#hgLFP

Dostałam kiedyś awans. Co w tym anonimowego? Już piszę.

Pewnego dnia w pracy odbieram telefon. Po drugiej stronie słuchawki kobieta - przedstawiła się, poinformowała, że jest z jednej z konkurencyjnych firm, znają moje projekty i widzieliby mnie u siebie w firmie. Odpowiedziałam, że nie jestem zainteresowana zmianą pracy i szybko zakończyłam rozmowę.

Kilka dni później u szefa dowiedziałam się, że rozważali kilka osób do awansu i ponieważ umiejętności i doświadczenie były bardzo podobne, to postanowili, że zdecyduje "wierność" firmie. Osoba, która dzwoniła do pracowników była podstawiona. Ja jako jedyna nawet nie rozpoczęłam negocjacji. Dostałam awans, sporą podwyżkę i własny pokój.

I nikt nigdy nie dowiedział się, że nie zaczęłam negocjować tylko dlatego, że miałam już wstępnie umówioną pracę w innej firmie - chciałam jak najszybciej pokończyć wszystko, czym się w danym momencie zajmowałam, żeby nic nie zostawić jak odejdę i tylko dlatego nie wdałam się w dyskusję z tą kobietą.

PS Teraz mam już swoją działalność, ale jeśli ktoś z moich byłych szefów to czyta i kojarzy sytuację, to pozdrawiam.

#SqIVX

Mam własną, nieduża kwiaciarnię.
Jakieś 200 m od mojego lokalu jest spora Biedronka. Czasem robię tam zakupy przed pracą. Ostatnio zauważyłam, że pod tą Biedronką siedzi na skrzynce starsza pani i sprzedaje kwiatki. Zrobiło mi się jej żal, ale to by tłumaczyło, dlaczego od paru dni moje utargi są mniejsze niż zazwyczaj. Zapytałam jej po ile ma mały bukiecik różyczek. Odpowiedziała, że po 10 zł. To bardzo konkurencyjna cena, bo u mnie kosztują tyle dwie małe różyczki, a nie bukiecik.

Poszłam do pracy. Po chwili przyjechał mój mąż i opowiedziałam mu co widziałam. Postanowiliśmy zadzwonić na straż miejską.
Mąż został w lokalu, a ja poszłam patrzeć na interwencję.
Płacz, lament babci. Przechodnie, którzy stawiali pomiędzy strażnikami a kobietą. Zrobiła się taka afera, że aż ochroniarz z Biedronki wyszedł. Wszyscy stanęli po stronie babulki, a ja szybko się zmyłam, żeby nie wyszło, że to moja sprawka.

Było mi jej żal, ale z drugiej strony... Ja aby sprzedawać kwiaty muszę zapłacić za lokal, odprowadzać ZUS, podatki itd. Przez to właśnie ceny kwiatów są wyższe niż u takiej babulinki sprzed sklepu. Przykro mi, że pani jest w takiej sytuacji, ale czemu nikt nie pomyśli, że przez tę kobietę ja nie będę miała za co zapłacić kredytu hipotecznego i wyżywić moje dzieci?

Pracuję od poniedziałku do niedzieli. Czasem pomaga mi mąż, ale ma też drugą pracę, bo inaczej by nas nie było stać na kredyt. Czemu o nas nikt nie myśli?

#f28qw

Jestem lesbijką.
Jestem też praktykującą katoliczką, razem z moją ukochaną.
Zazwyczaj kiedy ludzie się o tym dowiadują, to jest szok i niedowierzanie. No cóż...

Przyjechałyśmy z A do naszego rodzinnego miasta. Moja wierząca rodzina na początku miała małe trudności z zaakceptowaniem naszego związku, ale że bliźniego trzeba szanować, a córkę kochać, to po czasie wszystko było w porządku. Wszyscy razem udaliśmy się na niedzielną mszę do małego kościoła. Proboszcz stary, trochę gderliwy, ale wszystkich znał, w tym i moją rodzinę. Kiedy mieliśmy przekraczać próg kościelnych bram, na naszej drodze stanęła babuszka lat na oko 70+.

Oznajmiła, że nas nie wpuści, bo nie mamy prawa zbezczeszczać Domu Bożego i mamy iść się wyspowiadać.
(Była to stara koleżanka naszej babci, która nie tolerowała naszego związku i razem nastawiały wszystkich przeciwko naszej rodzinie). No przyznam, że ja, A, matka, ojciec i siostra w szoku i stoimy tak jak te słupy, no bo co?
Kłócić się nie lubię, a babci nie wezmę i nie przestawię. Jestem tchórzem i nienawidzę takich konfrontacji.

Nagle z plebanii wychodzi proboszcz. I tak sobie trochę postał, troszkę podsłuchał, że tacy jak my jesteśmy chorzy i opętani i przynoszę wstyd mojej rodzinie. A takie jak ja to do jakiejś izolatki wrzucić. Tata zwrócił kobiecie uwagę, że trochę się zagalopowała, ale ona nagle zaczęła nas wyzywać i się z nami przepychać. Kilka starszych osób się tylko przyglądało.
Dziadziuś w sutannie podchodzi do staruszki, chwyta ją za ramię i mówi:
- Szanowna pani Xińska, Dom Boży jest otwarty dla wszystkich owieczek,
miłość ma ludzi łączyć, a nie dzielić. Nie pamięta pani, co jest zapisane w Piśmie Świętym?

Babcia odeszła z oczami jak 5 złotych i czerwona z wściekłości, a my dalej w szoku.

Myślałam, że proboszcz weźmie stronę tej kobiety, szczególnie że jest starszy i jest księdzem.
Ksiądz zaprosił nas do kościoła, a my po mszy zaprosiliśmy go na obiad.
Fajnie, że są jeszcze tacy dobrzy i mądrzy ludzie, którzy nie podlegają stereotypom.

#fXunO

Jestem najstarsza z rodzeństwa. Poszłam na studia, kończę właśnie drugi rok, a moje dwie siostry chodzą do liceum.

Od kiedy wyprowadziłam się z domu, zaczęło mi się podobać samotne mieszkanie w mieście. Nikt nic nie pożycza ode mnie bez mojej wiedzy, nikt nie dotyka moich rzeczy. Jako nastolatka kłóciłam się ciągle o to, nie mogłam mieć nic swojego, choćby ręcznika. Starałam się rozmawiać o tym z mamą i siostrami, ale nie rozumiały i zarzucały mi, że się ich brzydzę.

Miałam różne alergie skórne, sama nawet nie wiem od czego. Ustąpiły jak wyjechałam na studia i zakupiłam nowe rzeczy.

Pamiętam swoją wyprawkę na studia. Robiłam zakupy z mamą. Cieszyłam się, że będę miała nowe garnki, ręczniki, sztućce i talerze oraz inne podstawowe rzeczy. Z domu nie mogłam zbyt wiele zabrać, więc tak wyszło, na co nie narzekałam.

W tej chwili mam dylemat. Wszyscy w domu liczą, że po studiach wrócę do domu i znajdę pracę w okolicy. Nieważne jaką, może być nawet beznadziejna, byleby być przy rodzinie. Nikogo nie obchodzi co ja chcę.
A ja wolałabym zostać w mieście, w którym poczułam się wolna. Tu przynajmniej znalazłabym pracę w zawodzie, bo jest na nią zapotrzebowanie, ale przede wszystkim wiem, że tutaj jest moje miejsce.

Mam tylko jeden problem, z którym borykam się od lat. Dług. Rodzice ciągle przypominają mi, że jestem im dłużna lata wysiłku i pieniędzy we mnie włożonych. Jako nastolatka zarabiałam drobne pieniądze na pracy przy borówkach, ale nigdy nie były moje, musiałam się dzielić z siostrami, bo mama tak chciała. Zniechęciłam się do jakiejkolwiek pracy przez to. W tej chwili też jestem na utrzymaniu rodziców, boję się podjąć jakiejkolwiek studenckiej pracy w obawie, że stwierdzą, że mogę sama się utrzymywać, a nawet im oddawać. A wiem, że na takiej pracy ledwie opłaciłabym mieszkanie, zwłaszcza że mam wymagające studia i nie mogłabym brać dużo godzin.

Czuję do nich niechęć, bo to niesprawiedliwe, że oczekują ode mnie, że będę im do końca życia pomagać finansowo. Zwłaszcza że nie zarabiają mało, tylko ciągle pieniędzy jakoś dziwnie im brakuje. Nie zamierzam mieszkać z nimi, ale boję się o tym powiedzieć głośno. Chciałabym spokojnie skończyć studia, bo naprawdę je lubię, dużo wniosły do mojego życia. Chciałabym nie czuć się dłużnikiem tylko dlatego, że zajmowali się mną.

Nie boję się, że zerwą ze mną kontakt, jeśli postawię na swoim. Boję się, że pozwą mnie do sądu, bo są do tego zdolni. Boję się też, że w jakiś sposób będą chcieli zniszczyć mi życie, bo dla nich od zawsze byłam inwestycją, jakby właśnie to sobie zaplanowali. A jeśli tak, to nie mogli mnie kochać.
Nie mogę pozbyć się uczucia, że jestem wyrodną córką, bo ciągle biorę od nich pieniądze, więc jestem im coś winna, a tymczasem myślę jak zerwać z nimi kontakty w przyszłości.

#FxTYm

Krótko i na temat.
Jakieś 6 lat dorabiałem sobie kawałek górnej jedynki (zęba) za pomocą waty od patyczków higienicznych oraz kleju super glue.
Formowałem tę watę na zębie i zalewałem ją klejem, aż twardniała.
Pilnikiem piłowałem tę zaschnięta watę z klejem, by nadać odpowiedni kształt.
Robiłem to dość często, gdyż szybko moje dzieło odpadało od zęba.

PS. Od 3 lat mam już koronki i problem z głowy.
PS 2. Zapytacie dlaczego nie poszedłem do dentysty?
Nie z powodu braku funduszy, nie z powodu strachu, tylko z powodu wstydu, że tak zaniedbałem zęby.

#QzoMW

Sytuacja miała miejsce tydzień temu i nawet nie miałam zamiaru jej tu opisywać, ale muszę się komuś wygadać, a nawet znajomym nie chcę o tym mówić, bo takie to żenujące.

Wraz z mężem poszliśmy na obiad do szwagra. Wszystko niby OK, teściowa próbowała co prawda mi co jakiś czas dogryzać, ale ją ignorowałam. Kiedy już mojemu mężowi znudziło się siedzenie przy stole, położył się na podłodze, aby pobawić się z bratanicami. Ja w tym czasie wyszłam do WC. Gdy wróciłam, aż mnie zamurowało. Mój mąż leżał sobie dalej na podłodze, a moja teściowa siedziała na nim okrakiem i całowała go w usta! Nie z języczkiem, tylko takie cmok-cmok. Oczywiście mój mąż nie reagował. Miałam ochotę kopnąć go z całej siły, a ją wyszarpać za kudły, ale jedyne, co byłam w stanie zrobić w tym szoku, to tylko wrzasnąć "Co wy tu do jasnej cholery odpier...?!?!".

Jako że jestem w zaawansowanej ciąży, z tego wszystkiego dostałam silnych skurczy i skończyło się na wizycie w szpitalu, na szczęście jeszcze nie urodziłam. Jak wróciłam, wzięłam męża na rozmowę, jednakże on uważa, że nic złego się nie stało (jego rodzina pod względem wzajemnych relacji jest zdrowo pierd..., ale na opisanie wszystkiego nie starczy mi znaków). Dla mnie to wszystko jest chore. Mąż ma 39 lat, a takie rzeczy robi? Od tygodnia śpimy osobno, bo po prostu brzydzę się nim. Jak tylko się obok mnie kładzie, przed oczami mam TEN widok... Oczywiście wg męża jestem przewrażliwiona, bo w każdej NORMALNEJ rodzinie tak się właśnie robi:-/

#svL6A

Słowem wstępu, mam psa i nie mam dziewczyny. Całkiem niedawno poznałem pewną niewiastę, rozmowa była naprawdę wciągająca, więc poziom poszedł w górę i zaprosiłem ją do domu. Mój pies to taka typowa przylepa, kiedy ja z kimś przychodzę do domu, to nie szczeka na tę osobę zupełnie. Kiedy ktoś obcy przyjdzie sam i zapuka, wtedy szczeka. Jako że przyszedłem razem z dziewczyną, od razu zobaczył w niej kumpelkę. Jest to typ, który będzie próbował zwrócić na siebie uwagę za wszelką cenę poprzez znoszenie wszystkiego co popadnie. Poczciwy dwuletni goldenek szukający miłości wszędzie gdzie się da, strasznie towarzyski i bardzo lubi ludzi, szczególnie tych, których przyprowadzam sam do domu. To taka kochana futrzasta kuleczka. Sposób na niego jest taki, by po prostu obejrzeć to co przynosi, wziąć do ręki, a jego samego pogłaskać. Spektakl się kończy, od tej pory będzie przychodził tylko po randomowe mizianko za uchem, lub by pokazać "patrz, mam kapeć w zębach, spoko, nie?".

Trzecia wizyta mojej nowej koleżanki w domu, pies jakby nieobecny, snuje się po domu, nawet nie podejdzie. Dziwne rzeczy, bo do mnie samego się tuli standardowo, włazi na kanapę, głowę kładzie na kolana, a teraz nie ma psa, nawet żadną piłką po domu się nie bawi, z szelkami w zębach nie biega.

Wyszedłem na chwilę do łazienki, a z kuchni słyszę jakieś syki i skamlanie. Po cichu wyjrzałem, a tam moja nowa koleżanka psa mi widelcem odgania i go dźga...
Na moje dość agresywne pytanie co ona sobie wyobraża, odpowiada mi, że już ma dość tego śliniącego się mopa, który ciągle tylko przyłazi i gryzie za ręce (ten pies nigdy nikogo nie ugryzł, sąsiad by się nie bał mu wsadzić do pyska przewodów hamulcowych od Passata), ma dość, że ciągle za nią łazi, znosi kapcie i śmierdzi. Że nie chce więcej mieć kontaktu z tym psem.


Życzenie spełniłem, rzekłbym, natychmiast. Grzecznie wziąłem ją pod rękę i wyprosiłem za drzwi.

Nikt nie będzie krzywdził mojego psa.

#zcWpK

Historia koleżanki (K), a właściwie... jej kota. Dodana za zgodą obojga ;)

Kot trafił do K od naszej wspólnej znajomej, która wyjeżdżała do pracy za granicę. K mieszka sama, jest trenerem sztuk walki - co ma znaczenie w naszej opowieści - i bardzo kocha zwierzęta. Jakiś czas temu zmarł jej ukochany pies, więc po telefonie od znajomej od razu zdecydowała na tak.

Ponieważ K wyjeżdżała na jakieś zawody, zaproponowała znajomej odbiór kota w kolejnym tygodniu. Nie, już, teraz, koniecznie teraz. Niestety, K nie mogła wyjazdu przełożyć, więc ze smutkiem zrezygnowała.
Na początku następnego tygodnia K dostaje telefon od znajomej: kot w schronisku, jeśli chce, może przyjechać, ale za kolejny tydzień lub dwa. Hm... dziwne. Zapytana, dlaczego, znajoma szybko skończyła rozmowę, wymigując się pobytem na lotnisku i w ogóle, zaraz samolot odleci. No okej.

K podjechała do schroniska. Poinformowała pracowników, o jakiego stworka chodzi. Zastała... zszokowaną kupkę nieszczęścia po operacji. Pracownik poinformował, że kot został zapakowany w worek i wrzucony prosto pod samochód na ruchliwą ulicę. Na szczęście "jedynie" go poturbowało, a właściciel samochodu odwiózł kota najpierw do weta, a potem do schroniska. Po chipie zidentyfikowali właścicielkę - znajomą K. Wezwana, stwierdziła, że kot jej uciekł i długo go szukała, jakie to szczęście, że się znalazł, w sumie to nic mu nie jest, a ona i tak wyjeżdża, więc go tu zostawi, zna kogoś, kto się po niego zgłosi... Nie było bezpośrednich dowodów na udział znajomej K w wypadku kota, kierowca nie widział sprawcy.

K zalała krew. Jej zdaniem znajoma, woląc szybciej pozbyć się problemu z kotem niż czekać na K, wymyśliła taki oto sprytny sposób... ale nie pykło, bo kot wykorzystał widać jedno ze swoich dziewięciu żyć, a resztę trzyma w zapasie.
K wzięła tę zestresowaną bidę. Do tej pory kot bardzo boi się ludzi (prócz K) i głośniejszych dźwięków. Ma bardzo smutne, przerażone oczy.
K poczekała, aż znajoma zjedzie na urlop do Polski. Pojechała się z nią spotkać... i spuściła jej, za przeproszeniem szanownych, tak niewąski wp...ol, że dziunia chyba do końca życia nie spojrzy już na żadne zwierzę...
A jaki jest mój udział w tej historii?
Z prawdziwą przyjemnością zawiozłam ją na to spotkanie.

#SKJj2

Jestem astmatykiem i tak się wydarzyło, że ostatnio astma mi się zaostrzyła. Wybrałem się do lekarza (prywatnie oczywiście).

Czekam na przystanku na autobus, wokół nikogo, gdy nagle obok mnie siada pani, na oko 55-60 lat. Wyjmuje z torebki papierosa, zapala go, zaciąga się i dmucha dymem wprost na mnie. Ja na lekach, ledwo oddycham, ale grzecznie i niezbyt głośno się pytam:

- Przepraszam, mogłaby pani tutaj nie palić?
A ona nic, dmucha we mnie dymem. Więc ja nieco głośniej:
- Proszę pani, słyszy mnie pani?
- Pan do mnie? - Odwraca się zdziwiona.
- Tak, czy mogłaby pani nie palić tutaj, tylko obok przystanku? Nie chcę być narażony na kontakt z dymem papierosowym.

Kobieta wstaje, wyraźnie oburzona, odwraca się do mnie przodem i zaczyna krzyczeć:
- Kto cię kultury nauczył! Nie podnoś na mnie głosu, gnoju, jestem starsza, tak nie wolno! Będę paliła gdzie mam ochotę!

Byłem w naprawdę złym nastroju i ledwo oddychałem, więc bez zastanowienia, z morderczą miną powiedziałem do niej:
- Zamknij się i wypierd*laj.

Pani chyba się trochę przestraszyła, bo dość nieświadomie powiedziałem to głosem podobnym go głosu Bogusia Lindy, i poszła palić jakieś 10 metrów od przystanku, a ja do teraz mam wyrzuty sumienia, bo w sumie pomimo chęci nie popisałem się kulturą. No ale cóż, tak to jest, jak się pali na przystanku. ;)
Dodaj anonimowe wyznanie