#p7Fy9

Mam troje rodzeństwa. Obecnie wszyscy jesteśmy dorośli lub prawie dorośli. Zawsze byłem bity przez tatę. Kiedy byłem młodszy myślałem, że reszta też obrywa. Nie bił mnie przy reszcie rodziny, więc myślałem, że pozostali też są bici na osobności.

Kiedy miałem 10 lat jakoś pokapowałem, że tylko ja jestem bity. Zapytałem dlaczego i usłyszałem, że mam spytać matki. Zapytałem. Powiedziała mi, że zmyślam, bo tata nikogo nie bije. Starałem się sprawować najlepiej jak umiałem i unikać go, co w sumie trochę zadziałało. W końcu po pijaku wykrzyczał mi, że matka musiała go kiedyś zdradzić i jestem bękartem, bo nie jestem do żadnego rodzica podobny. Kiedy wytrzeźwiał zapytałem, czy dlatego tak mnie traktuje, bo nie uważa mnie za swoje dziecko. Potwierdził, powiedział, że mamę kocha i dawno jej wybaczył, ale mnie jako dowodu zdrady nie może znieść. Obiecał, że nie będzie mnie już bił i słowa dotrzymał.
Niedawno przyjechała do nas siostra dziadka ze strony taty. Nie utrzymywaliśmy kontaktu, gdyż dziadek dawno nie żyje, a ciotka mieszkała w Australii. Postanowiła, że przed śmiercią chce ostatni raz zobaczyć Polskę. Przywitała się z wszystkimi, a kiedy stanęła naprzeciwko mnie złapała mnie z obu stron za twarz i zaczęła płakać. W końcu wydusiła z siebie, że wyglądam identycznie jak jej najmłodszy brat, który się utopił, kiedy miał 15 lat.

Wszyscy odetchnęli z ulgą, że nie stało się nic złego, chociaż ja zdębiałem, a tata chyba jeszcze bardziej, jego mina - bezcenna.

Tak że mój ojciec to kretyn, który zniszczył mi dzieciństwo przez chore domysły.

#ZKYcy

Kiedy byłam bardzo mała, tata postanowił oznajmić mi, że po wakacjach idę do przedszkola. Wyjaśnił, na czym to polega. Czytanie bajek, obiadek, zabawki itp. W połowie wakacji postanowił mi o tym przypomnieć jeszcze raz. To samo 2 tygodnie przed przedszkolem oraz dzień tuż przed nim. Wszystko było jasne, idę do przedszkola.

Rano obudził mnie i zawiózł. Po powrocie z przedszkola opowiedziałam tacie o koleżankach, zabawkach itp. Następnego dnia tata budzi mnie do przedszkola. Wielce ogarnięta ja ze zdziwioną miną zapytałam:
- Jeszcze raz?!

#EAUrf

Ostatnimi czasy strasznie swędziała mnie głowa i na dodatek zauważyłem, że moje paznokcie z jakiegoś powodu szybko robią się czarne, co było dziwne, bo przecież nie podejmowałem się żadnych robót fizycznych.
Dopiero teraz sobie uświadomiłem, że nabawiłem się wszawicy, a te paznokcie tak naprawdę wypełniały martwe wszy...

#wZD0A

Moja prababcia była zielarką, moja babcia była zielarką, moja mama jest zielarką, ja- zielarką nie jestem, ale o ziołach coś tam wiem i wykorzystuję je na co dzień. W mojej małej mieścince w centralnej Polsce jest na ryneczku fantastycznie zaopatrzony sklep zielarski, który jest prowadzony przez staruszka (coś ok. 80-letniego). W sklepie panuje półmrok, są w nim wysokie regały po brzegi wypełnione najbardziej wyszukanymi ziołami. Od samego wejścia uderza świeży zapach mieszanki najróżniejszych ziół. Od czasu do czasu robię tam zielarskie zapasy typu: liść melisy, mięty, szyszki chmielu, koszyczek rumianku itd. Wtedy staruszek zaczyna się krzątać w poszukiwaniu potrzebnych mi ziół; znika gdzieś między regałami, drepcząc małymi kroczkami, wchodzi na drabinkę, żeby sięgnąć wyżej leżące zioła. Przy tym albo coś sobie mruczy pod nosem, czasem coś niezrozumiale nuci, a czasem wesoło zagaja.

Przez te dwie minuty spędzone w tym sklepie, spowitym półmrokiem, wypełnionym aromatem ziół, zawsze wyobrażam sobie, że jestem na ul. Pokątnej i kupuję składniki do mojego kociołka na eliksiry:D

Mam 33 lata. Kurtyna.

#TGEgT

Moja matka ma jakąś obsesję na punkcie ciąży... Mojej ciąży... Nigdy w niej nie byłam.
Jednak zacznę od początku.

Spotkałam mojego jedynego w wieku 17 lat. Rodzicom przedstawiłam, kiedy byłam pewna tej relacji, czyli jakiś rok później. Chłopak niejednokrotnie u mnie nocował i ja u niego. Przyznaję, że można mieć obiekcje wobec tej sytuacji. Jednak nie ma w tym nic sprośnego. Ja spałam z siostrą w jednym pokoju, dalej moi rodzice, a na końcu korytarza chłopak z moim bratem. Wszystkie drzwi musiały być otwarte, nie tylko w nocy, ale i w dzień. Mi to nie przeszkadzało, ale prywatności nie mieliśmy. Zresztą rodzice co chwilę wstawali, coś chcieli albo drzwi im się pomyliły. Naprawdę rozumiem tę troskę. Dlatego postanowiłam przeprowadzić z mamą rozmowę na temat naszych relacji intymnych.

Szczerze przyznałam, że chłopak jest wierzący i chce zaczekać z seksem do ślubu, mi również się nie spieszyło. Jakie obelgi usłyszałam podczas tej rozmowy, to głowa mała. Od tamtej pory matka sprawdzała w koszu w łazience, czy wyrzucam zużyte podpaski. Raz, aby utwierdzić się w przekonaniu o bycie podglądaną, zaczęłam wyrzucać je w szkole, galerii i innych takich miejscach. Po 2 tygodniach od "braku okresu" usłyszałam tyradę o byciu nastoletnią panienką lekkich obyczajów. Na porządku dziennym, nawet w obecności chłopaka, były pytania, czy jestem już brzuchata lub nakazy, abym pokazała jej noszoną podpaskę. Ojciec nic nie mówi, ale słyszałam jak przekupuje moje rodzeństwo, aby donosili co robię z chłopakiem.

Wybranek niechętnie przychodzi do mnie. Myślę, że jest przesłuchiwany przez moich rodziców, ale nic mi o tym wprost nie wspominał. W środku tego cyrku jestem ja. Ta sytuacja strasznie mi ciąży, bo nie chciałabym urywać kontaktu z rodzicami ani rozstać się z chłopakiem. Pomocy...

#ShJQx

Historia o tym, jak łatwo swoje braki obrócić w zalety.

Jestem kulinarnym beztalenciem, a szczyt moich umiejętności to ugotowanie zupy, która nie będzie smakować jak woda po umyciu podłogi. Jednocześnie nie jestem fanką szybkiego, niezdrowego jedzenia i gotowych dań, toteż odkąd pamiętam, improwizuję jak tylko mogę.

Jestem na dodatek dość szorstkim typem człowieka i, mówiąc wprost, nie za dobrze umiem w uczucia. Mimo to bardzo się staram. Biorąc pod uwagę moje braki w sferze emocji, stawiam na drobne, ale miłe gesty, które nie wymagają ode mnie bezpośredniej bliskości z partnerem, ale są pewnym dowodem na moje zaangażowanie. Któregoś dnia wpadłam więc na pomysł, że zrobię mu do pracy drugie śniadanie - w wielokomorowe pudełko zapakowałam suto wypchaną kanapkę z ciemnego, ziarnistego pieczywa, dwa jajka na twardo z odrobiną majonezu i szczypiorkiem i kilka racuchów z jabłkiem, które zostały mi z poprzedniego dnia. Pomysł się spodobał, jedzenie smakowało (yay!), toteż od czasu do czasu dostawał ode mnie taką wałówkę, zawsze pełną kolorowych i efektownych, ale możliwie jak najprostszych potraw, których przygotowanie zajmowało mi ledwie kilka chwil.

Pewnego dnia zdarzyło się, że mój facet zapomniał z domu ważnych dokumentów i musiałam przejechać się do jego firmy, by mu je dostarczyć. Jego kumpel z sąsiedniego biurka zapytał mnie wtedy, czy to ja jestem tą, która przygotowuje te świetne śniadania, których tak mojemu facetowi zazdrości, i pół żartem, pół serio zagadnął, czy byłabym skłonna robić też porcję dla niego. Odparłam, że za odpowiednią opłatą - czemu nie. Ku mojemu zaskoczeniu poprosił mnie, bym wyceniła tę usługę i dała mu znać następnego dnia.

Niebawem więc luby zaczął wozić do pracy dwa zestawy śniadaniowe. Później trzy, cztery... Aż wreszcie musieliśmy wyposażyć się w skrzynkę, w której zmieściłoby się dwanaście (w firmie pracuje na co dzień 16 osób) podpisanych imionami pudełek ze zdrowym, kolorowym drugim śniadankiem. :) Poza niewygórowaną kwotą, warunkiem dostarczania wałówki było także samodzielne mycie pudełek, bym ja nie musiała robić tego w domu. Samo przyrządzenie tych porcji zajmuje mi może z godzinę.

Ostatnio luby przyniósł z pracy wiadomość, że moje śniadania tak ekscytują kolegów, że przyznają, że o wiele chętniej przychodzą do firmy i często łapią się na rozmyślaniu, co fajnego przygotuję tym razem. Tym oto sposobem kaleka kulinarna i emocjonalna stała się w oczach ludzi nie tylko utalentowanym kucharzem, ale i troskliwą partnerką. No i odłożyła co nieco na swoje hobby, co wcześniej wydawało się znacznie trudniejsze. ;)

#K0fLH

Od zawsze moją największą miłością były konie, nie tylko jeździectwo. Wszystko co było z nimi związane.
Mogłam całymi dniami je szczotkować, nosić ciężkie siodła, dokładać siana, a nawet jeździć z cuchnącymi taczkami pełnymi końskiego łajna, cały czas z bananem na twarzy.

W czym więc problem? W tym, że czuję ogromną frustrację. Moi rodzice od zawsze byli przeciwko temu. Od razu powiem, że mam świadomość, jak drogi jest ten sport, ale stać ich na sportowe auta, więc i na konie. Przez pierwszy rok nie było w ogóle rozmowy na ten temat. Okazjonalnie oprowadzanka na festynach itp. Potem zgodzili się mnie posłać na obóz konny. Z roku na rok coraz bardziej zaawansowane, aż do galopu. Wciąż jednak miałam kontakt z końmi 12 dni rocznie, a poza tym zostawały mi jedynie książki, internet i godziny przynudzania znajomym :) Na temat jazdy nie było nawet rozmowy, każda kończyła się awanturą, jak nie gorzej. Bolało mnie, gdy moje koleżanki zainteresowane moją gadaniną zapisywały się na lekcje, a ja nie mogłam. Jednocześnie czułam satysfakcję, gdy szybko rezygnowały, byłam po prostu zazdrosna. W końcu ktoś zainterweniował (prawdopodobnie mój lekarz rodzinny), a rodzice zapisali mnie wtedy na trzy godzinne jazdy. Pamiętam, że każda z nich wiązała się z awanturą, że będą musieli mnie zawieźć (byłam za mała, żeby sama dojechać). Po trzech razach powiedzieli, że mam zapomnieć o takich głupotach, bo oni nie będą marnowali czasu na wożenie mnie. Zostały tylko obozy. I po 6 latach od pierwszego z nich moje marzenie się spełniło, ojciec z początku używał tego argumentu do szantażowania mnie, ale nareszcie zapisał mnie na jazdy. Miałam to co kochałam, raz w tygodniu.

Niestety od dnia mojej pierwszej jazdy mijają prawie 3 lata, a mi jest coraz ciężej. A to dlatego, że moja wyczekana jazda jest ich kartą przetargową, za każde najmniejsze przewinienie typu zostawienie szklanki w pokoju na konie nie szłam. Czasem i pretekstu nie potrzebowali. Utrudniali mi to jak tylko mogli, jednocześnie przed ludźmi chwaląc się moimi umiejętnościami.

Jednocześnie im dłużej jeżdżę i im więcej umiem, tym więcej chcę. Nie wymagam tego od nich, nie było szans znalezienia pracy w stajni ani pracy za jazdy, więc podjęłam pracę weekendową, aby dorobić na drugą godzinę w tygodniu. Ale oni i tak nie raz zabronią mi iść, tak po prostu, bo nie. Nawet nie chcą rozmawiać o dzierżawie konia (z moich wypracowanych pieniędzy), żebym mogła jeździć na zawody (moja trenera nie ma jak mi wypożyczyć, a większości jej zawodniczek ma własne konie lub pod dzierżawę).

Aktualnie wiem, że to właśnie będę robić w przyszłości, ale boję się, że przez brak doświadczenia mi się to nie uda. Wiem, że będzie ciężko, tym bardziej jak ojciec dowie się, na jakie studia chcę iść. Ale wierzę, że mi się uda.

Trzymajcie kciuki.

#f6fBt

Takie trochę smutne wspomnienie mi się dzisiaj przypomniało, jak mierzyłam córce buty w sklepie.

Pochodzę z dość przeciętnej rodziny, gdzie była nas czwórka dzieci + rodzice. Biedni może nie byliśmy jakoś strasznie, no ale się nie przelewało. Ja miałam tego świadomość. Na jedzenie zawsze było, na wycieczki klasowe czasem jeździłam, czasem nie, ciuchy czasem nowe, czasem z lumpeksu. Buty zawsze miałam 4 pary: po szkole, na co dzień, jakieś sandały/klapki i jakieś "od święta". Codzienne zazwyczaj kupowane wiosną. I właśnie w okresie, kiedy mocno urosłam, moje buty zrobiły się za małe. We wrześniu już były za małe. Wiedziałam, że rodziców nie stać na nowe po tych wszystkich szkolnych zakupach, więc nic nie wspominałam. Stwierdziłam, że zaraz i tak trzeba będzie kupować zimowe, więc dam radę, a nie chciałam jakichś "tanich" i "obciachowych". Nie zapomnę bólu paznokci i palców w tych za małych butach.

Nie dopuszczę, żeby moje dzieci przez to przechodziły.

#SmNr7

Moja mama zawsze grzebała mi w rzeczach i kiedyś, mając może osiem lat, postanowiłam w odwecie pogrzebać w jej szafce.
Znalazłam książkę pod tytułem "Seks dojrzały". Przeczytałam do końca w ciągu następnych tygodni i w ten sposób już w podstawówce byłam teoretycznym ekspertem od wszystkich możliwych pozycji i technik robienia loda.
Dodaj anonimowe wyznanie