Czytałam kiedyś pewne wyznanie dotyczące robienia lewatywy. W komentarzu ktoś wspomniał o „gruszce”, która pomaga w zrobieniu wyżej wspomnianej czynności. Nie wiedziałam, jak wygląda owa gruszka, więc postanowiłam zobaczyć na Google grafika. Zobaczyłam wtedy, jak to wygląda i oniemiałam.
Okazało się, że to, co zawsze w dzieciństwie podkradałam rodzicom i maczałam w coli, nabierałam jej do tego i potem strzelałam nią sobie do ust, jest przedmiotem, który moi rodzice używali do lewatywy.
No cóż...
Mój mąż nigdy nie przywiązywał wielkiej uwagi do wyglądu, nie jest też facetem, który godzinami okupuje łazienkę, ale dbał o podstawowe zasady higieny. Jesteśmy razem w sumie osiem lat, od trzech mieszkamy razem, cztery miesiące temu wzięliśmy ślub.
Początkowo tego nie zauważałam – widywaliśmy się w weekendy, on pracował w jednym mieście, ja studiowałam w drugim, wspólne mieszkanie trochę zmieniło. Z czasem coraz częściej zauważałam, gdy wychodził w dziurawych skarpetkach, w spranym podkoszulku, brudnych spodniach. Teraz coraz częściej czuję nieprzyjemny zapach z jego ust. Delikatnie zwracam mu na to uwagę.
Do napisania posta skłoniła mnie sytuacja w naszym związku. Nie znoszę, gdy bez wcześniejszego mycia chce spać w naszej sypialni, stawiam wtedy warunek: albo prysznic, albo śpij w salonie. I tak właśnie się to kończy, pomimo że po pracy ma mnóstwo czasu na prysznic, odwleka go do późnego wieczora, koniec końców zasypia na kanapie. Prysznic bierze rano, mi mówi, że nie wie kiedy zasnął, że w sypialni się nie wysypia, bo łóżko jest za małe, albo że woli myć się rano, bo łatwiej ułożyć mu włosy.
Ta sytuacja trwa od ponad pół roku. Sporadycznie śpimy razem. Ostatnio przeglądnęłam historię w jego telefonie i zobaczyłam, że wieczorami ogląda filmiki albo zdjęcia nagich kobiet. Fakt, że woli zaspokajać swoje potrzeby w internecie boli, czuję się coraz bardziej samotna.
Czy przesadzam z tym wieczornym myciem, może powinnam odpuścić? Zbliżenie bez wcześniejszego prysznica odpada, nie byłoby to dla mnie przyjemne, ale moglibyśmy spać w jednym łóżku, jak na małżeństwo przystało.
Jestem z chłopakiem od ok. 2 lat, wkrótce mamy razem zamieszkać, a mnie coraz częściej nachodzą wątpliwości. Mam wrażenie, że jest innym człowiekiem niż ten, którego poznawałam.
Od początku naszej znajomości bardzo dużo opowiadał mi o swoich wyjazdach – a to był w Stanach, a to w Grecji, a to na rowerach przez Francję, na obozach w górach... Byłam pewna, że wreszcie spotkałam bratnią duszę, bo sama uwielbiam podróżować, poznawać nowe miejsca i kocham górskie wędrówki. Wreszcie znalazł się ktoś, kto ma podobne pasje! Tymczasem przez cały ten czas, kiedy się znamy, byliśmy raz na tygodniowym wyjeździe i może trzy razy wyskoczyliśmy gdzieś w weekend. Zawsze gdy proponuję wycieczkę, słyszę wymówki: „Nie mam pieniędzy, nie lubię prowadzić na długich trasach, mogłaś powiedzieć wcześniej, bo teraz nie dostanę wolnego w pracy”. Nieważne, że proponuję wyjazd pociągiem, żeby nie musiał się męczyć za kierownicą (ja nie prowadzę), kasy też nie potrzeba nie wiadomo ile, żeby zorganizować fajny wyjazd. Zaczęłam z większym wyprzedzeniem mówić, że np. za miesiąc długi weekend i miło by było gdzieś wyskoczyć. W odpowiedzi słyszę: „No spoko, możemy jechać”, po czym znów kończy się tak samo. Co nie przeszkadza mu nadal opowiadać z tęsknotą w głosie o tych wspaniałych wojażach po Polsce i Europie sprzed kilku lat... Zaczyna mnie to coraz bardziej wkurzać, bo kompletnie nie wiem, w czym jest problem. Jakakolwiek próba rozmowy kończy się jego irytacją i stwierdzeniem, że ile można mi powtarzać, że nie ma kasy, nie ma wolnego albo coś tam jeszcze.
Podobnie zaczęło to wyglądać z wyjściami na miasto, do kina itp. Wyciągnąć go gdzieś to prawdziwe święto. Najchętniej wolny dzień spędzałby na kanapie przed telewizorem. Jakiś czas temu przynajmniej wychodziliśmy wspólnie na jedzenie, teraz też coraz częściej woli zamawiać do domu. Z jednej strony staram się go zrozumieć, bo ma nieregularny grafik w pracy, rzadko zdarza mu się mieć cały weekend wolny – zwykle ma wolną niedzielę i jeden dzień w tygodniu. Rozumiem, że bywa zmęczony i ten jeden dzień nie zawsze wystarcza na odpoczynek. No ale bez przesady, ja też pracuję na pełny etat, nieraz po pracy czy w weekend załatwiam jeszcze sporo innych spraw i jakoś potrafię znaleźć chęci na pójście do muzeum, spacer po parku itp. Nie wymagam od niego spędzania w ten sposób czasu zawsze, gdy się widzimy, ale chyba jedną czy dwie niedziele w miesiącu mógłby poświęcić? Szczerze mówiąc, przez ostatnie dwa czy trzy miesiące aż odechciewa mi się do niego jeździć, kiedy wiem, że w perspektywie jest znowu cały dzień z Netflixem...
Niby wszystko jest okej, mamy wspólne tematy do rozmowy, podobne poczucie humoru, na sprawy łóżkowe też nie mogę narzekać, ale ten temat nie daje mi spokoju. Coraz trudniej mi wyobrazić sobie zamieszkanie razem, bo domyślam się, jak to będzie wyglądało.
Przez wiele lat, kiedy byłam małym dzieckiem, byłam przekonana, że czcionkę Times New Roman wymyślił dla Worda mój tata (ma na imię Roman).
Przez ten czas byłam z niego bardzo dumna, że osiągnął tak wielki sukces.
Zaraziłam się owsikami. Ode mnie zaraził się mój chłopak. Pamiętam do dziś jego skruszoną, zawstydzoną minę kiedy mówił mi, że ma owsiki. Nie chciał mnie zarazić, dlatego zasugerował wstrzymanie się ze współżyciem i ogólnie większą ostrożność.
Do dziś nie wie, że to ode mnie złapał to dziadostwo.
Mam 29 lat, za chwilę ślub, normalne życie.
Otoczenie zaczyna standardowo dogadywać: „No kochani, już powoli zacznijcie myśleć o dzieciach, a nie tylko następne zwierzęta przygarniacie, tylko te wasze koty, gryzonie i inne... a czas ucieka”.
Jasne! Kiedyś miałam parcie na ciążę, bo koleżanki już mają dzieci, bo ze sobą plotkują o ciuszkach, kupkach, zabawkach. A teraz? Nie wiem, czy będę chciała mieć dzieci. Z jednego powodu – nie wiem, czy kiedykolwiek będzie mnie na nie stać! I nie chodzi tu tylko o to, że nie będę miała na pieluchy czy zabawki. Nie rozumiem, jak niektórzy ludzie decydują się na dzieci, wiedząc, że nie mają żadnego porządnego startu dla tego malucha! Mieszkania, stabilizacji... W wynajmowanej klitce, bez ślubu albo po ślubie na szybko, bez pracy lub z pracą za średnią kasę, która sprawia, że żyją od pierwszego do pierwszego z przeświadczeniem, że państwo da kasę i jakoś to będzie, że rodziny pomogą, że za darmo w necie dostaną... Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji. Bez oszczędności i pewnego zabezpieczenia finansowego i socjalnego, a także siebie na macierzyńskim, gdzie mój mąż będzie sobie żyły wypruwał w robocie, bo ja na macierzyńskim z minimalnymi pieniędzmi będę musiała siedzieć w domu z dzieckiem, zastanawiając się, jak to wszystko ogarnąć, z mizernym budżetem, by zapewnić dziecku, które trzeba odpowiednio karmić, ubrać, leczyć itd. odpowiednią opiekę. Mieszkam za granicą, pracę mam dobrą, mój partner też. Pieniędzy mamy tak akurat na to, by żyć, spłacić raty, opłaty, trochę odłożyć i minimalnie korzystać z życia. Ale gdybym teraz miała zajść w ciążę, wszystko by się rozpadło, bo zwyczajnie nie mamy pieniędzy na zapewnienie następnemu człowiekowi godnych warunków.
Dlatego też kontakty z koleżankami się pourywały, bo zwyczajnie nie chce mi się słuchać non stop o tym, co latorośl zrobiła, namalowała, zjadła. Albo jeszcze lepiej: nie chcę słuchać o tym, jak to 800 zł ratuje ich tak strasznie, że bez tych pieniędzy nie przeżyliby z miesiąca na miesiąc!
Nie czuję się gotowa na wzięcie odpowiedzialności za małego człowieka.
A co do zwierząt?
Owszem. Chcę po ślubie jeszcze adoptować psa.
A jeżeli padną tu oskarżenia, że jestem dusigroszem, wybrakowaną kobietą, bo przecież dziecko to najpiękniejsza rzecz w życiu prawdziwej kobiety, czy po prostu ktoś powie, że pewnie nigdy nie zajmowałam się dzieckiem, z góry mówię: doświadczenie z dziećmi mam, a o kobiecości nie świadczy ilość porodów, ale odpowiedzialność za swoje czyny!
Paranoja związana z rodzeniem jest dla mnie odrażająca.
Przytyłam ostatnio ponad 5 kg. No cóż, zdarza się. Poza małymi problemami z dopięciem spodni, nie odczuwałam mobilizacji do wzięcia się za siebie (dodam, że noszę rozmiar M). Do dzisiaj. Chciałam kupić na uczelni w automacie jeden z popularnym napojów gazowanych. Wyszukałam po kieszeniach drobne, wrzuciłam do maszyny i wpisałam kod. Okazało się, że pomyliłam kod i zamiast mieszanki chemii i cukru z maszyny wyleciała mi... butelka wody mineralnej.
Cóż... chyba wszechświat daje mi do zrozumienia, że czas się wziąć za siebie ;) Ale dopiero po sesji, zapas ciastek na zagrychę do nauki sam się nie zje. Trzymajcie za mnie kciuki! :)
Taka ciekawostka z życia dzieciaka z patologicznej rodziny.
Za każdym razem kiedy moi rodzice w przypływie litrów alkoholu kłócili się głośno, starałam się siedzieć w swoim pokoju. Tylko po to, żeby było trochę ciszej, jednak zawsze bardzo dokładnie wszystkiemu się przysłuchiwałam. Za każdym razem, kiedy słyszałam uderzenie bądź jego poprzednik w stylu: „Jak ci zaraz...”, wchodziłam do pokoju, gdzie byli rodzice i wpadałam w histerię. Zaczynałam płakać na cały głos i z całych sił, traciłam przy tym oddech i robiłam się gorąca jak ogień. Krzyczałam przy tym: „Proszę, przestańcie”, jednak to nie przynosiło żadnego skutku.
Jak ojciec zlał matkę na tyle mocno, że oboje wyczerpani szli spać, ja siedząc na kiblu z zimnymi stopami i bardzo silną sraczką, cieszyłam się ciszą i spokojem.
Zawsze potem sprzątałam całe rozwalone szkło, ustawiałam prosto poprzekręcane obrazy i wyrzucałam puste butelki. Miałam wtedy siedem, możne osiem lat, a wciąż pamiętam ten zapach, uczucie zimna po wysokiej gorączce z wyczerpania krzykiem i każde dolegliwości żołądkowe po niewyobrażalnym stresie.
Co jest w tym wszystkim najdziwniejsze?
Nikt, dosłownie nikt z wielu sąsiadów w moim bloku nigdy nie zadzwonił na policję mimo panicznego krzyku małej dziewczynki i dźwięków tłuczonego szkła wraz z wrzaskiem bitej matki o drugiej w nocy.
Na drugi dzień kiedy chciałam z mamą o tym porozmawiać, ta z rozwalonym nosem i podbitymi oczami zbywała mnie i mówiła, żebym AŻ TAK wszystkiego nie wyolbrzymiała. Tata zgrywał perfekcyjnego ojca, a sąsiedzi tylko ukradkiem podśmiechiwali się z naszej po*ebanej rodziny.
Jest mi po prostu przykro, że wszyscy tak bardzo popsuli mi dzieciństwo...
Dziś pokłóciłem się z moją dziewczyną, z którą mieszkam od dłuższego czasu. Zarzuciła mi, że jestem skąpy. Stwierdziła, że mam dokładać się więcej do czynszu, bo jestem większy, jem więcej, piję więcej i moje ubrania zajmują w pralce więcej miejsca.
Mieszkam u mojego chłopaka za granicą. Wczoraj ze mną zerwał, więc pakuję się i jeszcze dziś wieczorem wracam do Polski.
Przed chwilą powiedział mi, żebyśmy zachowywali się jak dorośli ludzie i poprosił o zrobienie obiadu, ponieważ jest głodny, a nie, że ja tylko chodzę i płaczę.
Dodaj anonimowe wyznanie