Zapewne większość z was miała chociaż raz taki moment w życiu, że gdy ktoś się wam przedstawiał - nagle zapomnieliście jego imienia i wstyd było wam, żeby się do tego przyznać.
Ja miałam taką sytuację. Pół roku nie wiedziałam jak ma na imię mój chłopak.
Nie zapamiętałam jego imienia, tylko ksywę. Podczas naszej znajomości nie miałam innej możliwości niż tylko zapytać się jego (czego nie zrobiłam, bo było mi wstyd). Pisaliśmy na GG, on nie miał tam podanego swojego imienia, Fb nie mieliśmy. Byliśmy w sobie zakochani. On się nawet nie kapnął, że nie wiem, jak ma na imię. Zwracałam się do niego typu "misiu", "kotku", "kochanie", po przezwisku. Chyba nawet nie zauważył, że nigdy nie mówiłam mu po imieniu. W końcu po pół roku naszego związku dowiedziałam się, jak się nazywa, bo pewnego razu jego dowód leżał na widoku.
Nadal jesteśmy razem i do dzisiaj on nie wie, że przez tyle miesięcy głowiłam się nad jego imieniem.
Dzisiejszy marcowy atak zimy przypomniał mi historię sprzed ok. 20 lat. Ile lat dokładnie wtedy miałam nie pamiętam, ale chodziłam chyba do 6 klasy podstawówki.
Też był wtedy marzec i przez jakiś czas panowała iście wiosenna aura. Mama zawsze spieszyła się rano do pracy, bo ona wychodziła na 7:30 (tata na 7:00), a ja lekcje miałam najwcześniej na ósmą. Zostawiała mi śniadanie, drugie śniadanie, całowała, przytulała i wybiegała z domu, dając kilka dobrych rad. Akurat tamtego dnia jedną z nich puściłam mimo uszu i poszłam do szkoły w samej bluzie, bez nawet tej głupiej parasolki, którą zawsze miałam przypiętą do plecaka.
Koniec lekcji, a tu nagle rozszalał się mały armageddon na dworze. Wiatrzysko, śnieg, mokro, zimno... głupia byłam, musiałam zapłacić i w tej cienkiej bluzie, adidaskach i z ciężkim plecakiem musiałam maszerować do domu. Powiedziało się A, trzeba powiedzieć i B. W szkole dłużej zostać nie mogłam.
Najgorszy był ten obrzydliwie mokry, zimny, walący mi w twarz śnieg. Minęło mnie kilka osób z parasolami, pędzących czym prędzej do domów. Z domu do szkoły miałam ok. 20 minut drogi. Byłam już sina z zimna po tych kilku krokach, gdy w 1/4 drogi podeszła do mnie jakaś śliczna (jej uroda bardzo utknęła mi w pamięci) młoda kobieta i zapytała, czy mam daleko do domu. Gdy jej odpowiedziałam, że w sumie tak, po prostu narzuciła na mnie swój płaszcz, który mnie sięgał do kolan, założyła mi kaptur na otrzepaną ze śniegu łepetynę, złapała za rękę i powiedziała, że mam patrzeć pod nogi i iść za nią, ona mnie odprowadzi do domu. Wzięła też na ramię mój plecak.
Próbowałam protestować, było mi strasznie głupio, ale powiedziała tylko, że gdyby mnie moja mama tak zobaczyła, to by się chyba zapłakała ze zmartwienia, a ona sama jest dorosła i sobie poradzi, poza tym mieszka tu i tu, szybko wróci do domu się ogarnie. To było blisko mnie.
W pewnym momencie podniosła mnie i przeniosła kawałek, bo moje buty po prostu pływały. Odstawiła pod drzwi, kazała na siebie uważać i poszła sobie. Jej bezinteresownej dobroci nigdy nie zapomnę. Sama przemokła do suchej nitki, musiała potwornie zmarznąć, a mimo to bardziej obchodził ją obcy, mały człowiek, cierpiący z własnej głupoty, niż jej własny, zabezpieczony tyłek. Bezinteresowności tej dziewczyny nigdy nie zapomnę.
Dlatego ile razy widzę człowieka złapanego przez pogodową apokalipsę, zawsze proponuję schowanie się pod parasol i odprowadzenie do domu, zwłaszcza gdy jest to dziecko albo starsza osoba. Zawsze też staram się mieć przy sobie płaszcz przeciwdeszczowy za 2 zł i jeśli kogoś odprowadzić nie mogę, to go daję. Jeśli ktoś się broni, to proszę, by po prostu wziął i kiedyś zrobił to samo co ja.
Jeśli tamta kobieta czuła to samo ciepło w środku, które w takich sytuacjach czuję ja, to w pełni rozumiem, czego tak wtedy postąpiła..
Pochodzę z dawnej szlacheckiej rodziny. Co prawda wraz z nastaniem II RP tytuły szlacheckie zniknęły, jednakże majątek i sława została ta sama. Co prawda dziś wygląda to zupełnie inaczej, ale nadal gdy odwiedzam stary dworek swoich dziadków (służący jako dom letniskowy), ludzie w okolicy mówią na mnie i całą moją rodzinę "dziedzice" itp. I są przy tym bardzo uprzejmi oraz pełni szacunku.
Jednym z powodów takiego stanu była historia związana z moją praprababką Eleonorą, ostatnią w rodzie pamiętającą królestwo kongresowe.
Podczas II wojny światowej Rosjanie "wyzwalali" ziemie polskie pod okupacją. Już dawno doszły wszystkich słuchy o gwałtach, mordach i podpaleniach, jakich dokonywali. Przerażeni mieszkańcy wsi nie mieli za bardzo gdzie się ukryć, więc praprababcia "pani wdowa" kazała wszystkim ze wsi ukryć się u niej w piwnicy. Swoje córki wysłała do lasu do tajemnej lepianki, moja prababcia opowiadała, że chciała zostać i pomóc praprababci, swojej mamie, ale ta wypowiedziała wiekopomne słowa "Jazda stąd! Ja już jestem stara prukwa, ale na ciebie to się połaszą". Tak więc praprababcia, około pięćdziesiątki, bez pomocy nikogo musiała stanąć naprzeciw bandzie bolszewików chcących splądrować jej dwór i poznęcać się nad mieszkańcami wsi.
Jakież musiało być zdziwienie bolszewików, którzy wpadając na podwórze dworu zastali ubraną jak wdowa kobietę ze strzelbą w ręku. Udało jej się ich zdziwić na tyle, że zgodzili się posłać po przełożonego. Ten, człowiek światły, zamienił z praprababcią po rosyjsku parę słów, ucałował jej rękę, został zaproszony na posiłek, a żołnierzy ugoszczono jedzeniem ze spiżarni i chłopskich chat.
Rosyjski dowódca okazał podziw dla odwagi starszej kobiety. Jego żołnierze najedli się i dostali nakaz ominięcia tej miejscowości, nie czyniąc większych szkód (ponoć trochę zwierząt zabrali, ale tylko tyle).
Praprababcia została bohaterką miejscowych. Powstała nawet legenda, w której opisano, że żołnierze wzięli praprababcię za ducha czarnej wdowy i przerażeni pouciekali.
Mam jeszcze wiele innych historii, które warto opisać. Wspominam o tym, gdyż właśnie przenoszę praprababcię Eleonorę z jej pierwszego grobu do rodzinnej krypty. Mieszkańcy wystąpili z inicjatywą i zamówili dla niej piękną, cynową trumnę.
Cieszę się, że tak dobrze ją zapamiętali. Bardzo jestem też wdzięczny za pamięć o niej. Jestem dumny, że mam w rodzie taką odważną kobietę.
O polskiej cebuli i Januszach w sklepie osiedlowym.
Dorabiam w Żabce od ładnych kilku lat. O dziwnych sytuacjach, wrednych klientach i historiach życiowych mieszkańców mogłabym opowiadać bez końca. Najbardziej jednak zaskakują mnie kradzieże - bo co wartościowego można właściwie w takiej Żabce ukraść? Paradoksalnie zdarzają się one często, a sposoby i okoliczności bywają... różne.
1. "A bo ja zapomniałem z torebki wyciągnąć". Częsty chwyt. Wchodzi klient, koszyka stojącego obok drzwi nie weźmie, czasem nawet pomimo prośby. Wybiera zakupy, pakuje do prywatnej torby, podchodzi do kasy, wykłada. Podliczam, klient czeka na werdykt, ja z uśmiechem zaś pytam o produkt w torbie. Zaczyna się rumienić, tłumaczyć, że przeoczył. I o ile rozumiem, że faktycznie to się czasem zdarza, o tyle doświadczenie pozwala mi ocenić kiedy to przypadek, a kiedy działanie zamierzone.
2. Pan X, starszy jegomość, nieco zrzędliwy, gadatliwy, kuleje o lasce. Pochodzi do kasy, pracownica na zapleczu woła, że już idzie, spogląda w kamery, a Pan X siup - łapie ciastko z lady i do kieszeni. Ekspedientka obsłużyła go nie mówiąc nic, wolała ponownie obejrzeć nagrania z kamer, coby się upewnić, czy stały klient faktycznie kradnie. I tak, ukradł, ciastko z kremem na wagę za grosze.
3. Cyganie. Chodzą nie tylko po domach, sklepy również odwiedzają. Mają jeden stały numer: wybierają zakupy, podchodzą do kasy zapłacić (najczęściej banknotem stuzłotowym), otrzymują resztę i zaczynają robić zamieszanie. Chcą zwrócić część towarów, część zachować, podczas zwrotu pieniędzy mówią, że dali dwieście złotych i stówki brakuje. Ewentualnie chowają zwrócony banknot i również się kłócą. Czasem przychodzą w grupce 2-, 3-osobowej i jedna osoba kradnie produkty na sklepie, podczas gdy ekspedientka jest zajęta zamieszaniem.
4. Dzieci. Ich nie znoszę najbardziej. Wchodzą do sklepu grupkami, krzyczą, hałasują, robią pięć rundek po sklepie zanim wybiorą i kupią jeden lizak, brudzą podłogę zabłoconymi butami, pyskują, gdy zwróci się im uwagę. Czasem również kradną, najczęściej batoniki czy inne słodycze umieszczone na wyspie pod ladą, tam gdzie mój wzrok i kamery nie sięga. Sporadycznie takie pierdoły kradną również osoby dorosłe.
5. Dwójka młodzików nabrała zakupów do koszyka i wybiegła ze sklepu. Ekspedientka nie mogła zacząć za nimi biec, zrobił to jednak klient. Jeden ze złodziei uciekając zgubił telefon, który trafił w ręce policji.
6. Mężczyzna prosi o paczkę papierosów, ekspedientka podaje. Następnie prosi o alkohol zza pleców kasjerki, dziewczyna odwraca się, klient łapie papierosy i ucieka.
7. Zjazd mężczyzn. Klient wykorzystując długą kolejkę i tłok próbuje ukraść trzy paczki słonecznika, chowając go pod kurtkę.
Drodzy Anonimowi, czy towar z Żabki jest taki luksusowy, żeby iść za niego siedzieć?
Wiecie, kiedy przeżyłam swój największy wstyd? Jak podczas przysięgi małżeńskiej dostałam takiego ataku czkawki, że jej wymowa zajęła mi kilka minut.
Potem ksiądz zażartował, że to przeznaczenie i znak, że miałam kilka minut więcej na zastanowienie się, czy na pewno chcę poślubić tego wariata. ;)
Cały kościół ludzi powstrzymujący się od śmiechu. Ten dzień zapamiętam do końca życia.
To stało się jakoś w piątej klasie podstawówki.
Na DDW pani zadała nam pytanie, jakie języki umiemy bądź jakich chcielibyśmy się nauczyć. Jako że jestem połowicznie Norweżką, to umiem i rozumiem norweski. Chcąc się pochwalić przy całej klasie, gdy tylko nadeszła moja kolej, wypowiedziałam zdanie "Ja potrafię mówić po norwesku" (w tym języku oczywiście).
Na moje nieszczęście nauczycielka uznała, że się z niej nabijam, udając, iż mówię w jakimś języku i z miejsca dostałam uwagę o treści: "Uczennica wyśmiewa nauczycielkę, parodiując języki obce".
Moja przyjaciółka ma młodszą siostrę, która nie raz i nie dwa naćpała się i narobiła problemów sobie, rodzinie, znajomym. Teraz, gdy jest po odwyku, mimo widocznej poprawy schody dopiero się zaczęły, bo czeka ją wiele pracy nad sobą, odwyk to dopiero początek, ale wszyscy są dobrej myśli. Wszyscy poza moją przyjaciółką.
Ciągle mocno kontroluje młodą, głośno mówi, że nie wierzy w absolutnie żadne z jej zapewnień o poprawie. Czasem nawet mnie tym złości, przecież dziewczynę trzeba wspierać. Jakiś czas temu byłam u nich w domu rodzinnym, rozpętała się awantura. Tym razem moja przyjaciółka mocno przegięła i młoda uciekła z płaczem do pokoju. Poszłam za nią próbując ją pocieszyć, jakoś wytłumaczyć jej zachowanie starszej siostry. Zwierzyła mi się wtedy zapłakana, że wpadła w to gówno przez chłopaka, bo się zakochała na zabój, ten pierwszy raz, tak mocno, szczeniacko, ślepo itd. Potem chłopak ją zostawił, więc zgodziła się na odwyk, a gdy wróciła do domu, on chciał do niej wrócić. Obiecywał, że się zmieni tak jak ona, ale nie dała mu szansy ze strachu przed swoją siostrą. Była pewna, że ta nigdy nie da jej spokoju i będzie dla niej jeszcze gorsza.
Chłopak załamany wrócił do rodziny, po 2 tygodniach się powiesił. Dziewczyna w rozsypce. Serce mi pękało, gdy jej słuchałam. Potem wspomniała, że tak bardzo chciałaby pojechać do jego matki, przytulić ją, przeprosić, ale nawet nie ma złotówki na dojazd, bo odcięto ją totalnie od kasy, a miejscowość, w której mieszka jest bardzo daleko. No więc ja, głupia, durna, naiwna idiotka, wiedziona szczerą chęcią wsparcia młodej i wypełnienia tymczasowego braku "starszej siostry", dałam jej 250 złotych z zapewnieniem, że nie musi mi oddawać, że to forma prezentu.
Jak zapewne wszyscy już się domyśliliście, młoda pojechała w daleką podróż do krainy smoków, w której mieszkała matka jej chłopaka samobójcy, były tam też kolorowe krowy i latające psy. Gówniara naćpała się, aż ją pogotowie zabrało. Nawet nie wróciła ze szpitala, tylko od razu pojechała na odwyk. Nikomu nie powiedziała, że dostała kasę ode mnie i ja sama NIGDY NIKOMU się nie przyznam. Chyba nigdy w życiu nie dałam się tak wyrolować. Nie żal mi pieniędzy, trudno, żal mi jej rodziców, którzy mieli taką nadzieję. Myślę sobie czasem "cóż, jeśli nie ode mnie, to skądinąd wzięłaby kasę, nie moja wina". A jednak poczucie winy pozostaje, winy tego, że powinnam była być bardziej lojalna przyjaciółce i jej wierzyć, niż użalać się nad gówniarą, która w gruncie rzeczy zbierała tylko konsekwencje swoich czynów.
Od 16 roku życia łysieję i lepiej lub gorzej ukrywam to pod długimi włosami.
Wczoraj miałem 21 urodziny i przeglądając z nich zdjęcia zdałem sobie sprawę, że przerzedziła mi się już cała głowa. Nie skończyłem jeszcze studiów, a już mam mniej włosów niż mój dziadek.
Chyba pora wyjść z ukrycia i zacząć straszyć swoją głową.
Czasami czuję się jak dzieciak.
Twierdzę, że istnieje Święty Mikołaj, na pierwszą gwiazdkę czekam już od rana i śpię z misiem.
Lubię place zabaw, karmienie kaczek i oglądanie bajek. Zabawkami dzieci, którymi akurat się opiekuję, uwielbiam się bawić, bo jak byłam młodsza, to takich cudów nie było. Dużo młodszych ode mnie patrzy na mnie z politowaniem lub na takie zabawy reagują negatywnie. Przykro mi, kiedy większość bawi się w dorosłych, nie korzystając z czasu na zabawę.
Kiedy miałam około 9 lat, w naszej wiosce największy "łobuz" dorwał borsuka... po prostu się nad nim znęcał, kopał, bił czym popadnie. Kiedy to zobaczyłam, zaczęłam bronić zwierzaka. Starszy i większy chłopak złapał mnie i podniósł jak kukłę, zaczęłam się drzeć, że to zwierzę i ma go puścić. Zapytał się mnie:
- Bo co?
Był pewny siebie, trzymał mnie bez większego problemu. Zrobiłam jedyną rzecz, jaką mogłam - przywaliłam mu głową w nos.
I tak on ze złamanym nosem poszedł do domu, a ja z bolącą głową, ale przynajmniej borsuk przeżył.
Do tej pory ten ciul się mnie boi :D
Dodaj anonimowe wyznanie