W czasach gdy nie było internetu, trzeba było sobie radzić ze zdobywaniem informacji w inny sposób - szukać w książkach czy pytać znajomych lub ekspertów w danym temacie. Jest takie jedno zdarzenie, na wspomnienie którego do dziś mi głupio, że aż tak mnie zaćmiło...
Na studiach szykowałem elegancką kolację dla mojej dziewczyny. Miało być romantycznie i miło - dobre jedzenie, miła muzyczka, świece i wino. No właśnie, wino... Jako że nie za bardzo się na tym znałem, a nie widziałem kogo zapytać, postanowiłem w swym zaćmieniu zadzwonić do ekspertów. Więc znalazłem w książce telefonicznej numer do miejscowego klubu AA i zadzwoniłem z pytaniem, jakie wino najlepiej będzie pasowało do polędwiczek.
Nie odpowiedzieli :D
5 nad ranem, zadzwonił kumpel, czy nie odebrałbym jego kuzynki z imprezy, bo samochód mu padł. Żaden problem, i tak wracałem z pracy, zgodziłem się. Kuzynka 17 lat, jako tako ją znałem, bo gdzieś czasami się przewijała, ale nigdy specjalnie z nią nie gadałem.
Podjechałem i zobaczyłem Natalię. Mało nie wypiła, bo problem był już w trakcie podejścia do samochodu. Pomogłem jej dostać się na tylne siedzenie samochodu, usiąść i zapiąć pas.
Przed jazdą spytałem:
- Dobrze się czujesz?
- Mhm...
- Trzymaj reklamówkę w razie czego, nawet jeśli się dobrze czujesz.
- Nie trzeba, ja dobrze się czuję! - wymamrotała.
Już pod prawie jej domem niewiasta jednak postanowiła opróżnić zawartość żołądka na siedzenie przednie, kanapę, siebie i podłogę. Potok rzygów był tak wielki, że w życiu czegoś takiego nie widziałem. Nie wiem gdzie ona to wszystko zmieściła.
Zachowałem kamienną twarz, aby nie robić jej wstydu. Sytuacja krępująca. Jechałem w milczeniu dalej. Dojechaliśmy, Natalia była już praktycznie nieprzytomna. Ale trzeba było dostarczyć ją do domu. Zdjąłem bluzę, przygotowałem się do najgorszego i chlup! Wyłowiłem Afrodytę morza. Zaniosłem ją pod drzwi i dostarczyłem do mieszkania. I można krzyknąć yeah! Misja zakończona.
Nic bardziej mylnego! Przecież mój samochód zaraz będzie można sprzedawać jako popowodziowy. No cóż, nie miałem już siły, więc wróciłem do domu spać, a auto zostawiłem jak było.
Rano zadzwoniłem do Natalii, czy pomogłaby mi posprzątać samochód. Chodziło mi bardziej o podawanie jakichś rzeczy niż żeby ona to zrobiła. Ale zanim zdążyłem to wyjaśnić, zostałem zwyzywany, że jak ja w ogóle mogę, że ona rzygi ma sprzątać, chyba mnie po*ebało. No niee... Tak się bawić nie będziemy! Rozłączyłem się i wymyśliłem plan zemsty.
Pojechałem na czyszczenie i zleciłem, aby wszystkie nieczystości z odkurzacza potem wrzucić do reklamówki.
Następnego dnia odebrałem samochód, zawiązaną reklamówkę i rachunek na około 1000 zł.
Zapłaciłem i przeszedłem do realizacji planu.
Pojechałem pod dom Natalii. Zapukałem, otworzyła jej mama.
- Wczoraj odwoziłem pani córkę do domu po imprezie. Niestety jej żołądek nie wytrzymał i ubrudziła mi samochód.
Kobieta patrzy na mnie jak na debila, ale ja mówię:
- Chciałem jej pomocy w sprzątaniu, ale powiedziała, bym sam to wyczyścił, a ona zapłaci. Oto rachunek za czyszczenie samochodu i to co pani córka zostawiła.
I wręczyłem jej pakunek plus rachunek za wykonaną usługę.
W tym momencie kobieta spojrzała na pakunek, potem na rachunek - i pobladła.
Oczywiście nie odbyło się bez problemów, ponieważ ukochana córeczka powiedziała, że jestem oszustem i złodziejem. Ale na szczęście 3 kamery, które nagrywają obraz z przodu, z tyłu i wnętrza pojazdu spisały się doskonale, przez co można było oglądać ludzką fontannę w HD.
Kiedy byłam dzieckiem, moim hobby było... włamywanie się do domów sąsiadów.
Żyłam sobie na wsi, gdzie każdy znał każdego i ludzie rzadko kiedy zamykali domu, gdy gdzieś wychodzili, a nawet jeśli, to zazwyczaj mieli pootwierane okna, garaże itd.
Zawsze najpierw przez kilka tygodni obserwowałam jedną osobę, robiłam notatki na jej temat, zapisywałam tam kto, gdzie, na ile i o której zawsze wychodzi.
Później, zachowując się jakbym szła w planowane odwiedziny, wchodziłam do domu np. pani Kasi i rozglądałam się, szukałam miejsc do ukrycia się, dróg ucieczki itd.
Kolejnego dnia znowu przychodziłam i tym razem robiłam sobie scenkę, w której udawałam, że ktoś właśnie wrócił do domu. I chowałam się w wyznaczone miejsce, a potem, zgodnie z planem, uciekałam.
Kiedy już wszystko miałam porządnie rozplanowane, zaczynałam grzebać, przestawiać różne rzeczy i bawić w dom.
I robiłam się coraz "odważniejsza" - czasami zabierałam coś jednemu sąsiadowi i zanosiłam drugiemu, czasami grzebałam w naprawdę prywatnych rzeczach i zapisywałam sobie w zeszycie najciekawsze informacje o danej osobie. Na każdego miałam osobną teczkę.
Do tego miałam też osobną teczkę z pomysłami na różne kłamstwa i możliwe do opowiedzenia historie. Tak na wszelki wypadek. W tej też teczce zapisywałam sobie co i komu powiedziałam. Uczyłam się tego wszystkiego na pamięć. Do dziś pamiętam "kłamstwa, które powinnam powiedzieć pani Zosi, gdyby pani Asia powiedziała jej, że byłam w jej domu". Tu też muszę dodać, że z wyglądu byłam stereotypową słodziutką dziewczynką, a to tylko wiele rzeczy ułatwiało.
Efekt tego wszystkiego był taki, że niektórzy zaczęli popadać w paranoje, inni się kłócili. Raz doszło do bójki, a po kolejnych kilku miesiącach ludzie zaczęli być ostrożniejsi, co doprowadziło do tego, że kilka razy prawie zostałam przyłapana i w końcu przestałam to robić.
A aktualnie zajmuję się łapaniem przestępców.
Ostatnio napisał do mnie strasznie natarczywy koleś. Mało tego, że pisał prawie bez przerwy, to jeszcze przysyłał mi takie irytujące głupoty (typu: "mocno się potłukłaś?"), że nie minęło wiele czasu, a miałam go już serdecznie dosyć. Nieodpisywanie na wiadomości nic nie dało, a że od zawsze lubiłam zagadki i inne podchody, napisałam mu, że umówię się z nim dopiero wtedy, kiedy napisze mi, co łączy średniowieczną bretońską pieśń ludową z niemieckim skuterem.
Od tamtej pory cisza. Albo facet ciągle myśli nad rozwiązaniem, albo uznał mnie za wariatkę, ale najważniejsze, że cel osiągnięty i gość dał mi spokój. :D
Pracuję jako rysownik i czasem łapię jakieś dodatkowe zlecenia.
Pewnego razu napisał do mnie jeden ze znanych już klientów z pytaniem, czy narysuję jego penisa na podstawie zdjęcia. Uśmiałam się, ale pomyślałam, że penisy już widziałam i również rysowałam (bo najlepiej uczyć się anatomii na podstawie nagich modeli/zdjęć). Nieważne, czy chce sobie ten rysunek wydrukować i powiesić na ścianie, czy po prostu chce mi wysłać fotkę swojego sprzętu - skoro płaci, to co mi szkodzi?
Odpisałam z pełną powagą, fotkę dostałam i bez większych emocji namalowałam co trzeba.
I tu zaczęły się poprawki...
"Dorysuj więcej żył" i śle mi kolejne zdjęcie, "to jeszcze więcej włosków na jajach" i kolejne zdjęcie. Oczywiście nie wymienił wszystkich poprawek naraz, tylko wymieniał je pojedynczo, odsyłając mi więcej zdjęć i zmuszając mnie do otwierania i poprawiania i zapisywania tego pliku dziesiątki razy. Byłam mega wkurzona, bo chciałam to skończyć i mieć spokój, a jednocześnie zaczynałam się czuć coraz bardziej niezręcznie.
Wcześniej naprawdę było mi to obojętne. Myślałam, że widocznie to jakiś niegroźny zbok i niech ma coś od życia, spojrzę na fotkę jego sprzętu. Potem już ich nawet nie otwierałam, tylko zmieniałam na oko to o czym mówił. Odpuścił po jakimś czasie, kasę dostałam, a czułam się dziwnie.
Za każdym razem, jak ktoś się pyta jak wygląda moja praca, mam przed oczami flashbacki z tego okropnego zlecenia.
Byłem z kumplem na imprezie, no i on żuł sobie gumę cynamonową. No a jak wiadomo, na imprezach się skacze, biega itp. No i jemu nagle guma wyleciała. Kolega nie lubi marnować niczego, więc postanowił poszukać gumy. Nagle usłyszałem tekst:
- Mam!
A po chwili:
- O ku**a, miętowa...
Muszę przyznać, że do końca imprezy nie mogłem na niego spojrzeć bez wybuchnięcia śmiechem :D
Odkąd pamiętam, bolały mnie plecy. Rehabilitacja, masaże, akupunktura, nic nie pomagało. No cóż, idzie się przyzwyczaić.
Dokładnie dwa miesiące temu postanowiłem oświadczyć się swojej dziewczynie. Oświadczyny przyjęła, więc trzeba pojechać do przyszłych teściów, żeby się pochwalić.
Oczywiście radość, miłe słówka i jeszcze jedno... mój przyszły teść tak mnie, za przeproszeniem, pierdolnął w plecy, że odcisnął mi na nich wszystkie palce. Bolało jak cholera.
Później już nie bolało... Moje plecy po tym uderzeniu przestały boleć, jak za dotknięciem różdżki.
Panie przyszły tato, dziękuję bardzo :D
Moja żona rozpływa się z zachwytu nad faktem, że nigdy nie sprzeciwiam się wyjazdowi na weekend do jej rodziców na wieś, a czasem nawet sam proponuję odwiedziny, chociaż teściowa szczerze mnie nie cierpi.
A ja po prostu uwielbiam wannę z genialnym hydromasażem, którą mają w łazience. I nalewkę orzechową teścia. Moim skromnym zdaniem to najlepszy trunek w znanym wszechświecie.
No i nie obchodzą mnie po nim docinki teściowej. :)
Mam nietypowy słuch.
Zakres częstotliwości, którą słyszy przeciętny człowiek to według danych statystycznych: 16-20000 Hz. Co oznacza słyszenie basów jak i drobnych pisków. Moja skala natomiast wynosi 20-ponad 20 tysięcy Hz. Nie mam dokładnej pewności, gdyż lekarze nie potrafili tego stwierdzić, jednak byli zdziwieni, bo wykracza. Poza samymi częstotliwościami, mój słuch jest wręcz perfekcyjny.
Na początku miałem to za fajne, za talent, dar, za coś wyjątkowego. Jednak po czasie mój słuch tylko się wyostrzył i jest wręcz za dobry. Ba, to upierdliwe. Podam parę przykładów.
1. Jadę w zatłoczonym autobusie ze słuchawkami dousznymi, muzyka jest o kreseczkę mniej niż full, a słucham metalu. Mimo to słyszę przebijające się głosy pasażerów. W słuchawkach nausznych, bo testowałem takowe - jest ta sama sytuacja. Słyszę też ulicę, drogę, czyli generalnie ruch uliczny w średniej wielkości mieście (bo w takim mieszkam).
2. W każdym jednym pomieszczeniu słyszę piski. Sprzęty podłączone do prądu naprawdę wyją. Wszelkie lampki, telewizory, laptopy. Stąd nie potrafię za długo siedzieć w jakimkolwiek pomieszczeniu. Do snu muszę wyłączyć zupełnie wszystko, a i tak pozostaje lodówka oraz głosy zza ściany, gdyż piski te przechodzą.
3. Potrafię określić, kiedy telefon/inny sprzęt jest naładowany. Wtyczka w-y-j-e. Tak mocno, aż mnie to boli, prawdziwie boli.
4. Nie są mi obojętne parkingi i miejsca, gdzie znajdują się lampy na baterie słoneczne. Piszczą przerywanie: pip-pip-pip-pip. Chodzę w ich rytmie.
5. Siedząc w zamkniętym pomieszczeniu, gdzie okna również są zamknięte, słyszę co dzieje się na dworze, nawet dwie ulice dalej (mieszkam na starej i ciasnej części miasta).
6. Słyszę co gotują oraz jedzą moi sąsiedzi. Wnioskuję po odgłosach, mlaskaniu, gryzieniu czy rozmowach.
7. Gdy się skupię, nawet w nierozumianym bełkocie ułożą mi się słowa, wypowiedź. Nie trzeba mi więc powtarzać, po momencie załapię przekaz.
...I wiele innych. Męczące, nie da się od tego w pełni odsunąć, bo nawet na polanie w górach coś popiskuje. Bardzo często boli mnie głowa, myślę, że przez to. Niemniej jednak cieszę się, że jakiś tam talent posiadam i mogę słyszeć tak doskonale bicie serca mojej kobiety, śpiew ptaków czy uchronić się/kogoś przed nadjeżdżającym autem.
Kilka lat temu wyprowadziłem się od rodziców do innej miejscowości, na wieś. Przeprowadzkę zacząłem od sprzątania na nieogrodzonej działce. Pozbierałem patyki i zacząłem je palić. Stojąc przy ognisku, usłyszałem, że dzwoni mi telefon, więc odszedłem od ognia, będąc równocześnie odwróconym do niego tyłem. Gdy skończyłem rozmawiać, chciałem dorzucić jeszcze kilka patyków do ogniska, ale wtedy się zorientowałem, że jakaś obca osoba kuca nad ogniskiem, piekąc sobie ziemniaka na patyku. Zatkało mnie, bo to takie niecodzienne trochę. Wydusiłem tylko "Dzień dobry", na co nieznajomy zaproponował mi ziemniaka. Nie wiem czemu, zgodziłem się. Pogadaliśmy trochę kim ja właściwie jestem itd., siedzieliśmy przy ognisku jakąś godzinę.
Teraz ten człowiek jest moim znajomym, ale zawsze jak sobie przypomnę, jak żeśmy się poznali, to mi się śmiać chce :D
Dodaj anonimowe wyznanie