Mieszkam w małej wsi, która ma tak mniej więcej godzinę jazdy do Krakowa, tyle słowem wstępu.
Pewnego dnia, kiedy wracałam z Krakowa autobusem, usłyszałam ciekawą rozmowę grupki znajomych. Mówili dość głośno, było ich słychać na cały autobus. Dokładnie chodziło o to, że jakieś dziewczynie po pobudce strasznie zachciało się sikać.
Jej znajomi cały czas podawali jej jakieś rady albo pytali, czy wytrzyma, biedna aż się popłakała. Do ich przystanku z tego co słyszałam było daleko, autobus jeździł przez wsie, był to taki wiejski autobus, który zatrzymuje się tylko wtedy, jak ktoś chce wysiąść, a na chwilę obecną nikt nie miał zamiaru wysiąść. Między trzema dziewczynami wywiązał się ciekawy dialog.
Dziewczyna numer jeden - Dn1,
Dziewczyna numer dwa - Dn2,
Dziewczyna numer trzy - Dn3
Dn1- Ej, Dn2 wytrzymasz? Mogę powiedzieć kierowcy, żeby się zatrzymał.
Dn2- Nie no, chyba wytrzymam.
Dn3- Lepiej poproście tego kierowcę, żeby się zatrzymał, bo skończy się jak na anonimowych.
Dn1- A jak się kończy na anonimowych?
Dn3- Nigdy nie wytrzymują.
Dziś wieczorem wybrałam się razem z moim mężem na rowery.
Staliśmy przed przejściem dla pieszych, przed którym na jednym pasie ruchu zatrzymały się dwa samochody. Pierwszym była srebrna osobówka, zaś drugim czarny bus z obcą rejestracją. Gdy mieliśmy już ruszać, na drugim pasie ruchu zobaczyliśmy rozpędzonego tira. Na szczęście byliśmy na tyle uważni, że nie wjechaliśmy na przejście, mimo że przepisowo kierowca tira powinien się zatrzymać. Spojrzałam się w szybę czarnego busa. Siedziała w nim młoda dziewczyna. Patrzyła mi prosto w oczy, szczerze się uśmiechała i pokazywała kciuk w górę. W tym momencie przez całe moje ciało przeszły ciarki.
Dziewczyna ta wyglądała dokładnie jak moja przyjaciółka, która lata temu umarła w wypadku samochodowym.
Jakoś tak mi z genów wyszło, że jestem szczupła. Nie uważam się z tego za piękniejszą czy lepszą, cieszy mnie tylko, że mogę bez problemu jeść to na co mam ochotę.
Mam jednak w klasie dziewczynę, która sporo schudła dzięki ćwiczeniom.
Podziwiam to, no ale... Właśnie.
Nie mogę w jej pobliżu zjeść drożdżówki, babeczki czy pączka, bo zaraz słyszę "No, widzę, że się bardzo zdrowo odżywiasz". A gdy przyniosę jakiś owoc czy kanapkę z szynką słyszę "O, X nie je drożdżówki? Toż to jakieś święto!".
Ponadto strasznie gloryfikuje osoby ćwiczące. Szkoda tylko, że kosztem tych szczupłych z natury. Na porządku dziennym jest słyszenie, jakimi partaczami są osoby chude z genów, a jak cudowne i wytrwałe te ćwiczące.
Ja rozumiem, że trening jest ważny, wymaga wyrzeczeń i wysiłku. Ale to chyba sprawa każdej osoby czy chce ćwiczyć czy nie? Poza tym to nie wina chudych osób, że są chude.
A zaglądanie komuś w jedzenie to już jakaś paranoja.
Niestety jeszcze parę ładnych lat tego posłucham, bo do końca szkoły daleko...
Na wstępie chciałem powiedzieć tylko, żebyście uważali czego sobie życzycie.
Urodziłem się w "normalnej" rodzinie, dwie starsze siostry, tata z dobrą pracą, ale alkoholik, mama z dobrą pracą, która ogarnęła po latach ojca, żeby przestał tyle walić.
Ojciec mimo że lubił wypić, nigdy nie zrobił nikomu nic złego, nie uderzył, nie podniósł głosu itp. Wracał tylko nawalony jak szpadel i to tyle, dużo wstydu. Chudy strasznie, niski, a ja wysoki, dobrze zbudowany, na dobrą sprawę prawie nie ćwicząc. To w rodzinę mamy się wdałem, bo tam wszyscy tacy są :P Ojciec tak potrafił chlać, że już sąsiedzi potrafili przyjść i powiedzieć "weź już ojca do domu, bo ma dość". No to ja dużo nie myśląc brałem trupa na bark i niosłem jak dywan do domu. Tylko że poza chlaniem on nic innego nie robił. Nie wychował mnie, nie zabrał nigdzie, nie nauczył się bronić czy korzystać z zegarka.
Nie mogę powiedzieć, że był złym człowiekiem, większość kasy 80% oddawał mamie, żeby przypadkiem nie przechlać, a za resztę się "bawił". Niestety ojcem był żadnym. Jak siedział w domu, to tylko oglądał telewizję i sobie mruczał. Był tak nieobecny, że za każdym razem jak wychodziłem z kuchni, a on tam był, to gasiłem mu światło, bo nawet mijając się z nim nie zauważałem jego obecności.
Ojca za to zastępował mi wujek, mąż mojej chrzestnej. Zabierał mnie wszędzie, uczył pływać, spędzałem u niego każde gówniarskie wakacje. Co słyszał o jakiejś mojej poważniejszej chorobie, potrafił do szpitala, w którym akurat przebywałem przejechać bez zająknięcia 400 km, z pełną torbą moich ciuchów, i to tych ulubionych. Zawsze wydawało mi się to dziwne. Bo gdzie zwykły wujek aż tak może o mnie dbać. Nawet w przeciwieństwie do mojego ojca potrafił mnie opierdzielić, kiedy było trzeba. W złości potrafiłem moim siostrom (z poprzedniego małżeństwa mojej mamy, ich ojciec zmarł) wykrzyczeć, że wołałbym, żeby wujek był moim ojcem niż to zawieszone coś. Potem starałem się to udowodnić, ale każdy mnie zbywał. Po kryjomu sprawdzałem grubość nosa, ja mam wąski, a mój ojciec kulfon. Układ włosów, gesty czy ton głosu. Nie było żadnego powiązania. Nawet moje zachowania były inne, a potem i podejście do kobiet. To wszystko działo się od mojego narodzenia do około 15 roku życia. Potem miałem większą przerwę co do moich teorii.
Niedawno wujek zmarł, miał raka płuc. Strasznie to przeżyłem. Chociaż cierpienia nie lubiłem nigdy okazywać, to i tak wszyscy to widzieli. Postanowiłem porozmawiać z mamą - w końcu dobija mi prawie 30. Mama z wielkim trudem przyznała, że on jednak był moim ojcem... tak, wiem... ale matkę ma się jedną. Jedyną negatywną wypowiedzią do niej było to, że jest tchórzem razem z "wujkiem", że przed samą jego śmiercią nikt z nich mi tego nie powiedział.
Nie, nie pcham się po spadek. Ważne, że udało mu się być tatą.
Wyznanie #1XBvO przypomniało mi mojego nauczyciela WOK-u z liceum. Był on, lekko powiedziawszy, dziwny. Na zajęciach były referaty, a raz w semestrze "kartkówka", która łącznie z oceną z referatu wpływała na ocenę końcową. Na kartkówce było zawsze z 5 pytań, wymyślanych z głowy. Ów nauczyciel uczył też w klasie mojego starszego brata. Brat opowiadał mi, że klasa zawsze się "umawiała", wymyślała sobie 5 pytań, pisali gotowce i potem wszyscy pisali to samo i dostawali 5. Nigdy się nie zorientował...
Od wielu lat każda klasa w szkole to wiedziała i w ten sposób oszukiwała. Jednak raz jedna dziewczyna przyszła do szkoły po dłuższej chorobie. Była niewtajemniczona przez swoją nieobecność. Pisała odpowiedzi do pytań zadanych przez nauczyciela, a reszta klasy podłożyła gotowce. Idealne, bez błędów. I co się okazało? Każdy z nich dostał 5, a dziewczyna 1 za test, opierdol za ściąganie i drugą 1 za "tupet"... Uznał, że to ona specjalnie zmieniła pytania... Czemu klasa się nie przyznała? Chyba ratowali siebie.
W naszej klasie za to mieliśmy dwóch dowcipnisiów. Też każdy umówił się na gotowca, oni początek i koniec przepisali słowo w słowo z książki, a nagle w połowie (kilka stron każdy zawsze napisał) napisali przepis na bigos. Potem dalej znów pisali normalne odpowiedzi. Gość nie zauważył. Okazało się wtedy, że czyta tylko początek i koniec testu i na tej podstawie daje ocenę...
Druga śmieszna (albo raczej dziwna) sytuacja miała miejsce podczas referatu koleżanki z klasy. Miała opisać twórczość jakiegoś niszowego malarza. Oni, gdy się o tym dowiedzieli, postanowili zrobić kawał. Przyszli do domu, edytowali Wikipedię i powypisywali totalne głupoty, jakieś zmyślone rzeczy, dodatkowo zrobili zdjęcie stołu, nałożyli jakieś efekty rozmycia i wkleili do Wikipedii jako przykład obrazu tego gościa. Koleżanka oczywiście wszystko przepisała, przeczytała na zajęciach. A gość się nie skapnął. Serio. Koledzy nie wytrzymali i zaczęli się śmiać.
Jak zareagował nauczyciel? Dostali po pale za "głupotę i debilizm", że śmieją się ze "sztuki". :P Ot, taki to przykład złego nauczyciela, który minął się z powołaniem.
W liceum podobał mi się pewien chłopak, ale nie miałam śmiałości do niego zagadać. Był z innej klasy i choć mieliśmy razem WF, to ciężko było jakoś zagadnąć. Stał się jednak cud, bo to on wykonał pierwszy ruch i już podczas pierwszej rozmowy zapytał, czy nie jestem przypadkiem zainteresowana, żeby się z nim spotkać w weekend i pogadać. Byłabym głupia, gdybym nie pochwyciła takiej szansy!
W dzień randki wystroiłam się w najlepsze ciuchy, zrobiłam perfekcyjny makijaż i przyjechałam 15 minut przed czasem, żeby na pewno dobrze wypaść. Byłam strasznie ciekawa co zaplanował, bo nie chciał mi zdradzić gdzie konkretnie pójdziemy ani nawet ile czasu nam to zajmie.
Kiedy go zobaczyłam, przysięgam, mało mi serce nie stanęło. Marynarka, szelmowski uśmiech... Powiedział, że najpierw się przejdziemy.
Rozmowa średnio się kleiła. Najpierw rozmawialiśmy o szkole, potem o wakacjach, pracy wakacyjnej... Robiliśmy już chyba 8 okrążenie galerii i zaczynałam się nieco niecierpliwić. Zaproponowałam, żebyśmy weszli do kawiarni i porozmawiali przy ciastku i kawie, ale odpowiedział, że jeszcze nie teraz...
Kolejne okrążenie galerii. Chłopak coraz częściej zerka na zegarek, a ja mam wrażenie, że ochroniarze zaczynają już nam się przyglądać. Temat nagle zszedł na kosmetyki i szczerze mówiąc czułam się nieco skołowana. W końcu zgodził się wejść do kawiarni, a tam... jakiś facet do niego macha.
- Co za przypadek, mój kumpel tu jest! Chodź, przywitam się!
Zanim jednak zdążył się przywitać, jego kumpel zdążył mi się przedstawić i opierniczyć go, że się sporo spóźnił. Zupełnie nie rozumiałam co się dzieje, poprosili mnie, żebym usiadła z nimi, zamówiliśmy kawę i... zapytali mnie, czy znam firmę XXX.
Szczerze, poczułam się jak debil. Zmarnowałam jakieś pół dnia na wyszykowanie się, dojazd do galerii, łażenie po niej bez większego sensu przez jakiś dwie godziny tylko po to, żeby ktoś mi mógł zaproponować piramidę finansową.
Wiedziałam, że kolejny autobus mam dopiero za godzinę, więc uznałam, że skoro ta dwójka postanowiła zmarnować mój czas, odwdzięczę się im tym samym. Przez godzinę udawałam zainteresowanie ofertą, dopytywałam o szczegóły tylko po to, żeby przy podsunięciu mi umowy ("regulamin później na stronie sprawdzisz") odmówić i odejść.
Trochę po chamsku, ale nie znoszę takiego traktowania. A za kawę sama zapłaciłam.
O tym, jak dresik Sebuś jeździ autobusem.
Wchodzi elegancko do pojazdu - ręka w gipsie i drewniana laska do podparcia, co dodaje mu tylko +20 punktów do groźności, bo to z jakiejś honorowej walki rany mogą być.
1. Jakaś babka (na oko 60 lat!) pyta, czy nie chciałby zająć jej miejsca, bo pewnie ciężko mu stać o lasce (szacun dla pani, cudownie się zachowała, w końcu jakaś starsza kobieta, która rozumie, że nie tylko im się miejsce należy ;)). Na co masz dresik "A niech sobie pani siedzi, ja jak już to jakiegoś młodziaka sobie z miejsca wypier***ę".
2. Nagle Sebuś krzyczy "E, ty tam!". Wszyscy pasażerowie oczy skierowane w jego stronę i serce stoi w miejscu, czyżby ktoś podpadł dresikowi? Pechowcowi, na którego patrzył, kapie już pot z czoła (ewentualnie z gorąca, a nie ze strachu). "Zamknij to okienko obok siebie, bo klima przez to nie działa". Pan szybko wykonał zadanie, co Sebuś skwitował "Noo i od razu jest zimniej". Parę osób aż się uśmiechnęło, z ulgi czy zwykłego rozbawienia ;)
3. Akurat w momencie, w którym w autobusie zrobiło się cicho, koleś siedzący na drugim końcu autobusu kichnął. Jak się Sebuś rzucił i swym donośnym głosem krzyknął "Na zdrowie!". Po chwili doczekał się odpowiedzi "Dziękuję!". Niezwykle go to ucieszyło, bo z uśmiechem stwierdził "No, i to jest właśnie kultura".
Tak że był to całkiem przyjemny Sebuś, a i podróż była od razu przyjemniejsza ;)
Pewnie nie ja pierwsza i nie ostatnia dowiedziawszy się, że pan Bóg widzi wszystko co robimy wywnioskowałam, że obserwuje mnie nawet jak się kąpię bądź załatwiam.
Niekoniecznie chciałam, żeby oglądał mnie tak jak mnie stworzył, więc jako mądre i zaradne dziecko stwierdziłam, że wystarczy myśleć o czymś nudnym. Uznałam, że wtedy uzna mnie za mało ciekawą i zwyczajnie niegodną jego uwagi.
Przez jakiś czas, jak tylko zbliżała się sytuacja, w której chciałam się obejść bez widowni, powtarzałam sobie w głowie ostatnią lekcję polskiego.
Nie wiem, czy uwolniłam się tym od wszechobecnego podglądacza, ale przynajmniej nie musiałam uczyć się na sprawdziany.
Od około 2 miesięcy umawiam się z piękną i cudowną kobietą. Tydzień temu wyznała mi, że ma męża. Nie powiem, odrobinkę mnie to załamało, ale uznałem, że skoro jej to nie przeszkadza, to ja również mogę to kontynuować. Nie byliśmy w żadnym poważniejszym związku, jedynie randki w kinie, a później kolacja u mnie w domu...
Wczoraj zadzwoniła do mnie z pytaniem, czy mam czas wieczorem na małe co nieco. Odpowiedziałem, że przykro mi, ale jestem już umówiony z przyjaciółką na piwo do baru. Zostałem więc przez nią zwyzywany, po czym oskarżyła mnie o zdradę i uznała, że nie zasługuję na szacunek.
Ach te kobiety...
Ostatnie wyznanie o psychiatryku skłoniło mnie by napisać moje.
Trafiłam tam pierwszy raz w wieku 13 lat. Mniejsza o co i dlaczego. Rodzice zabrali mnie tam nieświadomie, dlatego dopiero po przyjściu i rozpoczęciu wywiadu zorientowałam się gdzie jestem.
Na wstępie kazali mi się przebrać w piżamę w łazience... przy 2 mężczyznach i kobiecie. Nie chciałam, ale powiedzieli, że jak tego nie zrobię, sami mnie rozbiorą. Piżama swoją drogą, ale oddanie stanika i paradowanie z odbijającymi się piersiami przez koszulkę nie było dla mnie zbyt komfortowe, zwłaszcza przy starszych chłopakach.
Na początku zawsze idziesz na obserwację, gdzie leżą ci najbardziej chorzy. Był tam zawsze chłopak z dużym upośledzeniem umysłowym, którego towarzystwo zawsze kończyło się do namawiania go przez innych do masturbacji czy rzucaniem fekaliami z pieluchy.
W toaletach nie było klamek, co powodowało częste wchodzenie podczas mycia się czy załatwiania przez chore dzieci czy młodszych chłopców, którzy chcieli popatrzeć i się pośmiać.
Psychiatrzy i psycholodzy skupiali się tylko na osobach z bulimią czy anoreksją, reszcie wwalano leki i nawet nie podejmowano terapii.
Szkoła była tam od 8 do 20 z przerwą na posiłki. Przykładowo od 9:15 do 9:30 drugie śniadanie, od 12:30 do 13 przerwa na obiad itd. Nie mogłeś posiedzieć, poleżeć czy odpocząć, cały czas szkoła i szkoła. Dodatkowo żeby wyszło tyle godzin były dodawane zajęcia terapeutyczne. Na nich oglądane były filmy te same po kroćset razy, czy zajęcia komputerowe, na których nie można było grać w gry ogłupiające i z jakąkolwiek przemocą, przeglądać żadnych portali społecznościowych, gdyż nie można było się z nikim kontaktować, ani przeglądać żadnych stron z memami.
Dodatkowo klasa obejmowała 1, 2 i 3 gimnazjum. Książki były rozrzucane i "róbcie co chcecie".
Było tego pełno, brak luster, jedzenie łyżką, karty z impulsami, które nie były udostępniane, w świetlicy bez siedzeń, zajęcia, które przez 4 moje pobyty wyglądały tak samo, kradnięcie jedzenia z szafek i ubrań, świecenie w nocy latarkami po twarzy, mimo duchoty nieotwieranie okien i nieudostępnianie klamek do ich otwarcia, mała ilość spacerów i wyjścia na taras, zastrzyki uspokajające bez powodu czy czasem nawet pasy bądź kaftan, dawanie kar, podczas których musiałeś chodzić w przysłowiowych pasiakach i wiele wiele...
Rozumiem, że niektóre z tych rzeczy miały swój cel, ale całokształt jest szokujący dla osoby, która dopiero co tam trafi.
Okres z tamtego czasu po wyjściu nie wspominałam zbyt dobrze, łącznie przesiedziałam tam około 9 miesięcy i nic nie wyniosłam poza danymi na siłę bez konsultacji lekami. Często gdy przechodzę obok patrzę w okno, w którym przesiedziałam wiele godzin. Zastanawiam się wtedy, czy ktoś z podobnymi odczuciami tam właśnie siedzi i tęskni za normalnością jak ja niegdyś.
Olsztyn, pozdrawiam.
Dodaj anonimowe wyznanie