Nie lubię swojej matki. Nie biła mnie ani nic w tym stylu. To po prostu nie jest osoba, z którą się dogaduję, z którą chcę podtrzymywać znajomość. Mimo to sporadycznie się z nią spotykam i mam ku temu tylko jeden powód.
Pamiętam, jak prowadziła mnie do przedszkola i mi tłumaczyła, że jeśli nie będę się nią na starość zajmować, to pozwie mnie o alimenty. To jedno z moich najwcześniejszych wspomnień, które podtrzymywała we mnie poprzez powtarzanie mi tego przy każdej okazji aż do matury.
Teraz utrzymuję z nią kontakt ze strachu.
Przez całe życie byłam gruba.
Kiedy zdrowie mojej babci się bardzo pogorszyło i nie wiadomo było co jej jest, ze stresu drastycznie schudłam.
Z babcią już dobrze, a ja się nigdy nie przyznam, że ta jej choroba była dla mnie jak zbawienie.
Jestem nauczycielem matematyki w liceum.
Mój tydzień wygląda tak, że poza tymi 18. lekcjami pracuję jeszcze 7h.
Jedna godzina kółka dla chętnych.
Dwie godziny kółka dla słabszych i poprawy.
W cztery godzinki sprawdzam sprawdziany, kartkówki itp. oraz wypełniam biurokrację.
Jestem zaangażowanym nauczycielem. Czasem gdy uczniowie mnie proszą, to organizuję dodatkowe zajęcia, ale zazwyczaj zupełnie wystarczają trzy godziny. Rozmawiam z moimi uczniami na przerwach i wycieczkach, czasem zostaję po szkole, gdy ktoś potrzebuje rozwiązać ze mną problem albo porozmawiać. Nie widzę co miałbym jeszcze robić, żeby ten etat wypełnić. Mam jeszcze 15 godzin etatu i udzielam wtedy korepetycji, żeby sobie dorobić. Co prawda nie układam sprawdzianów ani kartkówek, bo zrobiłem to kilka lat temu i daję te same (mam cykl, jeden sprawdzian pojawia się co 2 lata, żeby nie mogli przekazywać sobie odpowiedzi). Wycieczki planuje i organizuje moja klasa na wychowawczej.
Strajkuję, bo gdybym nie strajkował to inni nauczyciele by mnie zabili. Każdy z nich narzeka, jak to siedzi po godzinach. Co oni wtedy robią? Gazetkę? Nikt w mojej szkole nie ma tyle godzin kółka co ja. Na więcej i tak by nikt nie przychodził. Biurokracji jest dużo, owszem, ale da się to jakoś sprawnie wypełnić.
Moja lekcja wygląda tak, że najpierw im tłumaczę, potem robimy zadania, ewentualnie tłumaczę zadania. Moja klasa jest grzeczna, znam moich uczniów.
I uważam, że podwyżki się należą, ale godzin lekcyjnych powinno być więcej, bo te zapracowane nauczycielki to zazwyczaj babki, które nie potrafią się zorganizować i mają małą wydajność.
Najlepszy przyjaciel mojego byłego nazywał się Borys. Zawsze się z Borysem lubiliśmy, często spędzaliśmy czas we trójkę. Pewnego dnia, gdy przyszłam do mojego eks, zdziwiłam się dlaczego nie ma Borysa, bo powinien też tam być. Chłopak stwierdził, że miał go dość, bo ma wrażenie, że Borys mnie mu odbija. Gdy dowiedziałam się co zrobił, to z nim zerwałam i od tego czasu jestem z Borysem.
Nazwiecie mnie szmatą? Nic dziwnego, bo jeszcze nie wiecie, że Borys to wyjątkowo uroczy mix owczarka. A za to, że mnie polubił, a i ja uwielbiałam go, został przywiązany do bramy pobliskiego schroniska (z którego notabene został adoptowany niecały rok wcześniej, jako kilkumiesięczny podrostek). Tak, mój były porzucił swojego psa tylko dlatego, że jego dziewczyna go lubiła, a raczej dalej go lubię, bo gdy to piszę, leży zwinięty w kłębek koło mnie.
Adopcja tego futrzaka to była najlepsza decyzja w moim życiu, dziś mija od niej już 5 lat. Teraz jestem w nowym związku, za niedługo będzie nasz ślub. Uwielbiamy zarówno wspólne wycieczki, jak i wylegiwanie się na kanapie. Na naszym ślubie też nie zabraknie Boryska, dlaczego? Bo po prostu jest członkiem naszej rodziny. A mój były? Średnio obchodzi mnie co u niego teraz słychać, ale mam nadzieję, że kiedyś ktoś go potraktuje tak samo jak on potraktował swojego przyjaciela.
PS Imię psiaka nie zostało zmienione na potrzeby wyznania. Co jak ktoś ze znajomych mojego eks odgadnie, że o niego chodzi i co tak naprawdę zrobił z psem? Cóż, też mnie to nic nie obchodzi :D
Moi rodzice myślą, że ja nie wiem, że jestem adoptowana. Podejrzewałam coś od pewnego czasu, ale nigdy nie poruszałam tematu w domu. Kiedy skończyłam 18 lat, dowiedziałam się z aktu urodzenia prawdziwego nazwiska mojej matki. Była nią siostra taty, która dawno temu się zaćpała i zapiła. Mam super rodziców i jestem im bardzo wdzięczna za całe moje życie. Nigdy im nie powiem, że wiem. Wprawdzie ta wiedza sprawia, że kocham ich jeszcze bardziej, ale boję się, że prawda mogłaby coś między nami zmienić.
Gdy miałam jakieś 5 lat, pojechałam z tatą do miasta. Kupił mi lody czekoladowe, a ja jak to dziecko, upaprałam nimi całą twarz. Gdy tata to zauważył, nie wiedział i nie miał czym wytrzeć mojego ryjka. Bardziej chodziło o to, jak zareagowałaby mama (prawdopodobnie nakrzyczałaby, że tata mnie nie pilnował). Co zrobił tata? Spsikał moją twarz płynem do szyb i wytarł gąbką do ścierania szyb.
Wyobraźcie sobie miny przechodniów, gdy mężczyzna trzyma przy twarzy dziecka płyn do spryskiwaczy i na nią psiuka, a następnie wyciera gąbką.
Niestety mama przyjechała do miasta z moją siostrą i akurat stanęła na tym parkingu co my. Przy sklepie.
I widziała całe zajście :D
Pewnego razu mój znajomy poszedł do lasu poszukać choinki na święta, oczywiście nielegalnie. Znalazł choinkę, wyciął i przyniósł ją do domu.
Na drugi dzień przyjechała do niego straż leśna. Okazało się, że ukradł choinkę, na której była zamontowana fotopułapka... Rozpoznali jego żonę, jak ubierała choinkę.😂
Czytałam na tej stronie kilka wyznań na temat jak to kobiety będące w domu robią z siebie męczennice, nikt im nie pomaga, wszystko robią same, ale w sytuacji gdy np. mąż chce zmyć naczynia, to słyszy "zostaw, ty nie umiesz".
Uważam, że to objawia się tak z braku pracy zarobkowej, te kobiety chcą pokazać, że też ciężko pracują, a nie tylko mąż.
Tak było u mnie w domu, moja mama codziennie myła podłogi, nawet w pokoju gościnnym, gdzie nikt nie zaglądał, jak nie było gości. Wiecznie zmęczona, gburowata.
Mama nie pracowała od czas mojego urodzenia, czyli 24 lata, wraz z tatą z bezsilności nie wiedzieliśmy co robić.
Znajomy taty zaproponował mamie pracę na 1/2 etatu w swojej firmie jako pomoc asystentki. Po namowach i z powodów finansowych zgodziła się spróbować. Po trzech miesiącach, jak mama zapoznała się z pracą w biurze, znajomy taty dał jej cały etat.
Teraz mama jest uśmiechnięta, zadbana, a obowiązki domowe dzielimy na troje.
Obiady czasami kupujemy gotowe, przed świętami zatrudniliśmy panią do sprzątania.
W Wielkanoc porozmawiałam z mamą od serca i przyznała mi się, że teraz, odkąd pracuje, czuje się szczęśliwa, ma swój świat, swoich - a nie wspólnych z tatą - znajomych, swoje sprawy, a nie tylko jaki obiad ugotować w niedzielę. I paradoksalnie mimo że ma dużo mniej wolnego czasu, wszystko jest zrobione i w domu, i w pracy.
Od maja moja mama będzie chodzić na basen, jeszcze kilka miesięcy temu byłoby to nie do pomyślenia.
Zniszczyłam życie swojej siostrze i... nie żałuję.
Pochodzę ze wsi, z bardzo, ale to bardzo staroświeckiej rodziny. Takiej, gdzie do rodzica możesz się zwracać jedynie "proszę ojca", "proszę matki". W telewizji mogłam oglądać tylko programy zaakceptowane przez rodziców. W soboty obowiązkowo pieczone ciasto. Gdy kawaler stara się o pannę, może ją odwiedzać tylko w poniedziałki i środy, oczywiście mogą spędzać czas tylko w towarzystwie trzeciej osoby. A jego wizyty muszą być zaakceptowane przez rodziców panny. Mimo wszystko myślę, że rodzice nas kochali i na swój sposób chcieli nas wychować na porządnych (ich zdaniem) ludzi. Poza tym byliśmy bogatą (mieliśmy dużo hektarów) i szanowaną rodziną.
Ja w tej rodzinie zawsze byłam czarną owcą. Moja młodsza siostra bezwarunkowo akceptowała te (moim zdaniem nieżyciowe już) zasady, dobrze jej z tym było. A mi było z tym od początku źle. Zamiast uczyć się robienia makaronu, uciekałam na łąkę z kradzionymi od babci książkami (nie wolno było mi czytać, szkoda czasu). Zamiast uczyć się uprawy domowych pomidorów, zmykałam rowerem do miasta i za ostatnie grosze kupowałam godzinę w kafejce internetowej (nie mieliśmy komputera). Wiem, że byłam przez to traktowana przez moich rodziców i pół wsi jako dziwak i rodzice martwili się, że nie znajdzie się kawaler, który mnie zechce.
Za to znalazł się taki, który zechciał moją siostrę. Syn sąsiadów, również z dużą liczbą hektarów. Przychodził w każdy poniedziałek i każdą środę, a ja wielokrotnie musiałam z nimi siedzieć jako przyzwoitka. Moja siostra była wniebowzięta. Choć z czasem zrozumiałam, że bardziej wizją ślubu, wesela i założenia rodziny (już najwyższy czas! Miała już 18 lat!) niż samym kawalerem. Rodzice również byli zachwyceni. Dobry kawaler, z dobrej rodziny, z dużą liczbą hektarów.
Im więcej czasu z nimi spędzałam, tym bardziej zniechęcałam się do chłopaka mojej siostry. Był pewny siebie, arogancki, traktował siostrę przedmiotowo, z czasem wręcz chamski. Siostra chyba również z czasem zaczęła to trochę dostrzegać, ale swaci już się dogadali w sprawie wesela (rodzice z obu stron), a poza tym chyba nie chciała rezygnować z marzenia o rodzinie.
Na drodze do jej (nie)szczęścia stanął malutki problem. Według tradycji młodsza siostra nie może wyjść za mąż przed starszą siostrą bez jej zgody. A ja... nie zgodziłam się.
Mimo próśb, gróźb, wyrzucenia z domu, wydziedziczenia. Potraktowałam to jako kop do usamodzielnienia się, wyjechałam do miasta, znalazłam pracę, z czasem podjęłam studia. A we wsi? Wybuchł olbrzymi skandal, wesele nie odbyło się. Sąsiad po 3 miesiącach ożenił się z inną sąsiadką. Mają już 2 dzieci, nie jest tajemnicą, że on dużo pije i dużo ją bije. Siostra została starą panną (ma już 24 lata), do dziś nie mamy kontaktu. Z rodzicami również. Nie żałuję.
Jakiś czas temu przyjaciółka poprosiła mnie, żebym potowarzyszyła jej w wyprawie po test ciążowy. Nie, nie mamy 16 lat; jesteśmy statecznymi mężatkami koło 30, z tą różnica, że Kaśka nigdy się do macierzyństwa nie paliła. Zwyczajnie pragnęła otuchy. W aptece zaproponowała mi, żebym kupiła też test dla siebie. Z początku oponowałam, ponieważ z mężem od 4 lat bezskutecznie staraliśmy się o potomstwo, ale ostatecznie uznałam, że co mi szkodzi - wszystko dla przyjaciółki, którą znam od przedszkola.
Wróciłyśmy do domu, zrobiłyśmy co trzeba i... u niej jedna kreska, u mnie dwie. Nie potrafię opisać tego szoku i ogromnej radości. Teraz, kiedy zdążyłam już stracić nadzieję i powoli przymierzaliśmy się ze ślubnym do adopcji..
Lekarz uznał, że najwyraźniej dobrze wpłynął na mnie brak parcia na bycie matką. Blokada psychiczna puściła :)
A Kaśka, widząc mój rosnący brzuch, sama zaczęła przebąkiwać o maleństwie :)
Dodaj anonimowe wyznanie