#NZglc

Jestem żonaty od 10 lat. Żona dopóki chciała drugie dziecko, chciała często zbliżeń. Teraz kiedy tego nie chce, bo chce jechać na wakacje, w ogóle nie chce. 
Czuję się jak byk rozpłodowy. Myślę o rozwodzie. Nie wyprowadziłem się tylko ze względu na dziecko, ale zbliżam się do granicy. Kilka razy jej o tym mówiłem. Bez rezultatów.

#8Lrv3

Bardzo brakuje mi w związku spontaniczności. Jesteśmy razem około 2 lata, a ja czuję się jak w jakimś starym, nudnym małżeństwie. Nie chodzi mi o jakieś ciągłe fajerwerki, wybuchy czy nie wiadomo co, bo czas pierwszego zauroczenia już raczej minął, ale po prostu o przełamanie szarej codzienności od czasu do czasu.
Wszystkie wyjazdy muszą być zaplanowane chociaż z miesięcznym wyprzedzeniem, bo inaczej on nie dostanie wolnego. Okej, rozumiem, taka praca. Ale na jednodniowy wypad za miasto w wolny dzień już nie trzeba specjalnie brać urlopu, a i tak jest to wielki problem, jeśli wieczorem proponuję, żebyśmy następnego dnia sobie gdzieś pojechali. No trudno, jakoś się z tym pogodziłam i wszelkie wspólne wyjścia (nawet do kina czy na spacer) ustalamy kilka dni wcześniej.
On nie lubi niespodzianek i w związku z tym prezenty np. na urodziny wybiera sobie sam, po prostu jedziemy razem do sklepu i tyle, ja płacę za to, co on sobie wybierze. Ja za to bardzo lubię niespodzianki, ale po prezenty dla mnie i tak jeździmy razem, żebym sobie wybrała, co chcę dostać. Może się czepiam i niepotrzebnie narzekam, ale dla mnie w ten sposób znika cały urok z robienia komuś prezentów. Najbardziej doceniam właśnie to, że ktoś poświęcił czas na to, żeby pomyśleć o drugiej osobie, o tym, co mogłoby sprawić jej radość, z tysięcy rzeczy wybrał tę jedną specjalnie dla tego kogoś. A tak... wybierz sobie i tyle, kolejne święta odhaczone. On tłumaczy się tym, że jak zrobi mi prezent niespodziankę, który okaże się nietrafiony, to będę niezadowolona itp. No nie wiem, wydaje mi się, że te 2 lata to jednak wystarczający czas, żeby się zorientować co druga osoba lubi, z czego by się ucieszyła, można zresztą jakoś dyskretnie podpytać, jeśli nie jest się pewnym.
Raz zapytał mnie, co chciałabym dostać na urodziny. Odpowiedziałam, że chciałabym, żeby zabrał mnie w jakieś ładne miejsce, może zorganizował piknik, może spacer, żebyśmy po prostu miło razem spędzili ten dzień. Po kilku dniach dostałam listę książek z pytaniem, czy któraś z nich mi odpowiada. Miło spędzony czas w ładnym miejscu oczywiście się nie ziścił, bo nie powiedziałam konkretnie dokąd chcę jechać i właściwie po co.
Może to dość błahy problem, kilkukrotnie już próbowałam z nim o tym rozmawiać i zwykle kończyło się tak samo. Ja nie chcę codziennie niespodzianek, szalonych podróży i nie wiadomo czego, tylko żebyśmy od czasu do czasu zrobili coś bez planowania, tak po prostu. Dla mnie to urozmaicenie codzienności, miła odmiana, tworzenie nowych wspólnych wspomnień. Dla niego to coś, czego nie lubi, bo nie i koniec, i czemu ja w ogóle czegoś takiego od niego wymagam. Tymczasem ja czuję, że zaczynam tracić jakąś cząstkę siebie i ciągle muszę się dostosowywać, bo on nie lubi, nie chce i nie będzie nic zmieniał tylko dlatego, że ja bym chciała.

#lNyoT

Gdy byłam dorastającą dziewczyną, mama zabroniła mi się golić – nawet nogi odpadały. Tak oto stałam się wielkim pośmiewiskiem w końcowej fazie podstawówki, a w gimnazjum znienawidziłam lekcje WF-u, siebie oraz moją mamę. Mama wiecznie powtarzała, że moich włosów nie widać i mam nie przesadzać. Że jak zacznę golić, to będą twarde i nigdy się ich nie pozbędę. Mówienie jej, co robią inne dziewczyny, potęgowało jej zdenerwowanie i przegadywankę: ale ty nie jesteś wszyscy. Nie liczyła się z moimi uczuciami, kompleksami, tym, że jestem sensacją i kozłem ofiarnym. Była tak uparta na moje niegolenie się, że mnie sprawdzała, a nawet przekopywała mi pokój w celu sprawdzenia, czy nie mam przypadkiem jakiejś maszynki/żyletki „nielegalnie”. Często ganiła mnie za moją głupotę, że chcę być jak inne „głupie dziewczyny”, że sadzała mnie na stołku w kuchni i krzyczała na mnie, wyzywała mnie do momentu, aż się rozpłakałam.

Zaczęłam się golić pod koniec trzeciej klasy gimnazjum i zrobiłam to u koleżanki, w gościach. Byłam taka zdesperowana, nie mogłam na siebie patrzeć... Zaprosiła mnie do siebie na naukę matematyki, a ja po prostu poszłam do łazienki i użyłam jej maszynki (którą jej ukradłam). Wróciłam do domu i specjalnie pokazałam mamie swoje błyszczące i gładkie nogi. Jej złość pamiętam do dzisiaj. Nigdy więcej nie widziałam jej tak czerwonej i kipiącej nerwami. Zrobiła mi wielką wojnę, i ona płakała z tych emocji, i ja, ale finalnie dopięłam swego.

Nie mogę na nią liczyć po dziś dzień, a minęło parę lat od mojej matury po technikum. Po tamtym wydarzeniu kazała mi iść swoją drogą, „skoro jestem taka przemądrzała”. Można rzec, że obraziła się na mnie na całe życie, chociaż myślę, że to nie przez sam czyn golenia, a przez nieposłuchanie jej, niespełnienie jej żądań, oczekiwań.
Ach, te mamy...

#4ooiV

Mam 26 lat. Pochodzę z dużej rodziny i dużego wielopokoleniowego domu, w którym wciąż mieszkam z rodzicami. I tu jest problem. Nie mój, ale innych i również członków mojej rodziny, a konkretnie bratowej. Odnoszę wrażenie, że w naszym społeczeństwie jak ktoś zaraz po 18 roku życia się nie wyprowadzi z domu, to jest jakiś trędowaty. Ciamajda, maminsynek, pępowina nieodcięta itp. Rozumiem, że są domy, w których jest patologia i dzieci chcą się szybko odciąć, ale ja ze swoją rodziną mam zajebisty kontakt. Jestem przywiązana do domu. I żeby nie było – ogarniam swoje domowe obowiązki, dokładam się do rachunków domowych, bo pracuję 50/50, pół zdalnie, a pół w firmie. Nie mam faceta, nigdy nie znalazłam drugiej połówki i nie płaczę z tego powodu. Trochę oszczędzam, a trochę baluję za zarobione pieniądze. Dobrze mi się żyje, rodzice też zadowoleni, bo już tyle sił nie mają, a ja zawsze pomogę jak trzeba, więc czemu ludzie chcą mnie usilnie z tego domu wywalić? Ja nie chcę brać kredytu na kolejne 20 lat, żeby pomieszkać w klatce w bloku przy dzisiejszych cenach, a o budowie domu nie wspominając. Bo po co? Żeby żyć w domu samej, bez nikogo, do kogo można otworzyć gębę? No ale co niektórzy mnie postrzegają jako nieodciętą pępowinę...

#5xHx3

Mam syna 9-letniego, którego wychowuję sama. Nie mam żadnych problemów finansowych czy mieszkalnych, na szczęście powodzi mi się dobrze. Niestety w innych sprawach jest inaczej, wręcz fatalnie. Mowa o moich relacjach z byłym mężem.

Jesteśmy jak pies z kotem. Mimo iż wielokrotnie próbowałam załagodzić nasze relacje dla dobra syna, z jego strony nie widzę tego samego. Robi wręcz wszystko, by mnie upokarzać czy poniżyć przy pierwszej nadarzającej się okazji. Gdyby wina rozpadu naszego małżeństwa leżała po mojej stronie, zrozumiałabym to. Prawda jest taka, że to on odszedł do innej, kiedy syn miał 8 miesięcy. Teraz ma z nią dwójkę dzieci. Dziwi mnie to, że mając nową rodzinę, przy każdym kontakcie z synem mnie obraża. Gdyby tylko to było na rzeczy, to nie miałbym aż takiego problemu, bowiem dochodzi do tego, że nastawia syna na mnie. Zawsze kiedy młody wraca od niego czy jego rodziny (dziadkowie), jest nie do poznania. Staje się niegrzeczny, niemiły i w szkole szybko pojawiają się problemy. Na szczęście udaje mi się go na nowo przywołać do porządku.
Dodatkowo zawsze kiedy były mąż kupi synowi jakikolwiek prezent, to nie daje mu go, aby mógł zabrać go do domu. Jak młody chce się pobawić, ma przyjechać do ojca.
Szczerze, to komu on kupuje te prezenty? Synowi naszemu czy swoim dzieciom? Bo to one mają go na co dzień.

Sama już nie wiem, co robić w tej sytuacji. Pocieszam się, że syn dorośnie i zrozumie jakiego ma ojca. A jak nie?

#C7ZFB

Jak byłam dzieckiem, mój tato miał znajomego, który lubił rozmawiać godzinami. A że mieszkali na dwóch końcach Polski, dzwonili do siebie co jakiś czas. Ich rozmowy trwały średnio trzy godziny. Mój tata nie bardzo lubił tak długo rozmawiać, ale nigdy koledze tego nie powiedział. 
Pewnego dnia zadzwonił telefon domowy, więc postanowiłam go odebrać. Okazało się, że dzwoni ten właśnie znajomy. Ja bez zastanowienia krzyknęłam do taty: „Tato! Pan gaduła znowu dzwoni!”.
Ta rozmowa trwała wyjątkowo krótko. A kolega już nigdy więcej nie zadzwonił.

#XMuWo

Popełniłam błąd w pracy, na skutek którego ludzie z jednego z działów w firmie widzieli dane innych pracowników, których nie powinni, przez co dostałam oficjalne upomnienie. Był to błąd związany z przemęczeniem, byłam pewna, że zaznaczam poprawny kwadracik, jednak kliknęłam kwadracik obok... 
Wiem, że to poważna sprawa, a błędy nie zdarzają się tylko tym, którzy nic nie robią. Moja skrzynka mailowa pęka od setek pochwalnych maili, w których nie tylko wykonałam pracę należycie i na czas, ale i ponad to, co powinnam. Było pełno sytuacji, w których wykrywałam problem jako jedyna i sama daną kwestię poprawiałam, zanim jeszcze zdążyła ona wywołać konsekwencje. Wielokrotnie ratowałam innych członków zespołu, jak i innych pracowników, którzy zgłaszali się do mnie z prośbą, abym szybko pomogła posprzątać ich bałagan. Nawet mój przełożony, jak i dyrektor działu powiedzieli mi, abym się tym nie przejmowała, bo każdy kiedyś musi popełnić jakiś błąd, a ze względu na powagę sprawy muszą wręczyć mi to upomnienie, które po roku i tak zniknie z moich akt. Jednak pomimo wiedzy o tym nie potrafię pozbyć się myśli, iż jestem do niczego. Że zamiast za dwa miesiące dostać obiecaną podwyżkę, powinnam dostać wypowiedzenie, że nie nadaję się do tej pracy, że w ogóle jestem beznadziejna, że powinnam zająć się czymś mniej odpowiedzialnym, np. grabieniem liści w parku, a wszystko to, bo popełniłam jeden błąd. Wiem, jak to brzmi, jednak nie potrafię przestać się samobiczować. Mam wrażenie, że zawiodłam wszystkich, a dla pewnej grupy osób jestem wrogiem numer jeden. Chciałabym się spod tego ciężaru wyzwolić, dać sobie samej drugą szansę, którą inni mi dali (a ja uważam, że niesłusznie), ale nie potrafię.

#TDDVV

Jestem dorosła, mam poukładane życie, męża, dzieci, hobby, dobrą pracę, przyjaciół i znajomych. Pozornie wszystko idealnie. Ludzie często mi mówią, że podziwiają moją konsekwencję w wychowywaniu dzieci, podejście i efekty. Starsze dziecko z własnej woli udziela się w szkole ile się da, ma masę zainteresowań, dobrze się uczy, w rozmowie jest w stanie zagiąć i przegadać niejednego dorosłego. Młodsze to zwykle śmieszek i przylepa. Staraliśmy się o nie długo, trzeba było się leczyć i niejedną noc przepłakałam, nie widząc efektów.
A teraz? Nie umiem się cieszyć. Czasem w środku trzęsę się z nerwów, jak tylko któreś się do mnie odezwie. Chcę mieć ciszę, spokój, czas wolny i sen. Chcę nie musieć wiecznie planować obiadów, kombinować co zrobić z feriami i wakacjami. Rzygam wizytami u pediatrów i dziecięcych dentystów. Mdli mnie na hasło „wywiadówka”, bo chociaż zawsze jest wszystko OK, to to kolejna rzecz, która odbiera mi czas.
I dobrze wiem, że to głupie, że powinnam się cieszyć, bo w końcu się udało, bo inni nie mają dzieci, a chcą, bo moje są miłe i mądre. Chwalę je zawsze, mówię im miłe rzeczy, mówię, że jestem z nich dumna i że je kocham. I pewnie tak jest, chociaż czasem mówiąc: „Ale świetny obrazek, dziękuję, zachowam go na zawsze” w głębi duszy myślę „a teraz już zejdź mi z oczu, nie chcę piętnastego obrazka, chcę siąść i gapić się w ciszy przed siebie i chcę, żeby ktoś mi oddał moje ostatnie kilka lat prawdziwego życia”. Ale nigdy im tego nie powiem. Tylko Wy wiecie.

#WVEs1

Pół roku temu adoptowałam psa w typie owczarka niemieckiego. Miał być kochany i po wyjściu ze schroniska miało być tylko lepiej. Powiedziano nam, że jest agresywny w stosunku do psów, ale suki zaakceptuje. Rzeczywistość jest inna.
 
1. Po dwóch tygodniach od adopcji okazało się, że pies jest chory, do końca życia będzie musiał brać lekarstwa. Dowiedzieliśmy się o tym dzięki eksplozji kupy w mieszkaniu. Kupa party trwało dwa miesiące, bo niczym się nie dało tego ustabilizować.
2. Jest agresywny w stosunku do wszystkich zwierząt. Nienawidzę wychodzić z nim na spacery, bo cały czas szczeka i ciągnie. Kiedy widzi innego psa, dostaje spazmów i nie da się w żaden sposób do niego dotrzeć.
3. Kiedy zostaje sam w domu, to go demoluje. Próbowałam zostawiać mu taką zabawkę, którą się liże i powinien się uspokajać. Nie działa. Robi przeszukanie godne psa policyjnego. Żre wszystko jak leci i ściąga rzeczy z ponad dwóch metrów. Otworzył sobie nawet słoik nutelli i go wyjadł.

Wychodzę z nim na spacery trzy razy dziennie po 40 minut bo wiem, że potrzebuje ruchu.
Przerobiliśmy trzech behawiorystów, wydaliśmy ponad 1000 złotych, a poprawy jak nie było, tak nie ma. Nie mam już siły. Czuję, że powoli mnie to wykańcza. Nie mogę wyjść na dłużej z domu, bo nie wiem do czego wrócę. Tak bardzo chciałam adoptować psa i zmienić jego życie, ale czuję, że moje się wali. Nie wiem co zrobić, nie chcę go oddawać, bo wydaje mi się to okrutne. Mam dość płakania na spacerach, mam dość płakania po powrocie do domu, kiedy okazuje się, że mój pies zostawił mi na dywanie rozlane pięć litrów soku i opakowanie po czekoladkach (nawet nie wiem gdzie mam to chować, bo i tak wszędzie znajduje – otwiera szafki i wchodzi na półki). Czuję się taka bezsilna.
Nienawidzę mojego psa.
Dodaj anonimowe wyznanie