Dziś zostałam napadnięta. Lało jak z cebra. Wracałam sobie z pracy osłaniając się przed deszczem moją różową parasolką z wizerunkiem Sailor Moon. Szłam szybkim krokiem chcąc zdążyć na autobus i nie usłyszałam, że ktoś za mną idzie.
Zorientowałam się dopiero kiedy chwycił mnie mocno za ramię i wciągnął do jednej z bram w mijanej przeze mnie kamienicy. Odwróciłam się i zobaczyłam wielkiego, pozbawionego szyi gościa w bluzie z dużym „pe” z kotwicą i dresowych spodniach z kilkoma paskami. Najbardziej zaskakujące było to, że facet miał na głowie plastikową maskę… kota. Bandyta nie ukradł mi portmonetki, naszyjnika czy telefonu. Nie. On mi zabrał parasolkę i trzymając ją nad swoją łysą głową, wielce ukontentowany oddalił się rzucając na odchodne: „Kotecki nie lubią deszczu”.
Niektórzy to potrafią sobie w życiu radzić. Dziś do tramwaju, w którym jechałem, weszła kobieta z wózkiem. Od razu wszyscy zerwali się z miejsc, żeby pani mogła sobie usiąść. Jako że ja akurat byłem najbliżej, wybrała moje siedzenie.
Młoda mama przycupnęła sobie i zaczęła bujać wózkiem do przodu i do tyłu, aby uśpić leżące w środku dziecko. Co jakiś czas nachylała się tez nad nim, coś tam mówiła szeptem i uśmiechała się. Raz nawet wyjęła z kieszeni grzechotkę i zatrzęsła nią nad maleństwem.
Lubię niemowlaki i chciałem rzucić okiem cóż to za istota kryje się w wózku. Dyskretnie schyliłem się i zobaczyłem… wielki, owinięty siatką baleron. Tak, kobieta podróżowała z potężnym kawałkiem wędzonej wędliny tylko po to, aby mieć specjalne przywileje.
Spojrzałem na lekko tylko zażenowaną „mięsną matkę”. „Nawet nie chcę wiedzieć, jak u pani wygląda pora karmienia” - mruknąłem..
Na początku roku akademickiego zdałam sobie sprawę, że nasz wykładowca od ekonomii ma dziwny zwyczaj częstego kończenia zdania pytaniem „tak?”. Nudziło mi się i postanowiłam zrobić małą kalkulację. Za każdym razem, gdy padał ten wyraz, ja zaznaczałam to w tabelce, którą specjalnie na tę okazję przygotowałam.
Dziś na trwającym 50 minut wykładzie padło dokładnie 72 „tak?”, co nam daje 1,44 „tak?”/min. To lepszy wynik niż ten z poprzedniego tygodnia, gdzie „tak?” wypowiedziane zostało zaledwie 67 razy. Od początku roku rekord ustanowiony został w styczniu, kiedy „tak?” usłyszeliśmy 118 razy! Najsłabiej było w połowie kwietnia. Wówczas „tak?” zabrzmiało 39 razy. Póki co w skali roku średnia to 1,53 „tak?”/min.
Do jasnej cholery! I niech ktoś mi powie, że studenci nie uważają na zajęciach!
Jakiś miesiąc temu byłam na pogrzebie mojego dziadka. Było mi trochę smutno, ale jakoś nie czułam się strasznie rozdarta i zrozpaczona. Może dlatego, że nigdy nie miałam z nim dobrego kontaktu, rzadko się widywaliśmy. Oczywiście nikomu tego nie powiedziałam, że śmierć dziadka mną za bardzo nie wstrząsnęła.
Tydzień temu zdechł mój labrador. I to jest dla mnie prawdziwa tragedia. Od tamtej pory nie wychodzę z domu, nie jem, schudłam już dwa kilo. Czuję się okropnie, jakby los odebrał mi najukochańszą i najbliższą osobę na tym świecie. Wciąż płaczę, nie mam ochoty na nic. Wszystko wokół przypomina mi Maksa.
Bardziej zabolała mnie śmierć zwierzęcia niż członka najbliższej rodziny. Wiem, jestem naprawdę okropnym człowiekiem.
Razem z chłopakiem doszliśmy do wniosku, że niedługo będzie już pora na poznanie naszych rodzin, więc zaczęliśmy sobie pokazywać zdjęcia naszych rodzin. Oglądając jedno z nich ukochany powiedział, że mój tata wygląda na bardzo spoko kolesia i jestem bardzo do niego podobna.
To miłe, ale musiałam go wyprowadzić z błędu - na zdjęciu była moja mama....
Nie mam węchu. Zawsze, gdy coś mi nie pasowało w jedzeniu, prosiłam mamę, żeby powąchała czy to jest jeszcze dobre. Mama zwykle sprawdzając mówiła, że tak, że mogę jeść. Prawie za każdym razem dostawałam strasznej biegunki.
W końcu zapytałam mamę dlaczego nie mówi mi prawdy, że jedzenie było już zepsute. Wtedy mama przyznała mi, że ona też nie ma węchu tylko głupio było się jej przyznać.
Wyznanie nie będzie szokujące.
Od kilku lat jestem w związku małżeńskim. Moja żona jest rozwódką i ma syna z poprzedniego małżeństwa. Ojciec spotyka się z nim raz w miesiącu, ale raczej z obowiązku, niż z miłości. Ja natomiast pokochałem dzieciaka głęboką miłością i traktuje go jak własne dziecko. Chłopak ma 13 lat, ja mówię do niego Synu, on do mnie Tato. Generalnie jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi i można by powiedzieć, że nie możemy bez siebie żyć. Nie ma tu patologii - chłopak ma swoje życie, przyjaciół i zainteresowania. Wyjeżdża na obozy itp. Ale kiedy tylko możemy, staramy się spędzać czas razem (np. kiedy ja pracuje w domu, on siedzi ze mną i czyta książkę obok).
Żona jest normalna i nie ma problemu, ze współdecydowaniem ze mną o jego wychowaniu.
Nigdy bym nie przypuszczał, że będę w stanie tak pokochać "obcego" dzieciaka.
System Eliminacji Studentów Jest Aktywny.
W skrócie SESJA.
Przede mną egzamin z fizjologii. Kto się uczył, ten wie, że przedmiot straszny.
Chwila przerwy od nauki. Wchodzę na fejsika. Patrzę, a tam wydarzenie: nocne uczenie w bibliotece mojej uczelni.
Stwierdziłam, że zmiana otoczenia dobrze mi zrobi.
Ubrałam się szybko, chcę już wychodzić na tramwaj i zamarłam.
Zapomniałam, że jestem w swoim rodzinnym domu, 200 km od uczelni.
Idę zrobić sobie kawę.
Tydzień temu umarł jeden z moich psów. Sen z powiek (dosłownie) spędza mi myśl, czy tam gdzie teraz jest (tęczowy most, raj, psie niebo - każdy wierzy w coś innego) jest szczęśliwy. Czy za nami nie tęskni, czy mu dobrze, czy nie myśli, że go porzuciłam, skoro jest tam beze mnie. Mam 32 lata, a strach przed tym, że może być tam smutny powoduje u mnie potok łez.
Po dwóch miesiącach związku postanowiliśmy wyjechać na wspólne wakacje. Chcieliśmy się do siebie zbliżyć, lepiej poznać, sprawdzić, jak radzimy sobie w sytuacji, gdy jesteśmy ze sobą non stop.
Choć wyjazd był cudowny, nic nie zbliżyło nas tak jak "klątwa faraona", z którą przyszło nam się zmierzyć po powrocie do kraju. Naprzemienne okupowanie łazienki, trzymanie włosów czy parzenie herbatki... zaowocowały zaręczynami.
Okoliczności ciut obrzydliwe, ale konsekwencje bajeczne - 10 lat po ślubie, 2 dziecko w drodze.
Dodaj anonimowe wyznanie