#sn66Z

Posiadam odkurzacz wodny i muszę go po każdym odkurzaniu myć. Wiadomo, że niektóre syfki wlecą do syfonu i zapychają mi odpływ w wannie. Postanowiłam sama wszystko odkręcić i to wyczyścić. No niestety coś źle zrobiłam i nie dało rady odkręcić. Poprosiłam męża. Zadał mi krótkie pytanie, na które nie potrafiłam odpowiedzieć: Dlaczego nie możesz poprosić mnie o pomoc, tylko ruszasz sama i później ja muszę naprawiać?
Dzisiaj odpowiedziałam sobie na to pytanie. Mianowicie pojechałam załatwić w urzędzie jedną rzecz i po drodze zajechałam do sklepu. Dosłownie po 5 minutach wróciłam i nie mogłam odpalić samochodu. Widziałam, że „pali” się kontrolka akumulatora, więc pewnie padł akumulator. Spróbowałam jeszcze w międzyczasie podpompować pompką od paliwa, ale też nie dało rady odpalić. Zadzwoniłam do męża.
Ile ja się nasłuchałam przez telefon... Po co tam pojechałaś, a urząd jest w innym miejscu itp., itd.
Streszczając całą historię: po prostu spalił się bezpiecznik od start/stop. Ale tyle było przy tym gadania, że zdałam sobie sprawę, że chyba wolałabym, żeby jakaś inna osoba mi pomogła niż własny mąż. Właśnie dlatego czasem wolę po prostu wziąć sprawy w swoje ręce.

#NKNJm

Jako dzieciak, jeszcze za komuny, znalazłem legitymację szkolną. Taką w plastikowej oprawce i w folijce. Należała do jakiejś dziewczynki, co wywnioskowałem z imienia. Był tam też adres. Niedaleko. Więc odniosłem pod same drzwi. Pukam. Otwiera mi matka uczennicy. Mówię dzień dobry i podaję legitkę. Kobieta odbiera ją z mych rąk, ogląda z jednej, z drugiej strony, po czym pyta: „A dziesięć złotych gdzie? Za folia była jeszcze dycha”.

Zamiast podziękowań otrzymałem podejrzliwe spojrzenie, po którym poczułem się jak jakiś złodziej.

#motvb

Byłam zdolną uczennicą i matury poszły mi wspaniale, ale jedna, ustna z polskiego, wypadła koszmarnie. Stres spowodował atak paniki, zdałam minimalnie, a potem byłam w szoku, zaskoczona i sfrustrowana własną indolencją i z uczuciem fuksa, że mimo to się udało. Wróciłam do domu, warknęłam do mamy „Nawet nie pytaj”, rzuciłam torebką i szpilkami i uciekłam do salonu. Położyłam się w fotelu i wywaliłam zmęczone nogi na stół. Wtedy weszła moja mama, nic nie powiedziała, wręczyła mi kieliszek wina i wyszła.

To było 10 lat temu. Ostatnio z okazji Dnia Matki przypomniałam jej to zdarzenie i podziękowałam, że zrobiła najlepszą rzecz, jakiej wtedy potrzebowałam.

Co roku w jej święto opowiadam jej jakąś drobną sytuację, której bardzo często ona wcale nie pamięta, ale która wg mnie świadczy o tym, jaką jest wspaniałą mamą. To dla niej zawsze zaskakujące i sympatyczne.

#lysWQ

Mój mąż wypomina mi WSZYSTKO.

Jesteśmy młodym małżeństwem, dopiero 1,5 roku po ślubie. Przed zamążpójściem byliśmy parą przez 5 lat. Zawsze było OK, ale odkąd wzięliśmy ślub, mój mąż wypomina mi i narzeka na rzeczy, za które nie do końca odpowiadam lub nie są w stu procentach moją winą. Dla przykładu: rok temu zostałam zwolniona z ukochanej pracy, a moi rodzice mieli poważny wypadek. Wszystko stało się w przeciągu kilku dni. Stanęłam na wysokości zadania, szybko znalazłam pracę, pomogłam rodzicom jak tylko mogłam, ale cztery miesiące po tym zdarzeniu przeszłam atak paniki – pierwszy w życiu. Myślałam w środku nocy, że mam udar. Mąż był ze mną, pomagał mi się uspokoić (całość trwała około 3h) i do teraz mi wypomina, że on musiał ze mną siedzieć, a ja sobie wkręcałam, że miałam udar i jestem niestabilna psychicznie. Lubi to wyciągać zwłaszcza w trakcie kłótni.
Wypomniał mi, kiedy dzwoniłam do niego spanikowana, bo bezdomny leżał pijany na schodach w bloku i bałam się sama koło niego przejść (miał tylko wyjść z mieszkania i patrzeć, czy aby gościu mnie nie zaatakuje). Do dzisiaj wypominanie, że sama sobie nie radzę.
Poprosiłam go kiedyś, żeby przywiózł mi do pracy coś do jedzenia (siedział w domu, miał wolne, a do mojej pracy spod domu są 3 km), bo zapomniałam portfela i nie mogłam sobie kupić. A i owszem, przywiózł, ale miałam wypominane, że jestem nieodpowiedzialna i nie pilnuję swoich rzeczy. Zmieniałam po prostu torebki i zapomniałam przełożyć portfel.
Z zawodu jestem kosmetologiem. Szkoliłam się z nowej maszyny i potrzebowałam modelki. Moja koleżanka się rozchorowała i poprosiłam męża, żeby przyszedł na darmowy zabieg. Trwał on jakieś niecałe dwie godzinki, a koszt takiego jednego zabiegu to około 1800 zł. Przyszedł, owszem, ale miałam wypominane.

Kocham go, i to mocno, ale męczy mnie to strasznie. Wiecznie czuję się niedostateczna i głupia. A nigdy przedtem się taka nie czułam. Miałam zawsze naprawdę wysokie poczucie własnej wartości. I nie wiem, czy to ja przesadzam, czy mąż... Moje koleżanki bagatelizują to i twierdzą, że na tym między innymi polega małżeństwo i bycie z kimś. Mnie się to nie podoba, bo co z tego, jak wiem, że mogę na niego liczyć, skoro strach o cokolwiek poprosić?

#U7uz8

W wieku 10 lat na pogrzebie dziadka jako jedyna się cieszyłam, że dziadek umarł. Dlaczego? Dlatego że myślałam, że po śmierci dziadek znowu będzie z babcią, a za życia bardzo za nią tęsknił i płakał, kiedy ktoś o niej mówił.
Najlepsze jest to, że po pogrzebie śniło mi się, że dziadek stoi razem z babcią – nic nie mówili, ale oboje się uśmiechali. :)

#lkP7L

Uważam, że sprzątanie po psie to głupota, ale zanim mnie zjecie, to pochylcie się nad tematem i zastanówcie, dlaczego chcecie, żeby sprzątać po swoich psach.

Pakowanie odchodów, które w normalnych warunkach rozkładają się w tydzień (w zimie trochę dłużej) w plastikowy woreczek, a potem wyrzucenie go do śmietnika, gdzie dostęp mają chociażby ptaki, to upadek ekosystemu.
Pakujemy kupę, która świetnie się rozkłada i nawozi ziemię, w plastik, który najszybciej rozłoży się w 5 lat! Jak dla mnie to bardzo ironiczne.
Słyszałam argument, że w ten sposób można się zarazić pasożytami, przy zjedzeniu owoców z tak nawożonego drzewa, ale serio – kiedy ostatnio jedliście owoce z drzewa w mieście? Prędzej zatruje was ilość ołowiu ze spalin niż pasożyty od psa.

Jasne, można korzystać z papierowych torebek, ale czy próbowaliście zapakować coś ciepłego i wilgotnego w papier?

Ale najgorsze jest to, że nie ma racjonalnego wyjaśnienia, żeby sprzątać. Najczęściej jest to „kupa śmierdzi, kupa be” i tyle. Albo argument psucia widoku. No ubóstwiam.
Jasne, chodnik nie powinien być miejscem, gdzie pies się załatwia i jest to jedyny moment, w którym „sprzątam” po psie, jednak nie wyrzucam wtedy do śmietnika, tylko chusteczką przenoszę na najbliższy trawnik. Przyroda da sobie radę.
Chodzisz po trawniku? A nie wiesz, że jest zakaz? To się nie dziw, że wdepnąłeś.

Zamiast batalii z psimi kupami, dużo bardziej przydałaby się wojna ze śmieceniem petami, butelkami, rozbitym szkłem, plastikowymi opakowaniami i tym podobnymi.

Piszę to, ponieważ dziś po raz drugi w życiu ktoś wyskoczył do mnie z łapami za to, że nie sprzątam po psie. Serio.
Na szczęście umiem się obronić, a ten człowiek (był pijany i mocno agresywny) nie podjął kolejnej próby.

Ale żeby tak o byle g*wno próbować kogoś uderzyć, to mi się w głowie nie mieści.

#oLPq9

Kiedy chodziłam do podstawówki, lekcje religii miałam z wyjątkowo dziwnym i chorym babskiem (mężatka, dzieciata, kilka lat temu nakryta przez wiernych na plebanii pod kołdrą proboszcza :)). Nakręcała nas na przesadzoną wiarę, krytykowała, jeśli ktoś nie umiał stworzyć plastycznego arcydzieła, zaliczaliśmy u niej pojedynczo znajomość każdej istniejącej modlitwy, mówiła, że za grzechy będziemy się smażyć w piekle do końca świata. Żeby jej nie denerwować, zanim jeszcze weszła do klasy zaczynaliśmy śpiewać „Barkę” czy „Pan Jezus już się zbliża”. I tak powoli niszczyła dziecięce, małe, bardzo pojętne głowy. No i tu jestem ja, świeżo po komunii, zakochana w Panu Bogu i brzydząca się grzechem, śpiewająca psalm na prawie każdej mszy, na zmianę z czytaniem listów do Koryntian.

W domu mieliśmy tylko jedną łazienkę, w której mój tata przesiadywał godzinami, miał tam nawet radio, żeby mógł posłuchać muzyki czy audycji. Akurat tak się złożyło, że zachciało mi się dokładnie wtedy, kiedy tata był w toalecie i na domiar złego, w radiu leciała właśnie pełna składanka Bad Boys Blue. Błagałam trzy razy, żeby mnie wpuścił, bo pociąg był już na ostatnim zakręcie... „Zaraz”, „Już, moment”, „Nie denerwuj mnie, już kończę”. Obiecanki cacanki, no i zdesperowane dziecko po 20 minutach nie wytrzymało. Jedyne co przyszło mi do głowy, to pójść do kuchni, wyjąć miskę na zupę i klęcząc nad tym niewielkim naczyniem, dać upust swej radości. Po tym niezbyt przemyślanym czynie nie miałam pojęcia, co zrobić z produktem. Zanim zdążyłam wpaść na jakiś genialny pomysł pozbycia się dowodów zbrodni, z łazienki wyszedł ojciec. Patrząc kilkukrotnie raz na mnie, raz na miskę, bordowy i zdenerwowany do granic możliwości, rzucił do mnie jedynym tekstem, który przerażał mnie wtedy bardziej niż śmierć małego kotka: „To co zrobiłaś to grzech ciężki! Musisz się z tego wyspowiadać!”. Tacie wprawdzie szybko odpuściły nerwy i przyznał, że jedynie żartował, ale moje długie rozważania na ten temat i wyprany mózg po ciężkich przeżyciach na lekcjach religii nie pozwalały mi spać spokojnie. I tu historia ma swój koniec.

Ja, konfesjonał i niezapomniany do tej pory śmiech księdza, który usłyszał mój najcięższy grzech: „Zrobiłam kupę do miski po zupie. Więcej grzechów nie pamiętam”. Uraz mam do dziś.

#SMs5K

Jakiś czasu temu umawiałam się z młodym pasjonatem łowiectwa. Na ostatnią randkę wybraliśmy się nad jezioro. Wiadomo, kocyk, plaża, opalanko, no i kąpiel w jeziorze. Leżymy sobie po kąpieli na kocyku, odciskam włosy w ręcznik. Widzę, że delikwent przygląda mi się z zastanowieniem i w końcu wypalił: „Twoje włosy wyglądają jak sierść wyżła, który wyszedł z trzciny”.

#myśliwy_stan_umysłu
#to_był_komplement

Teraz zaczynam spotykać się z wędkarzem, czekam na komplementy o sumach...

#QT4K5

Mój koszmar zaczął się, gdy miałem 14 lat. Pewnego ranka obudziłem się zlany potem, było mi tak gorąco jak nigdy, a był październik. Ubrałem się, założyłem kurtkę, czapkę i do szkoły dotarłem spocony, jakby oblał mnie ktoś wodą.

Tamtego dnia moja tolerancja na temperatury wywróciła mi życie do góry nogami. Dziś mam 35 lat. Śpię pod klimą, która musi na mnie dmuchać. W aucie klima na 16 stopni. Chodzę non stop bez kurtki, zimą ubieram taką cienką wiatrówkę. 15 stopni na zewnątrz to upał. Czapki, rękawic i szalika nie mam, a buty cały rok to adidaski. Pan gołe kostki. Latem nie potrafię funkcjonować poza domem. Dojeżdżam autem gdzie się da najbliżej, a każda wycieczka piesza to konieczność wypicia przynajmniej litra wody i zmiany koszulki. Nie mogę uprawiać latem żadnej aktywności na zewnątrz. Biegam tylko zimą. 
Byłem u wielu lekarzy. Nikt nie wie, co mi jest. Okaz zdrowia. Nie mam nadwagi, rzekłbym, że i nawet kilka kilo by mi się przydało przybrać.

Wiecie co jest najgorsze? Że ja sobie życia nie mogę ułożyć. Nawet jeśli kobieta, którą poznałem, deklarowała, że jest zimnolubna, to nie dorastała mi do pięt. Wszystkie związki waliły mi się przez tę cholerną niekompatybilność cieplną. No bo weź żyj w domu lodówce z gościem, któremu jest wiecznie gorąco, siedzi tylko pod klimą, nawet latem na spacer nie mogę wyjść, bo przy dłuższej wyprawie, czytaj pół godziny, wypijam 1,5 l wody, puchną mi dłonie i wyglądam, jakbym spod prysznica wyszedł. Absurd, że jedna osoba musi siedzieć w domu w kurtce, a druga chodzić w gaciach.
Jestem również skazany na pracę zdalną. Kiedy pracowałem w biurze, wyglądałem jak spocony oblech – mokre plecy, mokre pachy, mokre włosy. Mieliśmy memową Anetkę w biurze, która wieszczyła choroby już 30 sekund po włączeniu klimy. Niestety uległem i się zwolniłem, bo choćbym chciał, to nie da się ze mną wypracować kompromisu. Dlatego pracuję ze swojej chłodni zdalnie.

Rozważam emigrację do Norwegii, Kanady, jak najwyżej. Przez to jaki jestem nie odnajduję się w naszym klimacie, mam doła, wstydzę się siebie, moja przypadłość mnie ogranicza na wielu polach.

#MALdp

Wstydzę się tego, że mam większe libido niż mój mąż. I tak było od zawsze, nigdy sam nie zainicjował, od 5 lat proponuję wszystko tylko ja... Inne muszą się tłumaczyć bólem głowy, a ja dałabym wszystko, żeby tylko mój zachciał pierwszy. Niby błahe, ale przez kilka lat zaczyna to być uciążliwe. :(
Czuję się w jego oczach mało atrakcyjna.
Dodaj anonimowe wyznanie