Nie jestem i nigdy nie byłem mistrzem ortografii.
Na lekcji polskiego w gimnazjum pani poprosiła mnie do tablicy. Moim zadaniem było wypisanie kilku wyrazów, jednym z nich był „chleb”. Napisałem ten wyraz z „p” na końcu. Po tym, jak klasa ryknęła śmiechem, domyśliłem się, że coś jest źle, więc poprawiłem na „hlep”...
Druga salwa śmiechu była tak wielka, że dosłownie zapadłem się pod ziemię :')
Mój mąż zaczyna mnie obrzydzać.
Jesteśmy razem 10 lat, mamy dwójkę dzieci w przedszkolu.
Pierwszy raz to zauważyłam, gdy zaczął golić się jedynie wtedy, gdy chciał się ze mną kochać. Zarost bardzo mi się nie podoba, o czym on doskonale wie. Drugim punktem było wyjście na spacer w dniu urodzin dziecka. Tak objadł się tortem, że nie był w stanie schylić się i zawiązać sobie butów. Uświadomiłam sobie, że przez te 10 lat mój mąż prawie podwoił swoją wagę. Trzecim punktem był spacer, bez dzieci. Po przejściu 500 metrów był tak zmęczony, że musieliśmy odpoczywać, a szliśmy powolutku.
Na początku znajomości często urządzaliśmy wycieczki rowerowe. Jakoś z nich rezygnował, ja coraz częściej wchodziłam sama lub z koleżanką. Teraz mówi, że on nie ma czasu na ruch, mimo że zorganizowanie opieki dla dzieci na godzinę dziennie to żaden problem.
Ostatnim punktem było to, gdy obudziłam się w nocy, jak przyszedł do łóżka. Nie obudził mnie przytuleniem albo buziakiem. Obudził mnie smród, bo znów nie chciało mu się umyć. A dni coraz cieplejsze, w zimie brak codziennego prysznica nie był tak wyczuwalny. Powiedziałam o tym mężowi, ale to zbagatelizował. Dla niego to powód do żartów, dla mnie do unikania kontaktu fizycznego. Mąż pracuje zdalnie, praktycznie nie wychodzi. Jest też coraz bardziej marudny, coraz trudniej mi zaangażować go w jakąś aktywność, z dziećmi lub bez nich. Ze znajomymi już się nie spotyka. Nie mam pomysłu, co mam zrobić, aby mój mąż znów o siebie dbał. Żeby znów mi się zaczął podobać.
Jako mała dziewczynka (7-8 lat) dostałam szlaban od rodziców. Obrażona pobiegłam do swojego pokoju i obiecałam sobie, że ucieknę. Ale nie przez drzwi, to nie byłoby w moim stylu. Chciałam wyjść przez okno, żeby rodzice nie zauważyli. Jednak pod moim oknem było zejście do piwnicy, o którym kompletnie zapomniałam... Otworzyłam okno, wdrapałam się na parapet i skoczyłam w dół.
Skończyło się na tym, że miałam złamaną nogę, a opieprz dostałam jeszcze większy niż przedtem.
Im starsza jestem, tym bardziej nie lubię ludzi, ale nie na zasadzie jakiegoś nieśmiesznego mema z Facebooka typu „patrzcie, jaka jestem zołza” itp. Kiedyś nie lubiłam pojedynczych osób czy jakiegoś wrednego nieznajomego, teraz doszło do tego, że wszędzie widzę fałsz i zakłamanie, nawet wśród rodziny czy bliskich znajomych. Od jakiegoś czasu coś we mnie pękło, bo dowiaduję się coraz gorszych i parszywych rzeczy o ludziach, których uważałam za bliskich. Zaczynam zauważać, ile jest w nich zakłamania i hipokryzji. Przestaję ufać. Nie ufam większości członków rodziny, ludziom z pracy, nowo poznanym osobom. Nie ufam praktycznie nikomu... Nawet nie wiecie jak bardzo chciałabym lubić ludzi i umieć z nimi współpracować, przeżyłam jednak zbyt wiele nieprzyjemnych doświadczeń z nimi. Od jakiegoś czasu mam ochotę zamknąć się w mieszkaniu i nie widzieć nikogo, nawet wyjście na zakupy zaczyna być przykrym obowiązkiem. Nie chcę pokazywać się nikomu... Sama myśl o tym, że miałabym się z kimś spotkać męczy mnie psychicznie. Lubię spędzać czas sama, ale zaczynam się niepokoić, bo to zachodzi trochę za daleko. Normalnym jest od czasu do czasu pobyć samemu, a u mnie trwa to już rok. Nie spotykam się z nikim i niestety jest mi z tym dobrze. Wydaje mi się, że muszę zmienić środowisko, może to by pomogło.
Toksyczne związki. Długo zastanawiałam się, czy to opisać, ale uznałam, że powinnam. Ku przestrodze.
Zaczęło się pięknie: ideał: przystojny, miły, niesamowicie szarmancki. Wpadłam po uszy. Dość szybko zdecydowaliśmy się na współżycie, choć byłam dziewicą. Niedługo później wprowadził się do mojego mieszkania. Sielanka trwała kilka miesięcy. Zdradził mnie z koleżanką z pracy… sam się do tego przyznał. Zdradził z kobietą dużo starszą ode mnie, mężatką. Poznałam nawet szczegóły.
Powinnam była uciekać wtedy jak najdalej, jednak po jego błaganiach i grożeniu, że odbierze sobie życie beze mnie, zostałam.
Potem było tylko gorzej.
Zaczęło się od prania mózgu.
Wierzyłam w to, że to moja wina, że mnie zdradził. Bo nie zaspokajałam go tak, jak chciał, bo nie jestem wystarczająca. Bo jestem do niczego. Przestałam czuć się atrakcyjną kobietą, którą przecież byłam. Nie chciałam, żeby ktokolwiek zwracał na mnie uwagę, przestałam się malować, zakładałam obszerne swetry. Obcięłam ukochane długie włosy. Zaczęłam zrywać kontakty z przyjaciółmi, z rodzicami. W końcu odcięłam się od nich całkowicie. Jemu to pasowało, ponieważ coraz bardziej byłam podporządkowana jemu.
Zdrady stały się codziennością. Zaczęły się akty przemocy psychicznej, kiedy mówił mi, że jestem nikim, że gdyby nie on, całe życie byłabym sama, bo kto by mnie chciał. Po czasie zaczynało dochodzić do przemocy fizycznej, czasami mnie uderzył, czasami popchnął, czasami dusił. Nie miałam już sił nawet z nim walczyć. Moja obojętność była niejednokrotnie wykorzystywana, bo „używał” mnie w jaki tylko sposób chciał, głównie wbrew mojej woli. Stałam się wrakiem człowieka. Potwornie schudłam, zaczęłam się okaleczać, miałam napady bulimii, nabawiłam się stanów lękowych.
Po pół roku piekła, a niemal roku związku, wpadłam na dawną przyjaciółkę. Początkowo mnie nie poznała, później wyciągnęła na kawę. Odważyłam się pójść. Po długiej rozmowie w końcu pękłam. Opowiedziałam jej, co dzieje się w moim związku.
Zabrała mnie do siebie do domu, wyłączyła mój telefon, zebrała kilku kolegów, żeby pomogli jej wywalić tego człowieka z mieszkania. Później pomogła mi się pozbierać, znalazła nowe mieszkanie, o którego położeniu wiedziały tylko cztery najbliższe mi osoby. Zmieniłam numer telefonu, były został zablokowany na wszelkich portalach społecznościowych.
Przyjaciółka mnie uratowała. Piekło się skończyło.
Minęło parę lat. Udało mi się zaufać innemu mężczyźnie, choć było to bardzo trudne.
Wszystko układa się dobrze.
Patrząc na wszystko z perspektywy czasu, zastanawiam się, jak mogłam być tak naiwna i zaślepiona miłością. Jak niewiele brakowało, żeby wszystko skończyło się tragedią.
Po kilku latach związku rozstałem się. Życie. Postanowiłem wrócić do gry po kilkumiesięcznej przerwie. Umawiałem się na randki. Usłyszałem o sobie, że jestem mało męski, jestem kłamczuchem, „jesteś ciepłe kluchy, a ja chcę prawdziwego faceta”,
że jestem kryminalistą itd., itd.
Jak się okazało, jestem mało męski, bo gotuję, sprzątam, prasuję, piorę i lubię to.
Jestem kłamczuchem, bo niby mam firmę zajmującą się sprzątaniem biur, hal, różnych obiektów, hoteli itd., ale na wiele zleceń jeżdżę osobiście (bo po prostu lubię sprzątać). Zatrudniam 52 osoby w firmie, więc chyba ruch w biznesie jest. Dzięki pracy stać mnie na dom, dwa samochody i dwa motocykle.
Czemu ciepłe kluchy? Bo mam dwa kotki i psa. Kocham te zwierzaki i mogę o nich rozmawiać godzinami.
A czemu kryminalista? Bo mam kilka tatuaży i 192 cm wzrostu.
No cóż, poszukiwania trwają dalej :)
Chciałabym w tym miejscu podziękować hotelowi „Iks” i jego profesjonalnemu personelowi za cudowną odmianę w życiu.
Kilka lat temu poznałam wspaniałego mężczyznę i szybko doszłam do wniosku, że to z nim chcę spędzić resztę życia. Pół roku temu oświadczył mi się, a ja, szczęśliwa do szaleństwa, oświadczyny przyjęłam. Oczywiście zaczęliśmy oboje planować wspólnie dalsze kroki, ślub, miesiąc miodowy, cały klasyczny zestaw i nasza uwaga padła na hotel „Iks”. Położony w malowniczym zakątku pięknego regionu Polski, zapewniający wszelkie możliwe udogodnienia, a zarazem nie ceniący się jak szwajcarski kurort dla milionerów. A więc postanowione! Nasz ślub odbędzie się w hotelu „Iks” i tam też zacznie się nasz miesiąc miodowy.
Mój narzeczony ogromnie zaangażował się w całą sprawę, wisiał na telefonie z hotelem, by wszystko dogadać i dopiąć na ostatni guzik, a nawet więcej niż jeden raz pojechał do hotelu, by wszystko obejrzeć i dopracować organizacyjnie na miejscu. Zarówno on, jak i personel hotelu zaangażowali się w ten proces tak bardzo, że mój narzeczony z młodą panią manager osobiście przetestowali miękkość i sprężystość kilku hotelowych łóżek i odpowiedni poziom dyskrecji okołohotelowych zakamarków przyrody. To, czego nie wiedzieli, że od początku mój wybór tego hotelu był podyktowany tym, że niższe stanowisko administracyjne pełniła w nim moja dawna szkolna koleżanka i mogłam ufać jej opinii i poleceniu hotelu, w jakim pracowała. Mogłam też zaufać jej relacjom, a nawet nagraniom „wizji lokalnych”, jakie mój narzeczony i pani manager z wielkim zaangażowaniem odbywali w hotelu. Dlatego bardzo dziękuję hotelowi „Iks” za odmienienie mojego życia na lepsze, a mojej koleżance za to, że nie zawiodła.
Nie będę tu wymyślała bzdur typu, że uciekłam sprzed ołtarza w ostatniej chwili, a gościom na ślubie zostawiłam kompromitujące narzeczonego nagrania. Po prostu gdy wyjechał po raz kolejny na „wizje lokalne” do hotelu, wyprowadziłam się z wynajmowanego przez nas dotychczas mieszkania, pozostawiając mu tylko kopertę z kartą pamięci zawierającą kopię hotelowych nagrań. Wykazał się przynajmniej taką resztką klasy, że nie próbował ani razu pisać, dzwonić czy inaczej się ze mną kontaktować i po prostu cicho i grzecznie zniknął z mojego życia.
Wychowałam się w malutkim mieszkaniu z dwójką młodszego rodzeństwa, chorą babcią oraz zapracowanymi rodzicami. Naszą trójką nikt się nigdy specjalnie nie interesował, a jeśli młodym było czegoś trzeba, przeważnie to ja musiałam o nich zadbać, włączając w to organizowanie zabaw, pomoc w zadaniach domowych czy opiekę podczas choroby. I właśnie o chorobie będzie moje wyznanie.
W klasie maturalnej poznałam swojego obecnego chłopaka, z którym przez pierwszy rok byliśmy w związku na odległość. Pewnego razu pojechałam do niego na weekend, problem w tym, że tego samego dnia koszmarnie się rozchorowałam – gorączka, kaszel, zatkany nos, ogólne osłabienie. Ponieważ zostałam nauczona tego, by nikomu nie robić zbytniego kłopotu, po prostu położyłam się do łóżka i pilnowałam, żeby nie zarazić mojego lubego. Kiedy jego mama wróciła z pracy, podniosłam się, żeby się z nią przywitać. Ona popatrzyła na mnie, wytrzeszczyła oczy, po czym kazała mi natychmiast wracać pod kołdrę, a sama przygotowała inhalacje, zimne ręczniki na czoło, zestaw leków i razem z moim chłopakiem nieustannie mnie doglądali, pilnując, bym zawsze miała pod ręką gorącą herbatę z miodem. Widząc jej zaangażowanie, rozpłakałam się jak dziecko i ani ona, ani mój luby nie byli w stanie mnie uspokoić.
Zawsze to ja musiałam opiekować się moim rodzeństwem i nikt nigdy wcześniej nie poświęcił mi tyle czasu i uwagi podczas choroby. Byłam tak zaskoczona i wzruszona, że nie mogłam wydobyć z siebie głosu.
Do dziś jestem jej mega wdzięczna za ten ciepły, opiekuńczy gest. :)
Jak byłem młodszy, mój ojciec często grał w Word of tanks. Czasem dawał i mi pograć, ale tylko jednym czołgiem. Byłem szczęśliwy, że mogę posiedzieć do późna i grać w grę.
Dopiero teraz, gdy jestem starszy, zrozumiałem, że wykorzystywał mnie, żebym nabił mu expa na tym czołgu, bo nie lubił nim grać xd
Moja żona jest osobą minimalnego wysiłku.
Chyba bardzo dobrze się to sprawdza w jej pracy, ale w domu to jest dla mnie strasznie trudne. Chcesz zjeść, to musisz powiedzieć co i kiedy, bo nic nie zaproponuje; jest brudno, to musisz powiedzieć dokładnie, co jest do zrobienia. Czyli musiałabym nią sterować głosowo. Efekt jest taki, że wracam z pracy, robię jedzenie i muszę np. poskładać naczynia, poukładać coś. Czyli chcę zrobić kanapkę, to od razu sprzątam kuchnię, bo jest brudny blat albo pełna suszarka.
Proponowałem, że zrobimy listę co jemy na tydzień, to będę wiedział co kupić na zakupach, ale to jej się nie podoba. Proponuję podział co tydzień kto co sprząta, to też tak nie chce. Jak jej mówię o tym, że mi nie pomaga, to przez 3 dni coś robi, a potem znowu wraca do oglądania seriali albo telefonu. Chodziła do psychologa, ale nadal nie mogę się z nią porozumieć. Mówię, że potrzebuję od niej więcej pomocy, ale po tych konsultacjach nic się nie zmieniło, nadal nie zaproponuje pomocy, tylko postawa pasywna. Ewentualnie 3-dniówka. Jedyne co sama robi, to włącza pranie, przekłada do suszarki i składa. Mówię jej, że OK, tylko że coś innego może być potrzebne dla mnie, co by mi coś ułatwiło. Ma też tak, że jak sprzątam, to nagle się zrywa i też coś układa. Jak pytam, dlaczego tak robi, że sama nie zacznie, tylko uspokaja sumienie, to nie wie.
Składam śmieci, a ona nagle zaczyna zamiatać i podkłada mi pod nogi szczotkę. Jak pytam ją, dlaczego tak robi, czy żeby nikt nie chciał jej pomocy, i mówię, żeby pytała albo powiedziała, co chce zrobić, to się obraża.
Mam dużo roboty w pracy, a ona nawet nie zapyta, czy coś ugotować, tylko że burgera może zamówić. Potem patrzę, co robi, to leży i przegląda telefon. Mówię, że w mieszkaniu jest masa roboty i mogłaby coś posprzątać, to nic nie odpowiada. Wcześniej mówiłem co zrobiłem i co jest do zrobienia, to przez 3 dni robi np. jedzenie, a potem znowu je na mieście albo tylko leży i ogląda telefon.
Teraz powiedziałem, że sam będę sobie gotował, bo przez ostatni miesiąc nic nie gotowała, tylko kanapki jadłem albo pierogi mrożone. No i bez problemu gotuję sobie makaron z sosem co dwa dni i jakąś zupę. Sprzątam tylko to, co pobrudzę, np. jak gotuję. Zakupy zrobiłem bez problemu na 4 dni.
Ona kupiła coś i zostawiła, to leży już na szafce czwarty dzień w korytarzu.
A ona czeka, aż się złamię, bo uważa, że to moja wina i moje wymysły.
Dodaj anonimowe wyznanie