne spotkanie. Gdy odmawiali, pisałam SMS-y z wyrzutami „Dlaczego? Coś ze mną nie tak?”, „Przecież dobrze się rozmawiało”, „Przecież mówiłeś, że się spotkamy”.
Na szczęście zmądrzałam i nie rozumiem, jak mogłam być tak głupia. Jak mogłam się tak poniżać i biegać za facetami... Nigdy nie wybaczę sobie tego, jak bardzo byłam zdesperowana i żałosna. Mężowi z pewnością nigdy się tym nie pochwalę...
Fakt z życia lenia – kiedy nalewam sobie sok, zawsze zostawiam trochę w pojemniku. Robię to tylko po to, żeby nie musieć wyrzucać pojemnika do śmieci, bo przecież jeszcze coś jest, więc ktoś inny wyrzuci, jak będzie sobie nalewał.
Moja żona jest toksyczna. To niesamowite, jak bardzo nie umie inaczej żyć, niż mieć pretensje absolutnie o wszystko. Albo to ze mną jest coś nie tak. Każdy poranek to awantura i pretensje o cokolwiek. Za dużo pisania by było, aby opisać wszystko, więc jako przykład podam dzisiejszy poranek. Sami oceńcie: Wstaję (jak co dzień) o godzinie ~6. Ogarniam mieszkanie i robię śniadanie dla niej i dla syna. Oni wychodzą około 7:00, a ja wtedy zmywam naczynia, wychodzę z psem, ogarniam co zdążę i szykuję się do pracy.
Lista dzisiejszych pretensji:
1. W trakcie gotowania szafki zostawiłem otwarte. Mówię, że co chwila coś stamtąd wyjmuję, ale i tak pozamykała.
2. „Spodni nie masz już gdzie trzymać?” Wisiały na wieszaku w łazience. Jej spodnie też tam wisiały, na tym samym wieszaku.
3. „Znowu smażone na śniadanie?” Zrobiłem naleśniki, bo w lodówce prawie że pustki. Z jabłkiem, smażone na oliwie. Dzień wcześniej ona zrobiła śniadanie – uda się jej mniej więcej raz na dwa tygodnie. Zrobiła jajecznicę.
3a. Nie zdążyła jej zjeść i była awantura, że jak zwykle jej nie pomagam – szykowałem synka do przedszkola. Ostatecznie pojechała autem do pracy, aby ona i syn mogli zjeść, i zrobiła mi wyrzuty, że zabuli 60 na parkomat koło pracy.
4. „W lodówce pustki, a nie chciałeś iść wczoraj do sklepu” – nie „nie chciałem”, tylko pojechaliśmy po buty na zimę dla syna – tak jak chciała.
Jeszcze coś tam było, ale nie pamiętam. Suma summarum mówię jej, że te poranne awantury to już taka codzienność. Wcześniej się denerwowałem, teraz smucę, a wkrótce zaczną mnie bawić.
Pracuję na obecnym stanowisku nieco ponad miesiąc, a mam dość po dwóch dniach bez lidera działu. Zaznaczę, że totalnie nie mam wcześniejszego doświadczenia w branży, w której pracuję obecnie.
Zostałam sama na kilka dni, a następny tydzień maluje się tak, że też będę musiała radzić sobie sama, bo lider wyjeżdża na szkolenie. W ciągu tych dwóch dni popełniłam tyle małych błędów, tyle kwiatków wyszło, tyle głupich rzeczy, którym dałoby się zaradzić, gdyby był ktoś bardziej doświadczony, że mnie samą to boli. Starszy stażem kolega okazuje zero chęci pomocy i w ogóle myślenia i część roboty jeszcze robię za niego. Moje szkolenie polegało na niecałych dwóch tygodniach wylania wanny informacji na mnie i radź sobie. Nie czuję się nawet odrobinę decyzyjną osobą, a tym bardziej nie w tematach, w których jestem totalnie zielona, a pytania i problemy ciągle napływają.
Jestem sfrustrowana tym, że popełniłam te błędy, jestem sfrustrowana tym, że zostałam z tym wszystkim sama i zwyczajnie mnie cała sytuacja przytłacza. Nie byłam nawet dobrze przeszkolona z rzeczy praktycznych, nie rozumiem, jak wiele rzeczy funkcjonuje albo gdzie szukać informacji i do kogo o cokolwiek pisać. Jak można zostawić tak zielonego pracownika samopas?
Odkąd pamiętam zawsze mieliśmy na podwórku jakiegoś Burka. Kilkanaście lat temu tata postanowił spełnić swoje marzenie i kupił rottweilera. Nie dajcie sobie wmówić, że to agresywne psy. Wszystko zależy od właściciela.
Pies, a raczej ona, była prawdziwym słodziakiem. Jako pupil taty mogła przebywać też w domu. Tak się złożyło, że psiak był w domu podczas niedzielnego śniadania. Jako czworonóg na wiecznej gastrofazie weszła pod stół i z łbem między nogami ojca żebrała o jedzenie. Tata chcąc ją oduczyć takiego zachowania, dał jej do pyska kawałek papryki konserwowej. Zazwyczaj połykała wszystko jak leci, nawet buraki z barszczu, ale papryka nie przypadła jej do gustu. Pożuła dłuższą chwilę, wypluła na płytki i poszła do legowiska. Tata podniósł paprykę, położył z boku talerza i z miną typowego triumfującego Janusza opowiadał nam, jak to psa manier nauczył.
Dokończyliśmy śniadanie, siedzimy, rozmawiamy. Patrzę na pusty talerz ojca i pytam:
„Tato, a gdzie ta papryczka z nauki manier?”.
Miny ojca nie będę Wam opisywał :D
Z moim chłopakiem byłam prawie 8 lat, byliśmy zaręczeni prawie 4 lata. Matka narzeczonego ciągle krytykowała mój wygląd, uważając go za brzydki. Podczas rodzinnych imprez, na których byłam obecna, ciągle słyszałam uszczypliwe uwagi na temat mojego wyglądu. Raz przy wszystkich powiedziała „O Boże, jaką masz pogniecioną sukienkę” (choć nie była pognieciona) i obserwowała reakcje, potem dodała, że w moich wcześniejszych włosach wyglądam lepiej, bo nos mi mniej wystawał... Gdy narzeczony zażartował na temat mojego nosa przy matce, a ja odpowiedziałam, że sprzedam coś, aby mieć pieniądze na operację, jego matka przysunęła się do mojego ucha i powiedziała, że to nie wystarczy, że na poprawienie twarzy potrzebuję znacznie więcej. Było sporo różnych takich uszczypliwości ze strony jego mamy.
Rozstaliśmy się, bo było mi przykro, że narzeczony nigdy nie sprzeciwił się matce, twierdząc, że to ja robię z igły widły i wymyślam problemy. Ma jeszcze dwóch starszych braci, którzy też są starymi kawalerami po 40 roku życia, a mama usługuje im, jakby nie chciała, żeby się ożenili i założyli rodziny. Co jest nie tak? Czy matka szuka idealnej synowej, czy po prostu chce synów tylko dla siebie? Czy to ja przesadzam?
Dodaj anonimowe wyznanie