O tej historii prawie zapomniałam, ale jak o tym pomyślę, to przechodzą mnie ciarki.
Byłam małą dziewczynką i mieszkałam na wsi. Zarówno mój tata, jak i dziadek mieli swoje biznesy, przez co wielu okolicznych rolników do nas po coś przyjeżdżało. I jak to na wsiach bywa, każdy każdego zna. Pewnego razu bawiłam się sama przy lesie, a koło mnie zatrzymał się samochód. Był to jeden z typowych rolników i spytał się, czy nie wiem, gdzie mieszka pan X, czyli mój tata. A ja jako pomocne dziecko powiedziałam, że wiem i że go pokieruję... po czym wskoczyłam do samochodu – obcemu starszemu facetowi, którego nigdy nie widziałam na oczy – i zaczęłam nawigację: tutaj proszę skręcić w lewo, tutaj w prawo. Dojechaliśmy do mojego domu, ja się pożegnałam i pognałam dalej bawić się w lesie.
Tyle.
Nic się nie stało, moi rodzice nigdy się nie dowiedzieli. Nikt mnie nie skrzywdził, nie molestował. Ale czasem jak pomyślę, że miałam więcej szczęścia niż rozumu, to mnie mrozi.
Kilka lat przyjaźni, spotkań, wyjazdów, rozmów „od serca”, zakupów, pomocy w realizacji różnych pomysłów i projektów, wsparcia mentalnego, czasem finansowego, bo przyjaciółka ma wolny zawód. Podwożenie na zajęcia, warsztaty, podwożenie do domu. Ona artystka, „zbyt wrażliwa na etat”. Ja miałam stałą, etatową pracę. Reklamowałam moim znajomym usługi przyjaciółki, żeby miała na życie.
Niestety ostatnimi czasy zauważyłam, że stosuje gaslighting i pewne formy manipulacji. Zmieniła się, zaczęła wywierać na bliskie osoby presję, zaczęła układać im życie i używać trybu nakazowego. Kiedy ktoś nie postąpił, jak mu wymyśliła, był foch i obgadywanie tej osoby z innymi znajomymi. W końcu wpadła na kolejny super pomysł, którego nie popierałam i powiedziałam jej o tym podczas swobodnej rozmowy przy herbatce. Wtedy usłyszałam o sobie takie rzeczy, że brwi mi podjechały ze zdumienia do linii włosów. Byłam w szoku, słysząc o tym, jak bardzo samolubna i ograniczona jestem, jak niewrażliwa, bez polotu, nudna i do tego złośliwa. Dodatkowo dostało się mojej inteligencji. A fakt, że nie zgadzam się z jej hiper pomysłem świadczy o tym, że jej nie wspieram i jestem zazdrosna o jej sukcesy. Ogólnie – obniżam jej poziom, źle wpływam na jej wibracje i mam natychmiast opuścić jej mieszkanie.
Wyszłam, zamierzałam poczekać, aż jej przejdzie, zadzwonić może za dzień czy dwa...
Tymczasem zanim dojechałam do domu, ona usunęła z FB mnie i wszystkich z mojej rodziny, których poznała za moim pośrednictwem. Super.
Żadnych złudzeń na powrót do tej relacji. Za to od tego czasu poznałam tak wielu cudownych, życzliwych ludzi, że jednak dziękuję za tamten wieczór.
Czy komputer może przeszkadzać w pracy? Niektórym tak! Jestem młodą osobą i wbrew temu, co myślą stereotypowo niektórzy dużo starsi ode mnie, nie lubię informatyki i się na niej nie znam. Przeglądam ten jakże ciekawy serwis i kilka innych, robię przelewy internetowe, wyszukuję informacje, korzystam z maila i jednego portalu społecznościowego, umiem wysłać skan i korzystać z Worda, oglądam filmy, ale to by było z grubsza na tyle, co robię w życiu prywatnym przy użyciu komputera. Nic nie denerwuje mnie bardziej niż niedziałający sprzęt, którego nie umiem naprawić, gdy nie wiem, jak coś zrobić, albo gdy coś mi się przestawi. Jeśli chodzi o obsługę różnych programów, często czuję się tępa, choć przez całe moje dotychczasowe życie byłam uważana za mądrą i inteligentną. Co pójdę do nowej pracy, to muszę uczyć się obsługi nowego programu. Pracuję w wyuczonym zawodzie, ale na studiach nie uczyli nas tych programów. Na pierwszym semestrze była informatyka, ale uczono nas np. Excela, a nie tego, na czym teraz pracujemy. W jednym zakładzie pracy pewną czynność można było wykonywać z użyciem komputera lub bez niego, w wersji papierowej. Zawsze wybierałam tę drugą formę. Raz pracowałam poza moją branżą, w państwówce, to notorycznie nie działała drukarka, Internet zamulał, musiałam rozdrabniać się, wysyłając elektronicznie wiadomości na różne sposoby, co zajmowało dużo czasu. Kiedy zrobiła się awaria na pół dnia i nie było Internetu, mogłam wreszcie skupić się na innych obowiązkach. W jeszcze innym miejscu pracy szefowa miała pretensje do mnie i do mojego kolegi z pracy, że nie umiemy naprawić drukarki, a przecież jesteśmy młodzi (!). „Młody” nie znaczy „informatyk”. Często czuję, że nie radzę sobie z tymi programami w pracy. Nauka idzie mi bardzo wolno, to już bym wolała nauczyć się języków obcych od podstaw. Czasem mówię osobom z rodziny, które są dużo starsze, że mają fajnie, bo za ich czasów w pracy nie było komputerów.
Aha, nauka obsługi nowej komórki też mnie denerwuje. Lubię mieć taką z Internetem, ale marzę o tym, by móc korzystać z jednej komórki przez całe życie. Łatwo, wygodnie i ekologicznie.
Ostatnio w pracy musiałem podjechać do jakiegoś domu pogrzebać przy gniazdkach elektrycznych. Była tam kobieta i dwójka małych dzieci, większe bawiło się jakąś małą piłką, młodsze dziecko kobieta nosiła na rękach.
Zawsze proszę, żeby ktoś był ze mną w pomieszczeniu, gdzie pracuję, żeby uniknąć oskarżeń o kradzież itp.
Ja kończyłem to, co miałem zrobić, klęcząc, zakładałem pokrywę gniazdka i wtedy starsze dziecko rzuciło do mnie piłkę. Kątem oka zauważyłem, że po nią podchodzi, więc żeby przypadkiem nie dotknęło miernika ani nie daj Boże gniazdka, podałem mu ją. Mały ją wziął i mnie objął, przytulił mnie. Pani się zaśmiała, ja też, i zabrała dziecko, żebym mógł dokończyć pracę.
Gdy wychodziłem z tego domu, dotarło do mnie, że nie mam w pamięci ani jednego innego wspomnienia, gdy ktoś mnie przytula, a mam 23 lata. Trochę smutek.
Muszę uczciwie przyznać, że nie jestem dobrym kierowcą. Z reguły trzymam się prawego pasa i jestem przysłowiową „babą za kółkiem”. Mojej dzisiejszej historii nie zrozumieją pewnie dobrzy kierowcy, ale ja przeżyłam chwile grozy.
Wracając z pracy, przejeżdżam przez dwupasmową drogę kończącą się dwupasmowym rondem. Z reguły jak na mnie przystało, trzymam się prawego pasa. Dzisiaj widząc dziadka za kierownicą, który jechał nawet wolniej niż ja, postanowiłam go wyprzedzić. Moje szaleństwo na lewym pasie skończyło się w momencie, gdy całe towarzystwo na jezdni zobaczyło stojący obok patrol policji i zwolniło. Nie zdążyłam wyprzedzić dziadka i dojechałam do ronda na lewym pasie...
Opisane przeze mnie miejsce jest bardzo ruchliwe. Po wjechaniu z lewego pasa na środek ronda nie potrafiłam z niego zjechać. Nikt mnie nie chciał wpuścić. Kręciłam się w kółko i kółko, nie mogąc się zatrzymać, by nie tamować ruchu. Jak dla mnie przeżycie jak z horroru.
Po przejechaniu kilkunastu okrążeń w chwilowym zatorze samochodowym, udało mi się zjechać z tego strasznego miejsca.
Gdy widzicie zrozpaczoną kobietę jeżdżącą w kółko ronda – ustąpcie jej pierwszeństwa, bo może już tam jeździ od kilku godzin :)
Moim największym marzeniem w dzieciństwie były drzwi do pokoju. Zupełnie nie wiem dlaczego, ale nigdy ich nie było. Jedyne drzwi były do łazienki, ale i one dawały jedynie trochę prywatności, bo połowę ich wielkości zajmowała szyba, której nikt nigdy nie zasłonił choćby kawałkiem firanki. Kiedy byłam całkiem mała, jakoś mi to nie przeszkadzało, jednak kiedy po raz pierwszy odwiedziły mnie koleżanki i zaczęły zadawać pytania „dlaczego nie masz drzwi do pokoju, nie wstydzisz się przebierać tak na widoku, nie boisz się, że ktoś zobaczy cię w wannie?”, zrobiło mi się strasznie głupio. Kilka razy spytałam rodziców, czemu właściwie nie mamy drzwi w pokojach, ale albo mnie zbywali, albo twierdzili, że nikomu nie jest to potrzebne do szczęścia. Później wstydziłam się do siebie zaprosić koleżanki ze szkoły, bo bałam się, że znowu będę musiała odpowiadać na krępujące pytania dotyczące prywatności.
Kiedy weszłam w wiek dojrzewania, brak drzwi zaczął mi mocno przeszkadzać. Nie chciałam przebierać się i ryzykować, że akurat ktoś będzie przechodził obok, co moim rodzicom i mieszkającej wtedy z nami babci zdarzało się średnio co kilka minut, więc tuż nad wejściem do pokoju zawiesiłam kawałek grubej i ciemnej zasłony. Mamie ten pomysł bardzo się nie spodobał i zaraz ściągnęła zasłonę. Później kilkukrotnie próbowałam jakoś ukryć wejście do pokoju, ale skutek był zawsze ten sam – rodzice uważali, że wymyślam i pozbawiali mnie prywatności. Tłumaczyłam im, że wszystkie moje koleżanki mają drzwi i zapewnioną intymność, że w drzwiach do łazienki nie ma metrowej szyby i jest zamek, ale to wszystko na nic. Zupełnie jakby uważali, że rodzina nie powinna mieć przed sobą tajemnic. Nie wspomnę, ile razy ktoś z rodziny korzystał z łazienki przy otwartych drzwiach albo wchodził do mojego pokoju, gdy próbowałam się uczyć, rozmawiać przez telefon czy po prostu przebrać w piżamę. By odrobić lekcje albo przygotować się na sprawdzian, musiałam chodzić do biblioteki, bo w domu przez cały czas chodził telewizor, grało radio albo ktoś wchodził mi do pokoju z jakąś błahostką.
To wszystko sprawiło, że byłam ciągle znerwicowana, nie umiałam się uspokoić, a brak prywatności sprawił, że bardzo wstydziłam się siebie i swojego ciała. Wiele razy, gdy przebierałam się w pokoju lub łazience, rodzice wchodzili sobie wtedy na luzie i mówili ze śmiechem, że mam trochę tłuszczyku na bioderkach, że mi rosną włoski, że ktoś powinien kupić sobie nowy stanik. Kilka razy palnęli takimi tekstami przy rodzinie, która nas odwiedzała i chciałam się wtedy zapaść pod ziemię. A oni? Byli wręcz dumni, że tak dobrze się znamy, a nie jak moi głupi kuzyni, każdy zamknięty w swoim pokoju.
Wyjazd na studia przyjęłam wręcz jako błogosławieństwo. Od wyprowadzki odwiedziłam rodziców może ze trzy razy i jakoś nie żałuję.
Mam bratową, która kompletnie nie panuje nad swoim 5-letnim synem. Wkurza mnie to okropnie, bo chłopiec nawet w miejscu publicznym jest nieznośny. Zaczęło się to jak młody miał ze 3 latka, wiadomo, pierwszy bunt. Gdy byliśmy w jakimś sklepie, a ona nie chciała mu czegoś kupić, to urządzał histerię, rzucał się na podłogę, płakał. A mamusia prawie go przepraszała i kupowała co synuś chciał, aby tylko ludzie nie mówili, że zła z niej matka. Jak ze mną był w sklepie i próbował swoich sztuczek, to dalej robiłam zakupy, nie zwracając uwagi na jego udawany płacz, po kilku próbach dał spokój. Raz nawet byłam z bratową i powiedziałam jej wprost, żeby zostawiła go w spokoju, to była zdziwiona, że to zadziałało i młody się uspokoił, ale co z tego, jak potem mu uległa i kupiła zabawkę.
Wczoraj byliśmy w sklepie z elektroniką, a w niego jakby diabeł wstąpił – zaczął biegać, dotykać wszystkiego, mało nie stracił tabletu. A mamusia co? Oglądała to co chciała zobaczyć i tylko raz powiedziała, żeby nie biegał. Powiedziałam jej, żeby mu coś powiedziała, bo jak mały coś strąci, to będzie musiała zapłacić, ale jej to nie obeszło. Więc poszłam za małym i powiedziałam mu, że jak coś zepsuje, to sprzedamy jego konsolę, żeby zapłacić za szkodę... Może i niezbyt to pedagogiczne, ale przynajmniej zadziałało.
Dodam jeszcze, że w domu nawet papierka po cukierku nie wyniesie do śmietnika, talerza do zlewu, tylko tam gdzie je, tam zostaje wszystko. Ma siostrę, 11 lat, ona potrafi się zachować, jeśli mały coś zbroi, to ona jest winna, musi mu pomagać sprzątać.
Nie rozumiem zachowania bratowej, jedno dziecko nie może nic, jest za wszystko karcone, a drugie może wszystko. Staram się nie wtrącać, bo „ty nie masz dzieci, to co możesz wiedzieć o wychowaniu”.
Można zazdrościć ludziom różnych rzeczy. Jedni zazdroszczą pieniędzy, inni urody, a ja zazdrościłam kuzynce tego, że... nie ma ojca. Po prostu jej rodzice rozeszli się, gdy była bardzo mała. Odkąd zaczęłam zauważać, że w moim domu są problemy, uważałam, że kuzynka ma fajnie, bo nie ma ojca i ma w domu spokój. Może to nie zazdrość w czystej postaci, ale chciałam mieć tak, jak miała ona. Cieszę się, że moje marzenie spełniło się w dorosłości.
Będąc 9-letnim chłopcem, lubiłem zabawy w miejscach publicznych, angażujące obcych ludzi. Jedną z nich był pojedynek na gapienie – kto pierwszy spuścił wzrok, ten przegrywał. No i jednego dnia poszedłem z rodzicami do kościoła. Tam podjąłem decyzję o rozpoczęciu zabawy. Po pokonaniu kilku moherowych beretów, obrałem nowy cel, mianowicie księdza (nie tego prowadzącego mszę, tylko gościa, co sobie siedzi z tyłu i nic nie robi). Załapałem z nim kontakt wzrokowy i trzymałem oczy wlepione w jego twarz. Ksiądz chyba załapał o co mi chodzi, bo jego wzrok także utkwił na mnie. Siedzieliśmy tak dobre 10 minut, co chwila robiąc dziwne miny i machając rękami, aby odwrócić uwagę przeciwnika.
Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, ot, zabawna historia z dzieciństwa, gdyby nie to, że przez naszą grę ksiądz nie zauważył faktu, że ministrant wywrócił jedną z kościelnych świec prosto pod jego krzesło... W ten sposób ksiądz skończył z oparzeniami na nogach.
Ale przynajmniej wygrał, bo ja skupiłem się już na jego płonącej sutannie.
W tym roku nie złożyłem dziadkowi życzeń na Dzień Dziadka, po czym pomyślałem, że nic się nie stało, że złożę je mu za rok. Ale dziadek właśnie umarł. Nawet sobie nie wyobrażacie, jak ogromne mam teraz wyrzuty sumienia.
Dodaj anonimowe wyznanie