Mam 27 i własny dom na obrzeżach większego miasta. Pomieszkuje u mnie siostra, która studiuje i ma ode mnie bardzo blisko na uczelnię. Często zapraszała swoje koleżanki, którym braku urody nie można zarzucić, niestety z rozumem jest już gorzej.
Miałem wesele u bardzo dobrego kolegi, w związku z czym poszukiwałem osoby towarzyszącej. Siostra często powtarzała, że dwóm jej koleżankom wpadłem w oko, obie stwierdziły, że nie pójdą ze mną. OK, poszedłem sam na wesele, gdzie spotkałem swoją pierwszą miłość, jeszcze z podstawówki. Przyszła z bratem, więc mogłem się z nią bawić do woli.
Zaraz po weselu zaprosiłem ją na randkę, z której oboje byliśmy zadowoleni.
Zaprosiłem ją do domu na kolację ze śniadaniem.
Dwa dni po tym usłyszałem, jak koleżanki siostry wyrażają swoją opinię o moim zachowaniu "no bo jak on mógł tylko raz poprosić o pójście na wesele, a po tym jeszcze taką szmatę do domu przyprowadził, człowiek bez honoru". Cóż, w tym momencie nie wytrzymałem, wszedłem do pokoju i kazałem im opuścić mój dom z dożywotnim zakazem wstępu.
Siostra oburzona moim zachowaniem poskarżyła się rodzicom, jakim prawem zabraniam jej zapraszać gości i jeszcze wyganiam bezczelnie...
No cóż, teraz mieszkam razem ze swoją Zuzą, siostrę wygoniłem, a rodzice się obrazili za to, że zabroniłem im rządzić moim domem, do którego nawet 2 groszy nie dorzucili.
Pracuję za granicą. W Polsce zostawiłem swoją żonę, którą kocham nad życie i która to uczucie odwzajemnia. Ufamy sobie bezgranicznie, ale wiadomo jak to jest, gdy większość czasu spędzamy osobno.
Pewnego dnia dostałem krótkiego, ale jakże treściwego SMS-a: "Twoja żona cię zdradza. Przykro mi, życzliwy". No, zdębiałem. Niby wiedziałem, że moja kobieta nigdy by mnie nie zdradziła, ale po takiej wiadomości chyba każdego dopadłyby wątpliwości. Nie wiedziałem, co mam robić. Dzwonić do domu? Zadzwonić pod numer życzliwego?
Długo się nie zastanawiałem, bo anonimowy przysłał kolejnego SMS-a. To miało być zdjęcie mojej żony, w objęciach innego. Tylko że to nie była moja żona. To była kompletnie obca mi kobieta. Napisałem do nadawcy, że nie znam tej kobiety. W odpowiedzi dostałem równie wymowną wiadomość: "K**wa, sorry, stary, pomyliłem numery".
Mam tylko nadzieję, że ta wiadomość dotarła w końcu do odpowiedniego człowieka.
Alicję znam całe moje życie.
Nasze mamy znały się długo zanim zostałyśmy poczęte i tak się ułożyło, że urodziłam się dokładnie 2 tygodnie przed nią.
Od zawsze byłyśmy swoim przeciwieństwem, chociaż nadawałyśmy na tych samych falach. Ja niska nieco pulchna blondynka dobra z przedmiotów humanistycznych i ona wysoka szczupła brunetka radząca sobie z naukami ścisłymi.
O ile my nie czułyśmy między sobą rywalizacji (a przynajmniej ja wobec niej) tak nasze matki lubiły się drażnić hasłami typu:
- A moja Asia to wygrała konkurs recytatorski!
- Phi! Moja Alusia pierwsza w kangurze matematycznym!
Nie wiem od kiedy to trwało, na co dzień jednak słuchałam, że Alusia jest lepsza, nie zmieniało to faktu, że kochałam ją jak siostrę.
Lata mijały jednak nadal miałyśmy ze sobą kontakt.
Ja poszłam na studia pedagogiczne, byłam samotna więc skupiłam się na nauce i dorywczych pracach a Alka zawsze kochała ludzi i zabawę, "wpadła" z pierwszym dzieckiem już w szkole średniej. Drugie urodziła kilka lat później, nadal była "singielką" szalejącą w klubach, gdy ja zaczytywałam się w romansach i po cichu jej zazdrościłam.
Nasze matki wciąż dogadywały, nie wiem jak jej, ale moja lubowała się w dopytywaniu kiedy wreszcie kogoś znajdę, kiedy dochowa się wnuków...
Gdy kończyłam studia Alka urodziła trzecie maleństwo, na chrzcie poznałam Krystiana - brata ojca dziecka i wierzcie mi lub nie, pokochałam go od pierwszego wejrzenia.
Życie było piękne, dopóki nie dowiedziałam się, że mam raka jajnika.
Krystian był ze mną i chociaż płakałam nocami i bywałam prawdziwą suką, nie zostawił mnie. Moja matka przeżywała na swój sposób, trochę płakała, trochę dogadywała, że ze mną zawsze problemy a ciocia Ela z Alą nigdy nie miała....
Po usunięciu lewego jajnika badania wykazały guzy na prawym, którego też musieli wyciąć. Wiedziałam, że nie dam Krystianowi dzieci i bolało mnie bardziej niż ból pooperacyjny.
I jesteśmy w czasie obecnym. Mija 4 tydzień od mojej drugiej operacji.
Rokowania są bardzo dobre.
Jestem w domu mamy i nie wiem co robić.
Wiedziałam, że Krystian przyjaźni się z Alką, nie miałam z tym problemu, w końcu jego brat miał z nią dziecko. Problem stanowi fakt, że gdy mnie operowano to on z nią spał.
Zapłakany przyznał się, że szukał pocieszenia, bał się, że umrę, nie dawał rady sam, a teraz nie daje rady z wyrzutami sumienia...przecież mieliśmy wziąć ślub gdy już dojdę do siebie, mieliśmy zwiedzić świat.
Gdy zadzwoniłam do Alki z pytaniem "czemu" przyznała się, że znowu jest singelką i zawsze mi zazdrościła wszystkiego, w tym kochającego faceta więc "tak jakoś wyszło".
Tak jakoś jego członek zaliczył moją prawie siostrę...
Wyję do poduszki wmawiając mamie, że to ból po operacji, że sam minie, a ona mi dzisiaj rzuciła, że Alka nawet przy porodzie nie płakała, a ja się marzę jak dziecko....
W wielu wyznaniach o patologii i fatalnych warunkach, w jakich wychowują się dzieci, pojawia się pytanie: Gdzie jest opieka społeczna? Odpowiedź jest prosta: u takich jak ja.
Od kilku lat wychowuję samotnie dwójkę dzieci. Ich ojciec został skutecznie oddalony od ich wychowywania, aczkolwiek nie od kontaktów z nimi, które są regularne i poprawne - innymi słowy, odsiaduje wyrok. Jak łatwo można się domyślić, rozstaliśmy się i nie planujemy ponownego zejścia.
Pracuję w branży, która od wiosny do jesieni wymaga sporego zaangażowania zarówno fizycznego, jak i czasowego, co za tym idzie - nie zawsze mam możliwość przypilnowania córki w sprawach szkolnych. Młoda czasem nie ma odrobionych lekcji, czasem zawali jakiś sprawdzian, albo zapomni piórnika. Jedzenie do szkoły szykuję jej każdego ranka i nie ograniczam tylko do kanapek.
W czym problem? W szkole.
Z racji tego, że ojciec w więzieniu, a ja dużo pracuję, wychowawca oraz szkolny pedagog mają mnie na oku i dostrzegają każdą, nawet minimalną nieprawidłowość związaną z wychowaniem i karierą szkolną mojej córki. Kilka nieodrobionych prac domowych, czy problemy z tabliczką mnożenia urastają do poważnego problemu, które skutkuje wezwaniem do szkoły na pogadankę - powód? Zaniedbanie w nauce dziecka. Córka w niepogodę nie wzięła kurtki, którą jej przygotowałam i wyszła w bluzie do szkoły. Wezwanie do szkoły - powód? Dziecko nieadekwatnie ubrane, zaniedbane. Córka nie ma wykupionych obiadów, bo przynosi kanapki a obiad zjada po powrocie do domu - problem! Powód?
Dziecko niedożywione, bo ile można jeść kanapki, a czasem zje obiad za kogoś, kogo nie ma w szkole. Nie woła głodna o jedzenie, nauczycielka sama jej obiad proponuje, a córka się zgadza. Ja też bym się zgodziła. ;) Ewidentne podejrzenie patologii w rodzinie, bo dziecko jest zaniedbane w pewnych kwestiach, które wynikają z tego, że matka za dużo pracuje a ojca nie ma. W rozmowach z pedagog i wychowawczynią wciskają mi problemy natury psychicznej, bo nie korzystam z zasiłków i pomocy opieki społecznej. A powinnam, bo samotne macierzyństwo itp.
Dzisiaj odwiedziły mnie panie z opieki społecznej, bo dostały informację ze szkoły, że córka jest zaniedbywana. Przez ponad godzinę, pod ogniem krzyżowym pytań, musiałam się tłumaczyć z tego jak żyję i dlaczego tak żyję. Musiałam się tłumaczyć z nieodrobionych prac domowych córki, z niewykupionych obiadów, z tego że nie korzystam z zasiłków, ani nie jestem konsekwentna w pobieraniu alimentów. Łapiecie już tę groteskę i absurd? Gdzieś tam dzieci są katowane przez rodziców, częściej widzą alkohol, niż jedzenie, dorastają w fatalnych warunkach, są gnębione psychicznie... A opieka robi sobie wycieczki po takich rodzinach jak moja, gdzie łatwo można wypełnić kilka papierków i usmażyć ładny raport na koniec miesiąca pod szyldem POMAGAMY!
Pozdrawiam i dziękuję za uwagę.
Sklep, dłuższy czas temu. Narąbany jak szpadel, z zapasami potionków na resztę wieczoru dumam przy lodówkach nad jogurtem najlepszym na kaca - a tu ni z gruchy, ni z pietruchy, słyszę głos.
"Prz...prze...przepra...szam ppppana" (dosłownie tak rzekł ten głos) "czy jest tu gdzieś chude mleko, bo ja... he, he, he... ślepa jestem cytra, nie widzę, he, he, he".
Z trudem kojarzę, co to jest cytra, a z jeszcze większym wysiłkiem dociekam, skąd ten głos dochodzi. Schylam się niemal w kabłąk, a tu kilka centymetrów dalej, na wysokości mojej przepony, sterczy takie małe, wystraszone coś, co uśmiecha się durnowato do stosu srajtaśmy, plecami zwrócone do lodówek. Myślę sobie: narąbana lepiej niż ja. Ale delikatnie odwracam pannę, a panna ślepa. Dosłownie. Oczka zamglone bynajmniej nie od procentów.
Wytrzeźwiałem w kilka sekund. No... może nie do końca, ale znacznie. Dziewczyna zdezorientowana, przestraszona, zmieszana, śmiejąca się nerwowo. Im więcej gadała i śmiała, tym większy przerażenie było po niej widać. Blada jak papier, buzia jak u szkieletu - mokry sen nekromanty. Załadowałem jej to mleko do koszyka. Podziękowała bardzo zmieszana, uciekła do kasy. Poszedłem za nią. Mało się nie zabiła w drodze do i od płatności.
Przed sklepem czekał na nią mały, czarny terier. Siedział sobie grzecznie bez smyczy. Złapał zębami pannę za zwisający pasek od torebki i tak prowadził, niczym cień.
Tamtej nocy przyszedł przymrozek, złapał błyskawicznie - mimo wysiłków psiaka musiałem łapać panią kilka metrów dalej, bo by głowę rozbiła o chodnik. Była sztywna ze strachu. Oznajmiłem, że odprowadzam ją i psa do domu. Skończyło się na tym, że wypiliśmy połowę zaopatrzenia na imprezę siedząc na ławce w okolicznej zieleni, a drugie pół u niej w mieszkaniu.
Krasnoludek ślepł przez postępującą, atakującą całe ciało chorobę. Jeszcze niedawno, licząc od tamtej nocy, widziała całkiem nieźle. Potem było tylko coraz gorzej. Nie zgadzała się na lekarzy, szpitale, bo do tej pory tylko pogorszyli jej stan... była sama, ale jakoś sobie radziła.Tak wyszło, że nie miała nikogo poza psem, znalezionym sama w sumie nie wie do końca gdzie. No i mną. Od tamtej nocy miała też mnie i dalej ma. Też nie ma pewności skąd. A ja jestem okropnie wysoki i okropnie brzydki. Ona jest przepiękną kobietą. Ani jej, ani mnie to nie przeszkadza ;)
Zechciała mnie poślubić. Z tej okazji kumple darowali mi niedostarczenie trunków (kasa była moja, żeby nie było!) na tamtą noc. I tak sobie żyjemy, ja, ona i nasz pies. Ona jak ten kwiatek na jesieni, więdnie sobie powoli. Wiem, że pies pożyje dłużej niż moja żona, a że młody już nie jest... cóż.
Niedawno zapytałem ją, skąd wtedy wiedziała, że jestem mężczyzną. "Mama kiedyś kupiła smalec z knura... można powiedzieć, że miałam nosa".
Czerwiec, szósta rano, telefon od sąsiadki. Kobieta przerażona, szepcze, że leży w łóżku, a po jej mieszkaniu (parter na poziomie gruntu) ktoś chodzi. Szybko budzę męża, mówię mu co i jak. Z sąsiadką znamy się od dawna, mamy klucze do swoich mieszkań. Mąż, postury szafy gdańskiej, złapał z kuchni tłuczek do mięsa i w samych galotach dosłownie zeskoczył piętro niżej na trawnik, po czym z rykiem wparował przez uchylone drzwi balkonowe do mieszkania pani A. Ja tymczasem z komórką z kamerką w łapie, klucze w drugą i ruszam na odsiecz przez bardziej cywilizowaną drogę, tzn. przez drzwi do jej mieszkania. Wrzaski, ryki, kwiki.
Mąż o mały włos nie zatłukł pani A., która słysząc podejrzane kroki zbyt blisko drzwi swojej sypialni chwyciła leżącą przy łóżku szpilę do włosów ze szczerym zamiarem ewentualnego zadźgania napastnika w ramach samoobrony. Mąż ma szyję jak rączy guziec, zatem drewienko skisło, tak samo jak sąsiadka - widząc zarówno jego, jak i mnie wpadającą z bojowym wrzaskiem przez drzwi, rzuciła się ślubnemu na szyję ni to się śmiejąc, ni to płacząc. Kobiecina młoda, waleczna, ale serce chore, dziewczyna ledwie chodzi i często potrzebuje pomocy. Dlatego jesteśmy tak blisko.
No ale gdzie ten zbój? Obydwie, z nożami z kuchni w każdej ręce, ubezpieczamy mojego małżonka, który sprawdza każdy kąt. W międzyczasie telefon na policję. Słusznie, bo w szafie w sypialni pani A. znajduje się menel. Sąsiadka w sumie niemal go zadźgała...
Podsumowując: menel od dawna włamywał się do pani A. przez drzwi balkonowe, bo miał klucz do nich. Robił to, kiedy ona była w pracy. Korzystał z łazienki, podbierał jedzenie, oglądał TV i tylko z komputera nie korzystał, bo był na hasło. Daruję sobie szczegóły, ale chłopina nieźle to sobie obmyślił. Tamtego jednak dnia jej praca na etat się skończyła, mimo dnia powszedniego została w domu i wszedł do mieszkania z właścicielką w środku.
Skąd miał klucz? Ekipa wykończeniowa na ostatnim etapie robót takowy miała. Do niedawna był on kierownikiem tej ekipy i na jeden raz dostał pod koniec, po wymianie zamka, nowy klucz od ręki, bo chodziło o jakiś drobiazg do naprawy. Już wtedy pił i wiedział, że za kilka dni oficjalnie wyleci. Facet nie miał nic na stałe. By się zabezpieczyć na przedwiośnie, dorobił sobie klucz, oryginał oddał pani A. i słuch o nim zaginął. Sąsiadka nic nie zauważyła, bo bardzo się pilnował, dużo nie kradł - ot, używał jej czajnika, kuchenki, prysznica, czasami pralki. Sąsiadka miała swoje problemy, nie była pedantką - ot, uważała, że to jej niechlujstwo albo skleroza. U nas dobra izolacja, nic nie słyszeliśmy.
Póki co, wszystko w rękach policji, która to wyjaśnia. Wszyscy jesteśmy ciągani po sądach od wielu miesięcy. A pan menel siedzi sobie w cieple, ma darmowe posiłki i opiekę medyczną... chyba o to mu chodziło.
Jestem dorosłą kobietą, od ładnych paru lat po ślubie. Nie chcę dzieci, nie mam ich i mieć nie będę, bo podwiązałam sobie jajowody za granicą. Mąż popiera i zawsze popierał moje zdanie w całości. Natomiast moja matka prze wiele lat dręczyła mnie o wnuki (od kiedy skończyłam 18 lat, bo wtedy już można wziąć ślub i mieć potomstwo CAŁKOWICIE "legalnie"). Pewnego jednak dnia, w święto, przy rodzinnym stole wstałam i wywaliłam na wierzch te dwie maleńkie blizny oznajmiając, że dziecka nigdy nie będzie. Zrobiłam to po bardzo niesmacznym i uporczywym nagabywaniu o ew. potomstwo, gdzie bliska rodzina, oraz niemal obcy ludzie (przyjaciele rodziny "ciotki i wujki") wypytywali mnie o nasze pożycie intymne. Matka zdzieliła mnie za to w twarz.
Matce oddała moja prababcia. Chochlą z wazy z wrzącą zupą. I wydarła się dziko, mniej więcej tak:
"Ja byłam głupia i dałam dupy przed czternastką. Moja córka nawet nie wie kto był twoim ojcem. Ty zaciążyłaś po raz pierwszy w piętnaste urodziny. Twoje dwie starsze córki mają po dwadzieścia lat i po trójce dzieci, każde z innym. I ty masz czelność przypieprzać się do jedynej kobiety w tej rodzinie, której bardziej poszło z mózg, zamiast w ci*ę?!".
Mąż był gotów do rękoczynów przez cały czas, ale ja go hamowałam. Tamtego wieczora uściskałam prababcię, powiedziałam, że ją kocham i wyszliśmy. Tydzień później prababcia przyjechała do nas taksówką z pytaniem, czy może tu pomieszkać, bo została wyrzucona z własnego domu. Oczywiste było, że może. W mój pierwszy wolny weekend, jaki miałam od dawna, usiadłam z nią przy oknie, tak jak wtedy, kiedy byłam bardzo mała, a prababcia przytuliła mnie do brzucha i tak sobie siedziałyśmy w ciszy. Zapytałam ją, jak to właściwie było, że dała pradziadkowi w tak młodym wieku. Babcia rzekła "Bo wiesz... dziadka zabierali do wojska. Wiedziałam, że raczej nie wróci, więc chciałam mieć coś po nim. Kochałam go. Przez tamten tydzień żaden stóg nie był bezpieczny. ŻADEN. Miałam, czego chciałam. Ale on wrócił, i to w całości. Mnie już nie chciał, poszedł do innej. A ja zostałam z córką, której nie umiałam wychować. Mądra dziewczynka... mądra..." - prababcia pocałowała mnie w głowę. - "Mądrzejsza niż trzy pokolenia, i jestem z niej dumna".
Prababcia wciąż żyje. Ledwie, ale żyje. Jest z nami. Szczęśliwa tak jak my. A z matką nie mam kontaktu od dawna.
Pracuję w sklepie spożywczym. Przychodzi tu często pewien starszy pan, ma około 70 lat, ja 30. Od dnia kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy czuję jakąś dziwną więź z tym człowiekiem, której nie potrafię wytłumaczyć. Nie ma to jednak nic wspólnego z erotyką. To coś innego. Lubię po prostu bardzo z nim rozmawiać, nawet jeśli czasem jest to tylko rozmowa o pogodzie. Mógłby nawet nic nie mówić, sama jego obecność sprawia mi przyjemność. Mam wrażenie jakbyśmy znali się bardzo długo, choć w rzeczywistości tak nie jest, bo w tym miejscu pracuję od niedawna. Wydaje mi się, że on też odbiera mnie podobnie.
Za każdym razem gdy ma już wychodzić, chwilę stoi i wygląda jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, ale ostatecznie mówi tylko do widzenia i wychodzi. Przychodzi często, ale nieregularnie, łapię się na tym, że czekam na niego. A gdy danego dnia się nie zjawia, to jest mi smutno.
Jest jeszcze coś. Podczas jednej z rozmów wyszło, że on czasy młodości spędził w mieście, w którym ja mieszkam (sklep znajduje się w innym). Znał nawet jednego z moich sąsiadów, który niestety już umarł. Może to tylko przypadek, a może coś innego. Nie wiem. W pracy mam styczność z wieloma ludźmi, jednak tylko w stosunku do niego mam to dziwne odczucie.
Od kilku dni nie przychodzi, nie daje mi to spokoju, stąd to wyznanie teraz, mam nadzieję, że wszystko z nim OK.
Moja mama kocha mojego byłego bardziej niż mnie.
Z Anonem zaczęłam chodzić mniej więcej w drugiej klasie gimnazjum. Był ode mnie o rok starszy. Pierwszy chłopak (dla mnie, ja byłam którąś z kolei dziewczyną), więc byłam bardzo zaangażowana i przywiązana. Co ważne - Anon był uczniem mojej matki. Jednym z ulubionych.
Nasz związek był całkiem w porządku. Dużo jeździliśmy razem w różne miejsca, chodziliśmy do kina, zostawaliśmy nawet u siebie na noc. No właśnie... Był w porządku, dopóki nie pojawił się temat seksu. Już na początku związku uprzedziłam Anona, że nie jestem tym zainteresowana i uważam, że mamy zdecydowanie za mało lat. Cóż... Niestety nie potrafił przyjąć tego do wiadomości. Zaczęło się od macania, zmuszania mnie do całowania czy dotykania go. Rozmowy nie pomagały. Bałam się powiedzieć o tym komukolwiek z zewnątrz. Byłam zastraszona. Co więcej, Anonowi wydawało się, że to mi się jak najbardziej podoba, a dziewczyna musi po prostu poudawać i powiedzieć czasami "nie". Zaborczy gnojek.
Matka bardzo się cieszyła z naszego związku. Kupowała bilety do kina czy na koncerty, organizowała wspólne wycieczki, zawoziła mnie do jego domu. Nazywanie Anona synkiem, gotowanie obiadków pod jego wybredny guścik. Było to dla mnie niezbyt komfortowe. Na zakończenie gimnazjum Anon dostał od niej prezent za kilkaset złotych. Co ja otrzymałam od mamy dokładnie rok później? Poklepanie po plecach.
Trwało to ponad dwa lata.
Kiedy zmieniłam szkołę i środowisko, udało mi się wreszcie wyrwać z tego piekła. Zerwałam z nim. Matka płakała bardziej ode mnie, błagała, żebym do niego wróciła, nadal zapraszała go do naszego domu, próbowała organizować randki. W końcu ze złością jej powiedziałam, że Anon mnie molestował. Jej reakcja? Prowokowałam go... Przez kilka miesięcy nie chciała ze mną normalnie porozmawiać.
Chociaż minęło już kilka lat, nadal dzwonią do siebie i nazywają wzajemnie "mamusiu" i "synku". Nawet spotykają się czasami i mama kupuje mu prezenty. Po zerwaniu powiedziała mu nawet, że już zawsze będzie jej synem. Mojego obecnego chłopaka, z którym jestem już dłużej niż byłam z Anonem, wręcz nienawidzi. Drwi z niego i jest szorstka.
Przykre, że moja mama była bardziej zaangażowana w związek ode mnie, ale szkoda, że nie na tyle, żeby zobaczyć, jak toksyczny był naprawdę. Boli mnie też to, że mama poza tą sytuacją zawsze była naprawdę kochająca i troskliwa, daleko jej było od typowej madki, więc nie umiem jej nawet zupełnie źle ocenić...
Cieszę się przynajmniej, że nie muszę już widywać Anona i znalazłam w sobie tyle siły, by z nim zerwać.
Witam Czcigodnych.
Słowem wstępu: Chcę zostać księdzem. Nawet nie było w moim życiu jakiegoś przełomowego zdarzenia, które zadecydowałoby o tej decyzji. Po prostu od dziecka wiedziałem, że będę księdzem i już. Niestety nie dla wszystkich jest to oczywiste.
W szkole nie robiłem z tego tajemnicy, w końcu każdy ma prawo marzyć i mieć cele, jakie one by nie były. Jednak ogólnie uchodziłem za pobożnego głupka. Nie raz się osłuchałem, że będę sobie "brał ministrantów" w zakrystii. Przymykałem na to oko. Wiem, że są w Kościele pedofile. Są też zwyczajni karierowicze, złodzieje i hipokryci. Są. Bardzo mi się nie podoba obecny stan Kościoła Katolickiego, zarówno na tle polityki, podejścia do wiernych, jak i do samej wiary i liturgii, która jest mi szczególnie bliska. Ludzie też to widzą i krytykują, czemu się akurat nie dziwię. Jednak boli mnie to, że nawet jeszcze nie napisałem matury, nie wstąpiłem do seminarium, a ludzie już mnie nazywają pedofilem, złodziejem, marionetką Kościoła i po prostu głupkiem. Boli mnie to. Ja po prostu chcę robić to, o czym marzyłem od dziecka. Nigdy nie miałem dużo pieniędzy, ale od małego wiedziałem, że cudzego brać nie wolno, wyłudzać też. Co do mojej orientacji seksualnej jestem spokojny (tak, dziewczyny mi się podobają, chociaż z czasem trzeba będzie z tego zrezygnować), a pedofilom to bym urwał wiadomo co. Wiadomo, nie jestem święty. Kapłanem idealnym też nie będę, choć oczywiście postaram się do tego dążyć. Ale ciężko jest, gdy dookoła słyszy się tylko krytykę, wyzwiska. Może też tak ma być. Każdy ma ten swój krzyż, jak to się mówi. Ale nie dokładajmy tego krzyża innym.
Życzę Wam, abyście znaleźli wsparcie bliskich w dążeniu do marzeń.
Dodaj anonimowe wyznanie