Jedyna sytuacja, w której mój ojciec zachował się jak ostatni ch*j, ale byłam z niego mega dumna, to ta, kiedy organizowałam swoje 12. urodziny.
Jestem z rocznika 00, więc w latach 2000 modne były takie „emo grzywki” i bardzo popularne trampki Converse. Oczywiście tylko oryginalne z gwiazdką. Moich rodziców nie było stać, żeby dać 400 zł za trampki, tym bardziej że mieszkaliśmy na wsi i zaraz bym je zniszczyła, chodząc po tych wiejskich, dziurawych drogach ze szkoły do domu.
Miałam takiego znajomego Michała, syna weterynarza, który chodził ze mną do klasy i był moim niedalekim sąsiadem. Nie lubiłam go specjalnie, więc nie zaprosiłam go na urodziny, ale on postanowił wprosić się sam. Głupio było mi go wygonić przy gościach, ale zrobiło się nieswojo, bo jako syn weterynarza obnosił się z kasą i generalnie taki mały sku*wysynek był z niego. I miał on właśnie te trampki. Śliczne, czerwone. I kiedy zobaczył, że ja na urodziny dostałam swoje, ale takie z bazaru, Michał zaczął głośno komentować moją „dziadowiznę” przy gościach. Zrobiło mi się mega przykro i do końca urodzin tylko się snułam, udając wesołą. Mój ojciec to wyczuł i kiedy wyczaił moment, że Michał wychodził pierwszy z podwórka, „przypadkiem” wjechał traktorem w największą kałużę błota, jaka była na podwórzu i mu te trampki elegancko błotem (zapewne z lekką domieszką pozostałości obornika) ochlapał. Po czym wychodząc z traktora, puścił do Michała tekst: „Przepraszam, synek, nie chciałem. Ale te papucie to i tak chyba tylko do gnoju miałeś, nie?”.
Kocham cię, tato!
W podstawówce i gimnazjum miałam w klasie koleżankę – wyższą, silniejszą, bardziej wyszczekaną, która w ramach rozrywki lubiła mi czasem ubliżyć. Jej ulubionym wyzwiskiem było „ty świnio ruda”. Nie było przyjemnie, ale trudno było traktować to poważnie, bo ani moje włosy, ani karnacja nie wskazywały na żadną rudość. Prawdę mówiąc, nigdy nie rozumiałam, co takiego strasznego jest w byciu rudym.
Nie mam żadnej traumy z tym związanej, ale zawsze kiedy widzę jej córkę, wpadam w wewnętrzny rechot. Młoda jest wybitnie ruda, ma piegi i co trzeba dodać, jest przy tym bardzo ładną, pewną siebie dziewczynką. Taki nieszkodliwy psikus losu ;)
Mój wujek jest jednocześnie moim chrzestnym. Przez całe moje życie nie dostałem od niego ani jednego prezentu. Nic. Absolutnie nic. Zawsze tylko powtarzał, że rola chrzestnego nie polega na kupowaniu prezentów. Niby miał rację. Chrzestny ma dbać o przekazanie wiary, a nie o zaopatrzenie finansowe
Ten wujek ma teraz dorosłą już córkę, która niedawno urodziła dziecko. Oczywiście zostało ono ochrzczone.
Siedzimy razem wszyscy przy stole, a wujek nachyla się do mojego ucha i szepcze: „To żenujące, jak mało pieniędzy dostała moja wnuczka od chrzestnego”.
Co za niespodziewana zmiana poglądów! Powinien zostać politykiem.
W moim dalszym gronie znajomych wiele osób miało przekonanie, że pracodawcom nie opłaca się zatrudniać młodych kobiet w wieku rozrodczym, bo te zaraz „uciekają” na zwolnienie.
Od kiedy w tym gronie znajomych jedna koleżanka zaszła w ciążę i pracuje, te same osoby twierdzą, że jest głupia i zwolnienie jej się „należy”. Mogłaby odpocząć, zadbać o siebie i dziecko, a pracodawca i tak da sobie radę.
Oliwy do ognia dolał fakt, że koleżanka chce podzielić urlop z mężem i wrócić do pracy na część etatu po urodzeniu dziecka. Dochodzi już teraz do hejtu, że jest nieodpowiedzialną matką i zrobi tym samym krzywdę dziecku, zostawiając je pod opieką ojca.
Cóż, być kobietą w Polsce jest przewalone.
Różnie o szefach mówią, ale ja swojemu nigdy tego nie zapomnę.
Miałem zły czas, gdy z moją Mamą zaczęło dziać się naprawę źle. Zacząłem pić.
Były dni, że w pracy byłem sam dla siebie. Czyli siedziałem przepisową ilość godzin. I zacząłem kupować w takie właśnie dni poranne piwo.
Ktoś to jednak zauważył i doniósł szefowi.
Ten się pojawił nad ranem z moim wnioskiem urlopowym w ręce i dał wybór: idę do domu i on o tym zapomina albo będę miał problemy na poziomie co najmniej policji.
Mama nie żyje już 6 lat, a ja się trzymam.
Jutro są moje 40. urodziny. Ważna data dla kobiety, można powiedzieć, pewien przełom. Znacie serial „Seks w wielkim mieście” i jego bohaterki? Super przyjaciółki, co nie? Otóż do dzisiaj wydawało mi się, że też takie mam.
Każdej z nich organizowałam któreś urodziny – znamy się od dziecka, więc pierwsze były „sweet sixteen” Ani. Potem osiemnastka Magdy, a niedawno 35 Malwiny. W międzyczasie śluby, rozwody, dzieci, poronienia. Ja zawsze w pogotowiu z chusteczkami i flaszką w ręku. Czy one były przy mnie, kiedy ich potrzebowałam? Czasami tak, czasami nie – życie się różnie układa, nie przez cały czas byłyśmy blisko. Ale przez ostatnie 5 lat jesteśmy – jak mi się wydawało – super paczką, więc zaprosiłam je wszystkie na drinka z okazji moich urodzin. Żadna nie przyjdzie. ŻADNA. Dlaczego? Z bardzo ważnych powodów – jedna ma lekcje pianina, druga pływa tego dnia żaglówką, a trzecia nie ma z kim zostawić dziecka.
Dodam jeszcze, że jestem sierotą (taką na serio, moi rodzice umarli) i niedawno się rozwiodłam. Zamówiłam dekoracje na te pieprzone urodziny za 300 złotych. I tort. Zeżrę go sama. Taki los.
Happy birthday to me!
Wiecie co mnie najbardziej irytuje w ludziach? To, że oceniają po pozorach i już tłumaczę dlaczego.
Mam 22 lata i dwoje dzieci. Razem z mężem mieszkamy sobie w skromnym mieszkaniu, raz jest lepiej, raz gorzej, ale dobrze nam ze sobą i nie zamieniłabym tego na nic innego w świecie. Wśród znajomych z dawnego gimnazjum mam opinie puszczalskiej, która nie umie się zabezpieczyć przed ciążą i wpadła dwa razy. Dawni znajomi ze mną nie rozmawiają, usuwają z fejsa, bo brzydzą ich zdjęcia moich dzieci. Dobra, trudno, niech sobie myślą i robią co chcą, nie moja sprawa.
Córkę urodziłam, jak miałam 18 lat, syna – gdy miałam 20. Młodo, prawda? Pewnie zaraz zaczniecie mnie osadzać i oskarżać, tak jak inni, ale musicie wiedzieć, że nie miałam innego wyjścia. Zapytacie pewnie dlaczego. Ano dlatego, że jestem w grupie wysokiego ryzyka na zachorowania na raka piersi i jajników. Moja babcia na to zmarła, gdy miała 37 lat, moja matka ledwo wygrała z nim walkę, a siostra nadal walczy. Ja będę miała usuniętą macicę w przyszłym roku. Jeśli chciałam mieć dzieci, to tylko teraz. Razem z mężem się na to zdecydowaliśmy, bo chcieliśmy mieć własne dzieci.
Nikomu o tym nie mówię, bo to drażliwy dla mnie temat i ludziom nic do tego. Ale przykre to jest.
Pewna pani niedawno odeszła w naszej firmie na emeryturę. Bardzo ją lubiliśmy wszyscy. Zawsze też pomagaliśmy. Do jej obowiązków należało między innymi rozdzielanie wody pracownikom w gorące dni oraz dostarczenie tej wody z magazynu na poszczególne działy. Jeździła wózkiem elektrycznym, ale przy załadunku i rozładunku wyręczały ją chłopy z produkcji, choć nie należało to do naszych obowiązków, no ale przecież nikt nie będzie kazał nosić starszej pani ciężarów. A taka zgrzewka półtoralitrówek trochę jednak waży.
Ta starsza dobrotliwa pani została niedawno zastąpiona młodą, energiczną, pewną siebie i zadziorną feministką. W dodatku mocno wojującą. Sama się chwaliła, jak bierze udział w marszach, a niekiedy przemawia do mikrofonu, zagrzewając inne silne, niezależne kobiety do walki z przemocowym patriarchatem. Po okresie próbnym, jak już dostała umowę na stale, zupełnie jej odbiło. Stwierdziła mianowicie, że ona zrobi porządek u nas w firmie i skończy się wyzyskiwanie kobiet. Popatrzyliśmy po sobie, pokręciliśmy kółka na głowie i rozeszliśmy się, bo co tu gadać.
Dziś wypisywali wodę. Niby wiosna, niby kwiecień dopiero, a jednak słońce potrafi przygrzać przez szybę. Zadzwonił telefon. Odebrałem, bo miałem akurat najbliżej. Zgłosiła się nasza wojująca feministka i tak po prostu oznajmiła: „Chłopaki, jest woda do zabrania z magazynu”. Nie żadne „proszę”, nie żadne „czy zechcielibyście mi pomóc”, tylko suche oznajmienie faktu, że wózek już czeka pod magazynem i trzeba go załadować. Odparłem taktownie, że chyba pomyliła numery. Że dodzwoniła się na dział mechaniczny, a ja jestem tokarzem i nie zajmuję się wodą. Nikt z nas się nie zajmuje. Po czym odłożyłem słuchawkę na widełki.
To nie jest złośliwość z mojej strony. Ja po prostu nie chcę przemocowo rugować koleżanki z jej obowiązków. Wszak byłaby to dyskryminacja ze względu na płeć. Wszak ona walczy właśnie o równouprawnienie. Staram się zatem dostosować do jej celów.
Na pogrzebie mojego dziadka, który przez całe dotychczasowe życie był moim jedynym ojcem, a przed biologicznym patologicznym padalcem bronił mnie jak mógł, nie uroniłam nawet jednej łzy. Przed czy po pogrzebie tak samo. Mam przez to straszne wyrzuty sumienia, co mnie przygniata, męczy i przez to czuję obrzydzenie do samej siebie. Najgorsze w tym jest to, że nie stać mnie było na kilka łez, ale gdy mój brat został ofiarą ciężkiego rozwolnienia cmentarnego ptaka, nie mogłam powstrzymać śmiechu (podczas pogrzebu!).
Źle mi z tym, bardzo źle.
Mam wrażenie, że moja koleżanka robi maślane oczka na widok mojego taty. Ona niby się wypiera, że nic takiego nie ma miejsca, ale przecież nie jestem ślepa i widzę, jakim wzrokiem wodzi za moim tatą. W ogóle od jakiegoś czasu to jakby głupawki dostała, potrafi gadać tylko o facetach. Wczoraj kolejny raz przyłapałam na mizdrzeniu się do mego taty. A ona tylko wzruszyła ramionami i odparła coś, że chyba nie jestem zazdrosna, skoro mój tata jest wdowcem.
Nie chcę pochopnie zrywać wieloletniej przyjaźni, ale mam coraz mniejszą ochotę zapraszać ją do nas do domu, nie mówiąc już o nocowaniu. Nie będę już pisać o wychodzeniu na siku w koszuli nocnej i majtkach przy pełnej świadomości, że za drzwiami jest tata. Uważam, że to co mówi i jak się zachowuje jest wręcz obrzydliwe.
Dodaj anonimowe wyznanie